Jak już napisałem celem naszym był Wałbrzych. Cóż tu dużo mówić, gdybym miał wybierać najmniej podobające mi się miasta, to to było by w ścisłej czołówce (nie chcę nikogo przy tym urazić) Znaleźliśmy się w nim o godzinie 10.47, pociąg o dziwo się nie spóźnił. Zaraz po jego opuszczeniu ruszyliśmy na szlak - cel pierwszy - Borowa 853 m n. p. m. szliśmy szlakiem czerwonym. Samo podejście pod Borową w kilku miejscach dość hardcorowe zwłaszcza jak się ma na sobie plecak, jednak daliśmy radę i stanęliśmy na szczycie - a ten niestety był obrośnięty drzewami i nic z niego nie było widać. Całe szczęście że kilka metrów przed szczytem było troszkę uschniętych drzew, tak że można było dojrzeć panoramę Wałbrzycha i okolic. Na szczycie rażący był jednak bałagan, obok miejsca na ognisko walały sie puszki i jakieś papierzyska.
Schodząc z Borowej było kilka trudnych momentów kiedy to szlak stawał się tak stromy, że trzeba było z niego zejść i szukać drogi gdzie indziej kurczowo trzymając się drzew.
Idąc cały czas czerwonym szlakiem doszliśmy do Przełęczy Pod Borową gdzie spotkaliśmy kilku miłych ludzi pracujących przy ścince drzew i tam odbiliśmy na szlak żółty, tym razem naszym celem było Zagórze Śląskie. Mając w uszach szum pobliskich strumyków, szło się raźnie i nie czuło sie zmęczenia. Nim się spostrzegliśmy doszliśmy do Jedliny Zdroju - miasteczko dość ciekawe, widać że jego władze mają pomysł na przyszłość - roboty w nim były w toku, w miejscach ogólnie dostępnych dla turystów było czysto i ładnie. Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie by uzupełnić płyny i coś przekąsić. Szlak wychodząc z miasta zaprowadził nas na wspaniałe łąki z których roztaczał się przepiękny widok na Góry Sowie w całej swojej okazałości. Widoki były tak piękne że po czasie zatrzymaliśmy sie przed płotem i po spojrzeniu na mapę okazało się że zgubiliśmy szlak. Trzeba było się wracać, okazało się że strzałka ze znakiem była zarośnięta krzakami i zamiast skręcić w lewo, poszliśmy prosto. I już myśleliśmy że to koniec niespodzianek kiedy to idąc po łące w pewnym momencie poczułem jak moje nogi zapadają sie po kostki w błoto! Okazało się że cały teren był strasznie podmokły, z trudem wyjąłem stopy z bagna i szybko się wycofaliśmy. Ale nie było innego wyjścia, musieliśmy przejść przez ten teren bo droga okrężna nie wchodziła w grę, może nawet jej nie było. Jedyne co nas pocieszało to fakt, że kilkadziesiąt metrów przed nami szła droga więc trzymając się za ręce przeskakaliśmy ten odcinek po dużych kępach trawy i z radością stanęliśmy na asfalcie. Szlak tylko przecinał drogę ale następnie szedł już pod górę więc podmokłą łąkę zostawiliśmy za sobą. Już do samego Zagórza mijaliśmy przede wszystkim łąki z których roztaczał się piękny widok na Góry Wałbrzyskie oraz Sowie. Miło się zdziwiłem kiedy przechodząc przez Niedźwiedzice, przy drodze ujrzałem piękny krzyż pokutny. W swoim naprędce kombinowanym planie podróży uwzględniłem że nocleg znajdziemy w Zagórzu, nie było czasu na rezerwacje i ku mojemu zirytowaniu wynikł z tego mały problem. W pierwszym gosp. agroturystycznym niestety nie było miejsc (choć wydaje mi się że po prostu nie chciało im się nas na jedna noc ugościć), a w innym miejscu brakło miejsc bo wszystkie były zarezerwowane na zjazd kolarzy :/ Ale właściciel ośrodka, starszy jegomość bez jedynki na przedzie i ostro zalatujący spirytusem polecił nam gospodarstwo agroturystyczne "Jaskinia Lwa" kilometr od Zagórza w kierunku Jugowic. Gdy tam dotarliśmy (z jęzorami u pasa) na całe szczęście okazało się że jest wolny pokój. Jeżeli chodzi o owo gosp. agr. to nie polecam wam go na dłuższą metę. W samym pokoju dość czysto i schludnie ale ogólnie to syf kiła i mogiła. Wszędzie walały się jakieś meble, materace, zabawki, a po domu latały na wszystko szczekające ratlerki i yorki. Myłem się w zimnej wodzie, a w nocy zimno :/ Jak na 25 zł za nocleg - przesada. Wstaliśmy o ósmej i po śniadaniu byliśmy już na nogach - tym razem droga powrotna, do godziny 17.47 musieliśmy dojść do Wałbrzycha na pociąg do Poznania. Tym razem obrałem inny szlak - postanowiłem iść niebieskim odcinkiem szlaku długodystansowego z Zagórza do Wałbrzycha. Prowadził on przez Góry Czarne. Nie wiem tak naprawdę dlaczego nazywają się one Czarne, ale miałem przekonać się już niedługo. Droga prowadziła delikatnie pod górę i stawała się coraz bardziej podmokła, poza tym zryta była przez jeżdżące tędy ciągniki pracujące przy ścince drzew. Czarna maź po chwili okryła całe moje buty i spodnie do kolan. Po drodze minęliśmy szczyt Klasztorzysko i po chwili las ustąpił a moim oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków jakie do tej pory w górach widziałem. Piękna łąka, pojedyncze drzewa a w oddali majaczące góry. Następnie był powrót do rzeczywistości, znowu błoto, znowu przechodzenie przez rozlane strumienie, skakanie po głazach i zrąbanych pniach drzew - ogólnie jak dla mnie to super jednak towarzysząca mi osóbka troszkę kręciła nosem (ale chyba jednak i tak Jej się podobało) W końcu przeszliśmy góry Czarne i weszliśmy, a szlak szedł znowuż przez łąki, sady i pola. Widoki naprawdę cudne, w oddali majaczyły góry oraz wieże kościołów. A że dzień był baaardzo gorący musiałem raczyć się po drodze zimnym napojem o wyraźnym chmielowym smaku, którego w sklepach w mijanych miejscowościach nie brakowało
Cóż, jedni mówią że Góry Wałbrzyskie są nudne i mało atrakcyjne , jednak ja tak nie sądzę. Może dlatego że dla mnie wyjazd w każde góry jest wielkim przeżyciem i nie potrafię jeszcze myśleć jak stary wyga