Pogodę zapowiadają wspaniałą więc długo się nie zastanawiamy z Agaciorem i postanawiamy zetrzeć kolejną białą plamę na naszej Sudeckiej Mapie Podróżniczej (jest ich coraz mniej...). Standardowo wyjazd "Kamieńczykiem" z Poznania. Nie jedziemy sami w góry. Później, już na szlaku spotkamy sporo ludzi, którzy siedzieli z nami w wagonie. Akurat wszyscy jechali w Rudawy, ba, nawet spali w tym samym schronisku co my (pozdrowienia, jeżeli to czytacie)
Tym razem dojazd bezpośredni, bez żadnych przesiadek, wysiadamy w "górach" w Ciechanowicach. Stąd, prosto z peronu idziemy niebieskim szlakiem na południe w kierunku Kolorowych Jeziorek. Idziemy polami i łąkami powoli i delikatnie wspinając się coraz wyżej pokonując pierwsze kilometry z dwudziestu jeden, które założyliśmy dzisiaj zrobić. Gdyby jeszcze nie wiało tak strasznie, to byłaby bajka


W Wieściszowicach odbijamy na zielony szlak ku jeziorkom. Zaczyna robić się tłoczno, parking przed jeziorkami zapchany samochodami, sporo ludzi, rodzinek z dziećmi, rowerzystów. Przy samych jeziorkach niewielka knajpka, serwują czeskie piwo z kija (5zł za 0,4l), można wciągnąć kiełbachę z grilla lub zjeść szarlotkę. My wybieramy to pierwsze
Najbardziej podoba nam się Błękitne Jeziorko, najmniej te na samym końcu przypominające bardziej kałużę, czyli Zielone, zwane też Czarnym Stawkiem. Mijając to ostatnie, "żegnamy się" z ostatnimi "turystami" i dalej już idziemy sami. Żółtym szlakiem do wioski Rędzinki, skąd delektujemy się wspaniałymi widokami. Jest tak ciepło, że Agacior maszeruje na krótki rękawek z podwiniętymi spodniami. Brakuje jeszcze tylko zielonych liści na drzewach.





Powoli odbijamy na północ ku Górą Sokolim. Niebieskim szlakiem przez Wołek (niem. Ochsenkopf, 878 m n.p.m.) dochodzimy do Skalnego Mostu. Dalej przez Karpnicką Przełęcz dochodzimy do Szwajcarki. W schronisku tym nie byłem jeszcze nigdy, za to dużo o nim słyszałem, niestety złego. Jednakże dwa lata temu (albo trzy, już nie pamiętam) zmienił się właściciel (dzierżawca?). Jest to starszy pan, bardzo miły i uczynny, który robi wszystko aby tą błąkającą się jeszcze po internetach złą opinie zamazać. Plusy schroniska; bufet czynny do ostatniego klienta. Teoretycznie do dwudziestej ale jak są ludzie, to drzwi stoją otworem. Jeszcze o 22giej zamawialiśmy piwo i braliśmy wrzątek. Dobra, solidna kuchnia. Jak zawsze zamawiałem żurek i nie miałem się do czego przyczepić, Agaciorowi bardzo smakowały pierogi ruskie (ręcznie robione). Duży wybór piw - Ciechan miodowy, Lwówek Wrocławski, do tego czeskie piwka, ciemne, jasne, dwunastki, trzynastki. Dla smakoszy Żywiec
Kolejny plus, który wydawał mi się na początku dużym minusem. Prysznice na pieniądze. Dokładnie na "dwójki". Wrzuca się dwójkę i przez trzy minuty leci ciepła woda,ba, gorąca. I tak się kąpiąc zastanawiałem - ileż to razy nocowałem w schroniskach, gdzie albo nie było ciepłej wody, albo była teoretycznie a w praktyce leciała chłodna. A tutaj wrzucam dwójkę i mam wrzątek. Dla mnie to jednak plus. Sam właściciel mówił, że system ten jeszcze został po poprzednim dzierżawcy. Czy będzie go zmieniał? Nie wiem. Z dodatkowych plusów mogę jeszcze dodać, czyste, wyglądające na nowe koce na łóżkach. Jedyne co mi się nie podobało tego wieczora, to jakaś ekipa wspinaczy , która na wieczór zeszła do schroniska. Głośna, wulgarna i psująca klimat. No ale to nie wina schroniska. Minusy (tak na siłę wyliczam teraz); brak gniazdek w pokoju - w celu naładowania telefonu trzeba iść na bar, jedna łazienka na całe schronisko.



Drugi dzień przywitał nas również piękną pogodą. Bufet otwarty już po siódmej. Za ladą ten sam, starszy pan - podziwiamy jego wytrwałość, tym bardziej że jak zauważyliśmy sam pracuje i na kuchni i na barze. Może w sezonie ma jeszcze kogoś do pomocy?
Szybko zjadamy śniadanie, wypijamy po piwku i ruszamy na Krzyżną Górę (niem. Falker Bge. - Kreuzberg) 654 m n.p.m.

Nagle zmienia się pogoda. Zza Karkonoszy nadciągają groźnie wyglądające chmury. Słońce znika choć widoki nadal są przednie.

Zaczyna kropić... a my zaczynamy się zastanawiać, czy jest sens wchodzić na bliźniaczą górę, czyli Sokolik. Schodząc z Krzyżnej pogoda jednak się poprawia, znów wychodzi słońce, a my plujemy sobie w brody, że w ogóle zastanawialiśmy się nad sensem wchodzenia na Sokolik (niem. Forst Berg lub Forstberg, 622 i 642 m n.p.m.) Tym bardziej, że szczyt owej góry, bardziej nam się podoba niż poprzedniej. Wejście po metalowych schodkach, platforma widokowa z ławeczką i te widoki... bajka!





Kolejna biała plama na naszej Sudeckiej Mapie Podróżniczej przestała istnieć. Plan w pełni zrealizowany. Schodzimy niebieskim szlakiem do Trzcińska i dalej idąc wzdłuż Bobru dochodzimy do Janowic Wielkich, gdzie o 14stej mamy "Kamieńczyka" do Poznania. Szybki zakup piwek na drogę, o 20stej jesteśmy już w Poznaniu.


Wszystkie zdjęcia:
https://photos.google.com/share/AF1QipM ... N0MWR2aVRn