Wycieczkę popełniliśmy w miniony weekend – przy fantastycznej pogodzie. Ponieważ w pierwszy weekend października nie udało nam się dojść do Kotelnich Jam, więc tym razem to właśnie one były głównym celem.
Wystartowaliśmy o godz. 8 w zasadzie z samego centrum Szpindlerowego. Wbrew moim obawom czerwony szlak nie prowadził cały czas asfaltem. Dość szybko weszliśmy w las, na całkiem strome podejście, które pomimo lekkiego mrozu od pierwszych metrów wycisnęło z nas poty.
I już od samego początku zachwycały nas widoki; najpierw leśne a później, czym wyżej tym rozleglejsze.
Później było już bardziej płasko, miejscami tylko asfaltowo. Przy Jilemnickiej boudzie zmieniliśmy szlak na zielony i od tej pory było już bajkowo.
Droga jest rewelacyjna. Przy kotłach prowadzi krętą, kamienistą ścieżką, na której miejscami był jeszcze lód. Później, bliżej schronisk rozszerza się i praktycznie do samych budynków prowadzi lasem
Po drodze do Jam spotkaliśmy tylko jedną parę turystów. Przy schronisku Dvoračky – gdzie ostatnio pielgrzymowały tłumy ludzi – również było pusto. Siedliśmy więc sobie na tarasie, sącząc kawę i piwko (kufel za całe 25 Kč) delektując się jednocześnie świetnymi widokami.
Od schroniska znowu szliśmy czerwonym szlakiem – drogą, o której można śmiało powiedzieć, że jest jedną z najładniejszych tras widokowych w Karkonoszach. Ciekawie (bo inaczej) wyglądają z tej strony Góry Izerskie, Szrenica, Łabski Szczyt czy też budynek stacji przekaźnikowej nad Śnieżnymi Kotłami.
Do tego wszędzie widać betonowe cielska schronów bojowych, które były częścią tzw. linii Odra - Karkonosze, budowanej w wielkim pośpiechu wzdłuż dawnej granicy od połowy lat trzydziestych minionego stulecia do 1938 r.
Ówczesny rząd Czechosłowacji zdawał sobie doskonale sprawę, że Niemcy mogą zaatakować przez góry, więc całe przedsięwzięcie realizowane było niezwykle szybko a jednocześnie starannie, w przemyślany sposób. Niektóre bunkry wchodziły w skład twierdz, gdzie poszczególne stanowiska ogniowe połączone były podziemnym tunelami. Z planowanych 15 twierdz zdołano wybudować i wyposażyć 5, zaś w trzech kolejnych prace były zaawansowane. Ogólnie zdołano wtedy zbudować aż 85 ciężkich schronów. Umocnienia te jednak nigdy nie sprawdziły się w boju, ponieważ w roku 1938 Czechosłowacja poddała się hitlerowskim Niemcom bez walki. Ciekawe, że pomimo upływu wielu lat, większość z nich wygląda tak, jak gdyby wybudowano je zupełnie niedawno. Więcej o bunkrach można poczytać m.in. TUTAJ
Wracając do wędrówki – od Harrachovy Kameny do rozdroża przy Vrbatovej boudzie – widoki po prostu zwalają z nóg. Najpierw można popatrzeć na Kotel, Jamy i dalej na południe, chwilę później otwierają się jeszcze szersze widoki na zachód – na Przełęcz Karkonoską, oba Szyszaki, Kozie Grzbiety, Śnieżkę, a na północy na Pančavską Łąkę, Łabską boudę, Łabski Dul... Nie przeszkadzało mi nawet zupełnie, że koło schroniska niepostrzeżenie zrobiło się całkiem tłoczno.
Dość dużo ludzi było aż do Łabskiej boudy. Po drodze mija się kilka kolejnych punków widokowych.
Nad wodospadem Panczavy chciałem przejść po kamykach na drugą stronę strumyka na kilka fotek, gdy tu ni stąd ni zowąd pojawiło się dwóch panów w brązowych mundurach, którzy przywołali mnie do siebie i służbowo opier.... Na szczęście na tym się skończyło. Po kilku minutach doszliśmy do najbrzydszego znanego mi schroniska w Karkonoszach. Jakąż chorą wyobraźnie miał projektant tego klocka! Chociaż przypuszczam, że widoki z pokoików na górze muszą być zacne.
Kolejny etap wędrówki prowadził niebieskim szlakiem w dół Łabskiego Dołu. Zejście ostro daje po kolanach, co czułem dobrze jeszcze następnego dnia, ale jest to kolejny odcinek, gdzie widoki zapierają dech.
Ściany wznoszą się na ok. 200 metrów, widać 150 wodospad Panczawy. Trochę dalej jest tablica, która informuje, w marcu 1956 roku zeszła tędy potężna lawina, która zerwała całą ziemię i obnażyła skałę na przestrzeni 1375 m. Z olbrzymią siłą bezwładności przetoczyła się przez koryto Łaby niszcząc olbrzymią połać lasu na przeciwległym zboczu!
Niesamowity był moment zejścia na dno Dołu. Dotąd było ciepło, słonecznie. Szedłem w koszulce i bluzie, której nie chciało mi się ściągać. Gdy weszliśmy w cień, w jednej chwili zrobiło się bardzo zimno. Widziałem swój oddech, a kilka kroków dalej zaliczyłem glebę na lodzie! Szron pokrywał zresztą niebosiężne skały od północnej strony. Fantastyczny kontrast – z jednej strony czarna skała i szron, z drugiej las i skałki skąpane w ostrym, popołudniowym słońcu.
Ostatni kawałek – od zbiegu Pudlavy i Łaby prowadzi już asfaltem do Szpindlerowego Młyna. Pokonaliśmy go bardzo szybko mijając po drodze coraz liczniejszych spacerowiczów. Blisko miasta, na zakręcie Łaby, czyjeś pracowite rączki ułożyły dziesiątki kamiennych kopczyków. Mój synek byłby zachwycony i z pewnością dołożyłby kilka swoich konstrukcji.
Ogółem cała wycieczka zajęła nam 8 godzin – z dwoma przerwami na kawę, piwo i żarło.
W Szpindlerowym pokręciliśmy się troszkę za darmowym miejscem do zostawienia furmanki, bo nie bardzo chciało nam się płacić 200 Kč za parking miejski.
Specjalne podziękowania dla SPIRIT, której opisy i zdjęcia z wędrówek po czeskiej stronie Karkonoszy są dla nas inspiracją do planowania naszych wycieczek. Teraz w planach są tylne południowe pasma w okolicach Szpindlerowego, Janskich i Peca.
Więcej zdjęć można obejrzeć TUTAJ