Seba chciał zwiedzić okolice Świeradowa, więc w niedzielę 2008-01-06 o zwiedzamy ten kurort w w poszukiwaniu parkingu. Są czerwone i niebieskie oznaczenia szlaku, niestety za wysoko nie da się dojechać, zostawiamy auto na rozejściu się tych szlaków.
Widoki kiepskie - mocno wieje wiatr co potęguje uczucie zimna, śniegu jak na lekarstwo pomimo, że nie byliśmy tak nisko (>580 mnpm.)
Po łyku herbaty i przebraniu butów bierzemy narty na plecy i ruszamy w drogę. Jakoś nie pałamy chęcią iść na Stóg Izerski, więc zapodajemy niebieskim szlakiem prosto na Polanę Izerską.
Narty udaje się ubrać dopiero na wysokości około 800 mnpm przy smętnych resztkach wyciągu orczykowego. Zdarzenie to uczcimy takim oto ulotnym piktogramem:
Szlak niebieski jest dosyć stromy idąc pod górę zastanawiamy się nad ryzykiem zjazdu.
Wygląda na to, że jest spore. Cienka pokrywa śnieżna nie zakrywa kamoli i korzeni. Idąc do góry spokojnie można je ominąć, ale przy zjeździe może być krucho. Tuż przed polaną "Drwale" szlak dobija do leśnej drogi, która łagodnie opada w stronę Świeradowa. Postanawiamy tamtędy zjeżdżać w drodze powrotnej.
Po chwili jesteśmy na polanie "Drwale". Aura jawi się typowo izerska:
i look w drugą stronę:
Ciekawostką tego miejsca jest wiata, przez którą można przejechać na nartach:
Podjeżdżamy do budynków, siadamy pod wiatą na zalodzonych ławach przy zaśnieżonym stole i przy kanapce, cukierku i reszcie herbatki prowadzimy dyskusje polityczno światopoglądowe:
Dalsza marszruta prowadzi w stronę Chatki Górzystów. Napotykamy wyratrakowany ślad oraz parę miejscówek, które zostają uwiecznione specjalnie dla Buby:
oraz
Następnie wyjeżdżamy na otwartą przestrzeń, która za zasłoną śniegu i mgły gdzieś kryje Chatkę Górzystów:
W takich miejscach i w przy takich warunkach poznaje się znaczenie tyczek :D
Bez przeszkód na skuśkę docieramy do Chatki Górzystów, a tam tłoczno jak na Świebodzkim w niedzielę. Sebastian zapodaje especialidad de la meson czyli omlet, popija grzanym piwem, którego nie może się nachwalić, ja poszczę przy dwóch tyskich. W chatce jest wyjątkowo ciepło (nic dziwnego, jak na zewnątrz pewnie blisko 0, a w środku sporo luda), ale czas ruszać. Niecierpliwa dusza niedzielnego backcountowca szarpie ciałem i siedzieć w jednym miejscu nie daje.
Z chatki ruszamy żółtym szlakiem pod górę. Zaczyna padać śnieg, i robi to coraz intensywniej.
Nie zrażeni tak ciężkimi obiektywni, ale jakże pożądanymi dla backcoutrowca po dwóch browcach warunkami sprawiamy kolejne prezenty Bubie:
oraz
Dalej mamy zamiar iść czerwonym szlakiem w kierunku Drwali. Zamiar dobry, gorzej z wykonaniem. Szlak kluczy, początkowo widoczny ślad niknie pod śniegiem. Taka sytuacja nie jest dla nas pierwszyzną:
Zapomniany odbiornik GPS wkracza w akcje: namiar Szerzawa i rozpoczyna się wędrówka za czerwoną strzałką wśród krzaków i drzew. Na wierzchołki odnajdujemy oznaczenia, ale nie na długo. Namiar: Drwale i po parunastu minutach zjazdu (szkoda, że wiatr z naprzeciwka nas hamował, ale i tak zaliczyłem klasyczne przyglebienie przez głowę )jesteśmy w znajomym miejscu.
Kontynuujemy zjazd wcześniej obmyśloną trasą, która po paru zawijasach doprowadza nas do znajomego niebieskiego szlaku.
Dzięki opadowi śniegu narty zdejmujemy niżej, niż je założyliśmy, ale i tak paręset metrów do auta musimy pokonać "na bosaka".
Podsumowanie wycieczki:
ponad 20km w linii prostej, a raczej po pętelce
900 metrów podejść i zjazdó po takim ładnym profilu:






