podbieganie... no może czasami z przejściemTo było absolutnie przejście, no może z podbieganiem
Przejście dookoła Kotliny Jeleniogórskiej
-
Marcin_SKPS
- łazik
- Posty: 84
- Rejestracja: 13-06-2007 15:27
- Lokalizacja: Wrocław
Wirek, gratulacje oczywiście, widziałem na fotce, że miałeś plecak i nie miałeś kijków.
Stąd dwa pytania:
1) co wziąłeś do plecaka?
2) czy nie odczuwałeś braku kijków ?
i pytanie 3 (pozaplanowe) -> czy idąc powtórnie na przejście jakoś inaczej się wyposażysz, coś więcej weźmiesz, czy wręcz coś zostawisz ?
Stąd dwa pytania:
1) co wziąłeś do plecaka?
2) czy nie odczuwałeś braku kijków ?
i pytanie 3 (pozaplanowe) -> czy idąc powtórnie na przejście jakoś inaczej się wyposażysz, coś więcej weźmiesz, czy wręcz coś zostawisz ?

Trochę już czasu minęło i najwyższy czas, by przedstawić jakieś podsumowanie. Przymierzając się do startu wiedziałem, że przejdę tą trasę w limicie, bo nie jest to zadanie ponad moje siły. Narzuciłem sobie własne progi 24 godzin jako marzenie i 30 jako optimum bez biwakowania. 145 km byłby to najdłuższy dystans jaki dotychczas przebyłem w jednym ciągu. Tak sobie oszacowałem, że 24 godziny są realne, ponieważ w 1998 roku przeszedłem Sudecką Setkę w 18,5 godz. a teraz mam jeszcze większą wydolność, więc mogłem myśleć optymistycznie. Niestety, przekonałem się, że jeszcze nie jest tak dobrze. Sama trasa Przejścia Kotliny jest trudniejsza niż 1,5 Sudeckiej Setki. Połowa września to nie to, co koniec czerwca – dłuższa noc i niższe temperatury. Inna jest też aprowizacja na trasie. W Sudeckiej Setce trafia się co ok. 8 km na punkt sędziowski, gdzie można coś przegryźć i popić. W Przejściu można liczyć tylko na siebie. Wychodząc o 20-tej ze Szklarskiej, praktycznie do Okraju, gdzie czekali goprowcy, idzie się po wymarłym terenie. Po drodze chyba tylko Spindlerova Bouda jest otwarta całą dobę. Ponoć na przeł. Karkonoskiej byli goprowcy, nie wiem czy serwowali napoje, bo my widzieliśmy wjeżdżający od polskiej strony samochód będąc już wysoko pod Małym Szyszakiem. Akurat wyjątkowo, w nocy z piątku na sobotę w Śląskim Domu odbywała się koleżeńska impreza, więc udało się nam kupić wodę i posilić szklanką piwa, mimo że było już po północy. Oczywiście, w sytuacji krytycznej można zastukać do każdych drzwi, ale nie może to być normą zachowań dla twardziela. Do tego doszedł zbieg wielu niesprzyjających dla mnie okoliczności. Nie mogłem wziąć urlopu w piątek, musiałem być od rana w pracy, więc pobudkę miałem o 5 rano. Wyszedłem wcześniej, planując wyjazd Krychą o 13:15. Niestety, z powodu Tour de Pologne sporo czasu spędziłem na przystanku i w efekcie do Szklarskiej zajechałem na 18-tą. Zamiast zaplanowanego odpoczynku u kolegi w Szklarskiej i dwudaniowego obiadu, wcisnąłem w siebie banana i dwie solanki popite mineralką. U kolegi zdążyłem się tylko przebrać i pognałem na start. Od sobotniego poranka pogoda się drastycznie zmieniła. Zrobiło się chłodno, mglisto i deszczowo. Od Skalnika do Dudziarza szliśmy praktycznie w deszczu. Padający od jakiegoś czasu deszcz rozmoczył drogi, które dodatkowo rozjeździli wozacy ściągający drewno. Wszystko to w sumie stworzyło dla mnie warunki niezbyt sprzyjające do bicia rekordów. To tak na temat „Co mi przeszkadzało”. Problemy nawigacyjne to inna sprawa, skoro na Skalniku nie byłem od 16 lat, a na Okolu od 28. Wnioski na przyszłość:
- Zabrałem za dużo jedzenia. Zjadłem tylko pomidora, jedną chałwę, jeden żelik, który kiedyś dostałem jako reklamówkę na Maratonie Wrocławskim i 1/3 oscypka. Wypiłem 3 piwa, z czego jedno na mecie i niecałe 4 litry mineralnej. Poza tym w zupełności wystarczyła mi opieka ze strony organizatorów. 3 chałwy, czekolada, serek topiony i z 250 g oscypka wróciło do domu
- Strój zdał egzamin. Szedłem w Kalenji z Decathlona – podstawowy model za 49,90. Nie noszę butów na zmianę. Powyżej szarawary dwuwarstwowe z targowiska, 2 pary skarpet: cieniutkie elastilowe a na nie frote, żadnych membran. Skafanderek ortalionowy, polar z Decathlona, bluza do biegania Crane z Lidla, bawełniany T-shirt od organizatorów. Na deszcz pelerynka z Decathlona. Plecaczek leciutki no-name za 17,90.
- Chodzę bez kijków, ponieważ chodziłem bez kijków. Aczkolwiek, dało się odczuć, że by się niekiedy przydały. Zaczynam myśleć o zaopatrzeniu się w nie.
- Czołówka z allegro; żarówka + 3 LED; zasilanie 3 małe paluszki bodajże 850 mAh. Wystarczyła na dwie noce aż nadto i jeszcze świeci jako rowerowa bez doładowania. Nie sprawdziła się we mgle na zejściu ze Skalnika. W takich warunkach potrzebowałbym światła skupionego w wąski stożek, a zarówno żarówka jak i ledy dawały światło zbyt rozproszone, które otaczało mnie świetlistą kulą, w zasadzie oślepiając. Musiałem schodzić zgięty w pół, żeby widzieć, co mam pod nogami. Ale pocieszam się, że petzle kolegów też się nie specjalnie sprawdziły.
- Oprócz tego w plecaku: trochę plastrów z opatrunkiem i bez, papier toaletowy, apap, cholinex, calcium, agrafki, scyzoryk, mapy Planu 40-stki (nic się na szczęście nie przydało), kompas nrd-owski, aparat fotograficzny, komórka, kartka papieru, długopis, portfel.
- Zabrałem za dużo jedzenia. Zjadłem tylko pomidora, jedną chałwę, jeden żelik, który kiedyś dostałem jako reklamówkę na Maratonie Wrocławskim i 1/3 oscypka. Wypiłem 3 piwa, z czego jedno na mecie i niecałe 4 litry mineralnej. Poza tym w zupełności wystarczyła mi opieka ze strony organizatorów. 3 chałwy, czekolada, serek topiony i z 250 g oscypka wróciło do domu
- Strój zdał egzamin. Szedłem w Kalenji z Decathlona – podstawowy model za 49,90. Nie noszę butów na zmianę. Powyżej szarawary dwuwarstwowe z targowiska, 2 pary skarpet: cieniutkie elastilowe a na nie frote, żadnych membran. Skafanderek ortalionowy, polar z Decathlona, bluza do biegania Crane z Lidla, bawełniany T-shirt od organizatorów. Na deszcz pelerynka z Decathlona. Plecaczek leciutki no-name za 17,90.
- Chodzę bez kijków, ponieważ chodziłem bez kijków. Aczkolwiek, dało się odczuć, że by się niekiedy przydały. Zaczynam myśleć o zaopatrzeniu się w nie.
- Czołówka z allegro; żarówka + 3 LED; zasilanie 3 małe paluszki bodajże 850 mAh. Wystarczyła na dwie noce aż nadto i jeszcze świeci jako rowerowa bez doładowania. Nie sprawdziła się we mgle na zejściu ze Skalnika. W takich warunkach potrzebowałbym światła skupionego w wąski stożek, a zarówno żarówka jak i ledy dawały światło zbyt rozproszone, które otaczało mnie świetlistą kulą, w zasadzie oślepiając. Musiałem schodzić zgięty w pół, żeby widzieć, co mam pod nogami. Ale pocieszam się, że petzle kolegów też się nie specjalnie sprawdziły.
- Oprócz tego w plecaku: trochę plastrów z opatrunkiem i bez, papier toaletowy, apap, cholinex, calcium, agrafki, scyzoryk, mapy Planu 40-stki (nic się na szczęście nie przydało), kompas nrd-owski, aparat fotograficzny, komórka, kartka papieru, długopis, portfel.
- Lech
- bardzo stary wyga
- Posty: 3615
- Rejestracja: 08-01-2005 18:39
- Lokalizacja: Poznań (spod Moraskiej Góry)
Jest chyba z tego jakaś korzyść, bo potem nawilżały zrogowaciały naskórek i wymięknięte odciski ściąga się razem ze skarpetami, więc nie trzeba robić extra pedicure.wirek pisze:Przemakają nawet i bez deszczu. Wystarczy trawa mokra od porannej rosy czy kałuże na drodze. Zmiana skarpet to zbędny luksus w takiej sytuacji. Nauczyłem się nie zwracać uwagi na takie drobiazgi

Masz Lechu nieco racji
tyle że pedicure warto zrobić przed wyprawą. Oczywiście wystarczy samemu, nie trzeba korzystać z kosmetyczki. Mam jeden pęcherz, pozostał mimo zdjęcia dwóch skarpet, pod palcami prawej stopy. Kolega, który szedł w terenowych salomonach też się dorobił czegoś podobnego, tyle że mój ma wielkość dwuzłotówki a jego 50 eurocentów. Przy obecnym kursie jego jest nieco mniejszy. Przygotowanie stóp do takiej imprezy jest bardzo ważne. Warto wcześniej zadbać o krótsze paznokcie, jakieś stare otarcia, modzele itp. Przy takim dystansie, tempie i czasie marszu, taki odcisk jak mój to standard w tym miejscu bez względu na posiadany sprzęt.
wirek pisze:Odpadłem od kolegów, co jakiś czas musiałem kłaść się na ziemii żeby choć na chwilę zmrużyć oczy. Potem doganiałem kolegów i znowu na ziemię. Na asfalcie za Kopalnią Stanisław poddałem się. Pożegnałem kolegów, podłożyłem plecak pod głowę i zasnąłem na skraju asfaltu. Obudziłem się po 20 minutach snu. Zerwałem się do truchtu i dogoniłem chłopaków na punkcie kontrolnym w wiacie na Rozdrożu pod Cichą Równią.
Taka krótkotrwała drzemka, jeżeli uda się zapaść w głęboki sen chociaż na kilka minut pozwala faktycznie zregenerować siły i człowiek budzi się jak nowo narodzony, co nieraz praktykuję w domu.
Zastanawiam się jak to jest na wyprawie Wirek - czy musisz nastawiać budzik, czy jakaś wewnętrzna kontrola budzi Cię automatycznie uznając, że już dość wypocząłeś.
Z podobnymi opisami takich drzemek spotkałem się czytając relacje z przejść idiotycznych, ale jakoś nikt nie napisał czy korzysta z budzika na trasie, tymbardziej że tam trzeba pilnować czasu ze względu na regulamin turystyki idiotycznej.
No, ja mogę z dumą przyznać, że mam wewnętrzny zegar. Co prawda chodzi z dokładnością do 10 minut, ale do drzemki wystarczy. Nie raz już się na nim nie zawiodłem, drzemając nad ranem na Sudeckich czy Opolskich Setkach. Podczas nocnych imprez (marszobiegowych, oczywiście) często mam nad ranem, tak koło 4 - 6 falę kryzysów, które po 10-cio minutowej drzemce znikają jak nożem uciął. Dziwna sprawa, w domu, po południu potrafię nie obudzić się do wieczora.
Miło powspominać
Na stronie Przejścia http://przejsciekotliny.ovh.org/ w newsach jest dłuuuższy film do ściągnięcia i galeria