Na miejsce dojechałem około godziny jedenastej przed południem i od razu ruszyłem na szlak - cel pierwszy - Chełmiec - druga co do wielkości góra gór Wałbrzyskich. Ruszyłem szlakiem żółtym, przechodząc obok Muzeum Przemysłu i Techniki w nieczynnej kopalni Julia i przez dzielnicę Wałbrzycha Biały Kamień. Gdy minąłem już ostatnie zabudowania, szlak wszedł w las i najpierw powoli, następnie coraz mocniej począł piąć się w górę, najtrudniejsze były ostatnie metry, jednakże byłem wówczas wypoczęty i mimo że po czterogodzinnej podróży w pociągu, bez problemu stanąłem na Chełmcu. Góra ta bardzo mi się podoba, ma w sobie coś pociągającego. Mając przy sobie cztery złocisze można wejść na wieżę widokową, co też zrobiłem, z której roztacza się panorama na całe Sudety, widać również Wrocław a nawet podobno okolice Leszna przy baaardzo dobrej widoczności
Tak więc po splądrowaniu i złupieniu dóbr na Chełmcu, ruszyłem dalej raubritterskim szlakiem ognia i pożogi - tym razem zielonym na Boguszów Gorce. Był to szlak a jednocześnie droga krzyżowa poświęcona górnikom i górnictwu, co pewien czas stały stacje, sama droga mało męcząca, niemal cały czas szło się z górki i nim się spostrzegłem dotarłem do Boguszów Gorce - miasteczka nawet ładnego w niektórych miejscach. Po drodze można zobaczyć ruiny starego kościoła na którego dachu rosną drzewka.
Dalej podążałem cały czas szlakiem zielonym i wrota przede mną otworzyły góry Kamienne - Dzikowiec Mały (696m n.p.m) i Dzikowiec Wielki (836 m n.p.m) Na tym etapie podróży czułem już w nogach zmęczenie jednakże uparcie piąłem się dalej.Kolejno odbiłem nieco na niebieski szlak coby zaliczyć górę Sokółka (801m n.p.m) po czym wróciłem zaraz na zielny gdy szlaki się zeszły. Stamtąd przez "Polankę" uderzałem dalej na Unisław Dolny i Unisław Śląski mijając po swojej prawej stronie Lesistą Wielka i Lesistą Małą. Całe szczęście w Unisławiu Śląskim trafiłem na otwarty sklep i mogłem uzupełnić płyny. Po splądrowaniu sklepu dalej zielonym szlakiem przez Wyżynę Unisławską i Kotlinę Sokołowską, prostą drogą dotarłem do Sokołowska. Pierwotnie zamierzałem dotrzeć tam szlakiem żółtym zaliczając piękna i majestatyczną górę Stożek Wielki (841 m n.p.m) jednakże na tym etapie podróży marzyłem już tylko o dotarciu do schroniska, a sił dodawały mi tylko piękne widoki jakimi mogłem się raczyć po drodze.
Sokołowsko - ładna mieścina z ciekawymi zabudowaniami. Na tym etapie wędrówki, została mi ostatnia prosta, ostatnia prosta do schroniska Andrzejówka w górach Suchych. Powoli słońce poczynało chylić się już ku zachodowi, więc trzeba było przyspieszyć kroku. A te ostatnie były ze względu na zmęczenie najgorsze, jednak nie poddawałem się tak łatwo i śmiało parłem dalej. Po raubritterskim napadzie z zamku Radosno zostały jeno ruiny, miałem nadzieję że w schronisku znajdę ciepłą strawę i nocleg bo nie chciałem aby skończyło tak jak zamek
W końcu doczłapałem się do Andrzejówki, miejsce wolne było acz za nocleg chcieli 25 zł. Jak dla mnie to strasznie drogo, przecież tyle to w gospodarstwach agroturystycznych biorą
Na drugi dzień o godzinie dziesiątej pożegnałem ładną Andrzejówkę i ruszyłem dalej. Tym razem szlakiem niebieskim - cel - dworzec Wałbrzych Główny. Nieco wypoczęty po nocy acz czujący wczorajsze zmęczenie hardo ruszyłem naprzód. Zdobywając Jeleniec (902 m n.p.m) dotarłem do zamku Rogowiec, acz po moim przejściu i z tego zamku ostały się jeno zgliszcza i popioły. Idąc dalej dotarłem do wioski Rybnica Mała - wówczas jeszcze szczęśliwy bo nie wiedziałem co mnie zaraz spotka. Szlak (cały czas niebieski) zaraz za wioską skręcił ostro w prawo prowadząc najpierw delikatnie pod górkę (z napisem teren prywatny) a następnie coraz bardziej hardcorowo piął się do góry. I piał... i piął... i końca widać nie było. Nie powiem, było to najgorsze moje podejście w czasie tej wyprawy, a żeby było mało gdy już się wspiąłem na górę - na przełęcz pomiędzy Jałowcami - nagle dopadła mnie ni stąd ni zowąd burza. W pewnym sensie miło było poczuć nieco ochłody na twarzy i głowie jednak w momencie kiedy przemokłem do suchej nitki, nie było za ciekawie. Jednak wystarczyło dojść do Przełęczy Koziej, a deszcz ustał a świecące słońce sprawiło że na powrót byłem suchy.
Tym razem czekał mnie już ostatni etap wędrówki - żółtym szlakiem od przełęczy Koziej na Zamkową Górę aby zbadać splądrowane niestety przede mną ruiny zamku Nowy Dwór i dalej na dworzec we Wałbrzychu. Etap ten minął mi bardzo szybko, mimo że droga była śliska, pełna błota i osuwających się kamieni. Najgorzej było schodząc z Zamkowej Góry od ruin, szlak był bardzo stromy w kierunku zamku, także schodząc kilka razy lądowałem na tylnej części ciała, a osuwające się kamienie, błoto i śliska trawa powodowały tylko ciche przekleństwa z mojej strony.
W końcu dotarłem na Wałbrzych Główny. Czasowo zostało mi jeszcze półtorej godziny do pociągu ale wolałem usiąść i nic nie robić niźli łazić jeszcze po mieście. Czas ten miło spędziłem delektując się chmielowym trunkiem z widokiem na Borową. Nim się spostrzegłem nadjechał pociąg, a ja znowuż wracałem do Poznania. Niestety. Ale pocieszam się jeno myślą że już nie długo Sudety na powrót otworzą przede mną swoje wrota i pozwolą zagłębiać swoje tajemnice... A duchy gór znowuż będą sprawiać że szlak zielony, staje się niebieskim
Pod tym linkiem znajdziecie zdjęcia. Jednocześnie muszę wyjaśnić że data w prawym dolnym narożniku na zdjęciach jest winą tylko tego że zapomniałem jej wyłączyć (nie lubię dat na fotkach) i poza tym jest nieaktualna a wszystkie zdjęcia pochodzą z 22 i 23 czerwca tego roku a nie tak jak na zdjęciach jest napisane z 2006 r.
https://picasaweb.google.com/zplecakiem ... aBrzyskiej

(jeśli wyświetla się takie malutkie to trzeba odświeżyć stronę)