No więc było tak: wpierw z Wrocławia do Kłodzka KD, a dalej... dalej to na dzień dobry spierdzielił nam PKS. No więc idziem na Beskid. Idziemy, dochodzimy w zaułek zaraz za dworcem a tam Beskida ni ma. Jakieś tam ślady po przystanku wprawdzie zostały, ale to już relikty. Patrzę skąd ten Beskid więc może jechać, jest Kłodzko Wyspiańskiego. Szukamy więc koło ronda na Wyspiańskiego tego przystanku ale tam tylko droga kręci zawijasy, po bokach barierki i nie widać żadnego przystanku a odchodzimy coraz dalej od centrum. Ludzi lepiej nie pytać, bo nie dość że sami nie wiedzą, to jeszcze w błąd wprowadzą. Według pewnej niewiasty Beskid miał jeździć z dworca PKS i tam też nas wysłała. Choć nikt nigdy Beskida tam nie widział. Ja także
Tymczasem kilometrów przybywa a przystanku Beskida jak nie było, tak nie ma. W końcu wpadamy na iście szatański pomysł, by zadzwonić do nich i zapytać skąd on odjeżdża w Kłodzku na Stronie. Może tam będą wiedzieć? I miła pani informuje, że koło szkoły podstawowej na Kościuszki. Tyle że... szkoła podstawowa na Kościuszki to jest w Stroniu!
Nie ma jednak tego złego... idąc ul. Kościuszki trafiamy na stacjonarny punkt Beskida! Tam to już na bank muszą wiedzieć, skąd jeździ! Dowiadujemy się, że przystanek jest jeszcze dalej, jak sprawdzam to ponad kilometr od dworca! Brawo Beskid! Poprzedni był praktycznie tuż obok. Nie ma sensu jednak iść, bo bus jedzie dopiero za pięć dwunasta, więc na miejscu byłoby się grubo po południu a gdzie szlak w góry (plany byly iść na Czernicę). Wracamy do domu. Tak zakończyła się moja przygoda z workiem bialskim