Wyjeżdżając z Poznania świeciło piękne słoneczko, jednakże Wałbrzych przywitał mnie chmurami z których od czasu do czasu popadywał mniej lub bardziej intensywny śnieg. Zapakowałem się w busik i wysiadając w Jugowicach, ruszyłem na czarny szlak Martyrologii (kto wymyśla te nazwy
Drugi dzień przywitał mnie wyśmienitą pogodą! Wyruszam na szlak około godziny dziesiątej, najpierw cofam się do schroniska Orzeł po pieczątkę do książeczki GOT, a następnie z powrotem na Sowę, a stamtąd czerwonym szlakiem do schroniska Zygmuntówka. Idzie się raźno i przyjemnie, po drodze mijam kilku pieszych turystów. Docieram do schroniska, coś tam jem i jako że jest dopiero popołudniowa godzina, uderzam na Kalenice na wieże widokową, gdyż grzechem byłoby w taką pogodę nie popodziwiać uroków gór. Wieczór spędzam przed kominkiem w Zygmuntówce przy którymś tam piwie z kolei.
Na trzeci dzień w drogę wyruszam o godzinie ósmej rano. Zmierzam do Walimia z którego mam zamiar dostać się już busem do Wałbrzycha. Pogoda również ładna. Popołudniu jestem już we Wałbrzychu i mam dylemat - do pociągu zostały mi jeszcze cztery godziny... Wyciągam mapę, patrzę i... może by tak spacerek do Szczawna Zdroju? Długo się nie zastanawiam i niebieskim szlakiem przez Górę Parkową docieram do celu. Po drodze delektuję się średniej jakości winkiem zakupionym za 4,80 (z butelką!) - Vin&Co MAX Castelazzo - jakoś trzeba było się rozgrzać, buty miałem już całe mokre a skrpetek na zmianę brakło...
Bezpośredni pociąg ze Szklarskiej do Poznania, o dziwo spóźnia się tylko trzy minuty. Powoli staczamy się z gór. Co się okazuje, we Wrocławiu nie wiedzieć dlaczego odjazd przewidziany jest na godzinę 20stą (mimo, że na miejscu jesteśmy o 19.15, a zaraz potem przyjeżdża drugi skład z Kudowy i łączą się w jeden). O dwudziestej dowiaduję się, że jakiś tam pociąg skądś tam gdzieś tam, ma dwadzieścia minut spóźnienia, i tyle minut muszę jeszcze ślęczeć stojąc w miejscu (a raczej siedząc w bezprzedziałowym wagonie przypominającym klasę trzecią, a nie drugą), czekając za spóźnialskim. Po ponad pięciu godzinach, w końcu docieram do domu.
Wyjazd zaliczam do jak najbardziej udanych, brakowało mi już strasznie gór więc cieszę się, że mogłem ich znowu posmakować (mimo, że bolą mnie dziś wszystkie kości)
Trochę statystyk: W trakcie wyjazdu zjadłem trzy konserwy mięsne, jedną z tuńczykiem, porcję bigosu, bochenek chleba, dwa rogaliki z nadzieniem czekoladowym, porcję frytek oraz dwie kiełbasy i tabliczkę czekolady. Wypiłem około 5 litrów herbaty, 4 litry piwa, około litra grzanego wina oraz litr napoju winopodobnego (już nie grzanego). Zdobyłem 51 punktów GOT, zdobyłem trzy najwyższe szczyty Gór Sowich oraz dowiedziałem się, że toaleta we Wałbrzychu kosztuje 2 zł.
A oto i zdjęcia:
http://picasaweb.google.com/zplecakiemp ... GorySowie#
