Postautor: Paszczak » 11-01-2010 09:39
Nadszedł czas kolejnego, trzeciego już zlotu forumowiczów. Termin ustalono na początek stycznia, a jeśli zima, to w śniegu cała! Rzeczywiście, nie można było narzekać na brak białego puchu. Wsiadam więc w samochód, zostawiam je za sobą, te miasta z brudną wodą i jadę przed siebie. To nic, że pada śnieg! To nic, że drogi są niebezpieczne. To nic, że jadącemu przede mną Porsche odpada tylni koło. To nic, że droga trwa zdecydowanie dłużej niż planowałem! Liczy się to, co czeka na mnie na miejscu! Docieram wreszcie na Przełęcz Jugowską. Uwielbiam przełęcze! Jeszcze tylko króciutki odcinek i staję przed drzwiami Zygmuntówki. Więc Leśny Domie, znowu jestem z Tobą, więc Leśny Domie znowu jestem tu! Wita mnie Bogdan i tak patrzę w jego oczy, wiem, że jestem na miejscu, jestem wśród swoich. O cudowna rozmowo! Płyniesz cicha, serdeczna i choć wiele osób widzi się po raz pierwszy łączysz nas jakbyśmy byli starymi znajomymi. Jednak wieczór gdzieś tam z wiatrem ku nocy odpływa i pora już udać się na spoczynek. Zanim mi sen na oczy spłynie, moje myśli szybują przez lufcik... Nie ma Cię w Zygmuntówce, ale wiem, że cały czas jesteśmy razem. Moje serce bije przecież tak samo. Zasypiając mamy świadomość, że razem zbudzimy świt. Z samego rana Bogdan przydzielił mi zadanie, ale obiecanego międzynarodowego certyfikatu rozpalacza kominków niestety nie otrzymałem. Niektórzy muszą pojechać do pracy, jednak pięcioosobowa grupa rusza na szlak! Zima im w twarze śniegiem kurzy, lecz nie poddają się i cały czas idą pod górę, tam gdzie wieje wiatr! Ruszamy w kierunku Koziej Równi. Cały czas przecieramy szlak. Po zdobyciu pierwszego szczytu schodzimy na Kozie Siodło. Rozmowa, która łączyła nas wieczorem rozkwita i dziś, wspinają się słowa, starym znanym szlakiem, aż wreszcie wzrasta potem, słono potem okupiona Wielka Sowa. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej. Pierwszy raz spotykamy innych turystów. Schodzimy do schroniska Sowa, gdzie raczymy się wybornym pstrągiem. Żółtym szlakiem wracamy na Kozie Siodło i po własnych, lekko już przysypanych śladach wracamy. Gdy docieramy do Zygmuntówki gorąca strawa dymi z sieni, Bogdan z Gusią serwują pierogi, grochówkę, kapuśniak, naleśniki, co dusza zapragnie! Do sali kominkowej dociera coraz więcej uczestników spotkania! Wietrze co w oddali łamiesz nocne drzewa, tylko ty wiesz jak wspaniale nam przebywać razem. Tak wiele nas różni, jednak łączy nas miłość do Sudetów, nie ma więc nieporozumień, niesnasek. Nie istotne jest gdzie kto pracuje, ile zarabia, w co wierzy, ile ma lat! Liczy się, że kochamy góry i że jesteśmy razem! Cała grupa czuje się wspaniale! Nie starcza im dnia, od zmierzchu do rana ciągną się rozmowy. Telefon obwieszcza nam to, o czym wszyscy dobrze wiemy - nieobecny ciałem organizator zlotu nie opuszcza nas duchem. Jest z nami! Cichą nocą tylko jeden dom muzyką bębni, nie ma końca wesołym śpiewom. Co i rusz kolejna osoba przewala się po kątach, upojona mocnymi trunkami. Impreza trwa nadal, jednak jeżeli nie dajesz już rady możesz nawet zasnąć gdzieś w połowie! Coraz więcej osób udaje się na spoczynek... A już następnego dnia siadamy razem do śniadania, "jajca!" wykrzykuje co chwile Bogdan serwując wyborną jajecznicę z wkłądką. Hołdując zasadzie w niedzielę najlepszy ubierz strój zakładamy zlotowe koszulki prezentujące Zygmuntówkę oraz jedną z kóz o wdzięcznych imionach Pusia i Ferdzio. Zdajemy sobie sprawę, że dwoista dróg powrotnych jest tęsknota, nieodwracalna, chociaż odwrócona. Kolejne grupki żegnają się z gospodarzami i ruszają do domów. Wspólnymi siłami odśnieżamy i odladzamy samochody i również zjeżdżamy w doliny. W Dzierżoniowie żegnam się z ostatnimi uczestnikami, lecz jestem spokojny bo wiem, że tam wrócę, wszystko co wielkie w górach zostawiłem. Z całą pewnością za rok za dzień, zabrzmi znów, muzyka między nami. Tam jak dziś, odnajdziemy się, w końcu świata, za rok za dzień.
Bardzo dziękuję wszystkim za wspólnie spędzony czas. Powiedzieć, że było wspaniale to mało. Powyższa relacja powstała tuż po powrocie do Drezna co zajęło mi, bagatela, prawie osiem godzin. Sytuacja na drodze była fatalna, jednak ani trochę nie żałuję, że wybrałem się w tę podróż. Jadąc prawie cały czas słuchałem " W górach jest wszystko co kocham... (Cz. VI)" i dlatego w relacji znalazło się dwadzieścia pięć cytatów z tej płyty. Każda piosenka pojawiła się co najmniej jednokrotnie, kto nie wierzy niech sprawdzi!
PS Uwaga do relacji Grzesia! Ja też byłem w ekipie, która zdobyła Wielką Sowę!