Zimowa Korona Sudetów
Co za spotkanie!
I jaka piękna szreń na szczycie Desztny
Pozazdrościć 
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
15
Góry Bystrzyckie - Jagodna - 977 m - 19.02.2010
Przed godziną 10-tą ruszam po Jagodną - najwyższy szczyt G. Bystrzyckich. Jestem pod wrażeniem ilości i jakości tutejszych tras biegowych. Nie spodziewałem się ujrzeć koło parkingu wielkiej, wyratrakowanej polany. Ani tablicy z mapą (nie pomalowaną sprayem) z oznaczonymi pętlami - trasami biegowymi. W drodze na Jagodną miałem okazję zrobić część czarnej pętli. Trasa ładna, podejścia nie stanowiły problemu, a zjazdy - jakby to powiedzieć - bardzo ciekawe.
Na szczyt dostałem się w niecałe 45 minut. Zejście zajęło mi trochę ponad pół godziny.
Następna w planie jest góra, której trochę się obawiam, bo już raz się do niej przymierzyłem. Wtedy skończyło się to na tym, że obiegłem ją dookoła dwa razy. Ale wtedy nie miałem mapy...
Przed godziną 10-tą ruszam po Jagodną - najwyższy szczyt G. Bystrzyckich. Jestem pod wrażeniem ilości i jakości tutejszych tras biegowych. Nie spodziewałem się ujrzeć koło parkingu wielkiej, wyratrakowanej polany. Ani tablicy z mapą (nie pomalowaną sprayem) z oznaczonymi pętlami - trasami biegowymi. W drodze na Jagodną miałem okazję zrobić część czarnej pętli. Trasa ładna, podejścia nie stanowiły problemu, a zjazdy - jakby to powiedzieć - bardzo ciekawe.
Na szczyt dostałem się w niecałe 45 minut. Zejście zajęło mi trochę ponad pół godziny.
Następna w planie jest góra, której trochę się obawiam, bo już raz się do niej przymierzyłem. Wtedy skończyło się to na tym, że obiegłem ją dookoła dwa razy. Ale wtedy nie miałem mapy...
16
Hanušovická vrchovina - Jeřab - 1003 m npm - 19.02.2010
Z Przełęczy Spalonej chciałem przejechać Autostradą Sudecką na wschodnią stronę G. Bystrzyckich. Ale ledwo ruszyłem i przed wiewiórką wyrosła na drodze ściana śniegu. Okazało się, że odśnieżony został tylko odcinek od Zieleńca do przełęczy. Przejezdna jest także droga do Bystrzycy Kłodzkiej więc jadę właśnie tamtędy. Czuję się git. Wychodzi słoneczko, ładne widoki, 2 góry już za mną i to w dobrym tempie. Chce się żyć.
12:40 - miejscowość Kopecek koło Kralików - wyruszam po Jeraba. Mimo, że tym razem jestem lepiej przygotowany czuję niepokój. Oprócz samej świadomości, że góra już raz się obroniła doszedł kolejny powód do zmartwienia - pogoda. A ta spie... popsuła się całkowicie. Gęsta mgła, deszcz ze śniegiem i silny wiatr. Jednym słowem przestało być przyjemnie. Miałem jednak tę przewagę, że mogłem już całkowicie spożytkować energię na tę górę. Nie musiałem już dziś nigdzie wchodzić. Parłem więc żółtym szlakiem przez las. Pod wiatr, pod górę, przez krzaki i mokry śnieg spadający z drzew i nieba. Szybko dotarłem do miejsca, gdzie stok góry był wg mnie najmniej stromy. Tu opuściłem szlak obiegający górę (sprawdziłem to ostatnio...) i zacząłem gramolić się na szczyt.
Już o 13:50 znalazłem się na wypłaszczonym terenie z amboną. Usiadłem na niej i przez oszklone okienka obfotografowałem "widoki". Myślałem, że to szczyt. Ale coś mi nie pasowało w tej mgle za amboną.
Postanowiłem pójść dalej tak długo, aż teren wyraźnie nie zacznie opadać. I to była dobra decyzja. Po paruset metrach między drzewami dostrzegłem skrzynkę na paliku. W środku księga wejść. Ostatni - sprzed tygodnia.
Po wpisaniu się do książki poczułem ulgę i charakterystyczny głód, który czuję tylko wtedy, gdy jestem mocno wypompowany. Nie mam ochoty przeglądać zawartości skrzynki, chcę być jak najszybciej na dole. Do samochodu zbiegam w godzinę z minutami. Jestem mocno przemoczony zaciągającym z boku śniegiem z deszczem i częstymi upadkami przy stromych zjazdach (jak się do diabła tym steruje?!). Ale przede wszystkim jestem bardzo głodny. Mam wrażenie, że nie mam już w sobie nic do spalenia. Pochłaniam bułeczkę, kabanosy, herbatę i na koniec jabłko. Następuje natychmiastowa regeneracja. Zastanawiam się, czy jeszcze dziś na Śnieżnik nie wchodzić...
Po dojechaniu do Kletna już wiem, że w taką pogodę nic nie zdziałam. Bardzo silny wiatr i późna pora powodują, że postanawiam zając pierwszą lepszą kwaterę. Dzień kończę kładąc się w wyrku i otwierając czeskiego browarka. Należy mi się.
PS. Trafiłem na dosyć ciekawy pokój. Na wstępie walnąłem głową w futrynę. A żeby nie szurać czerepem o sufit musiałem chodzić albo na podkurczonych nogach albo zgarbiony. Pić można było tylko na siedząco.
PS2. Przy wychodzeniu do kibelka walnąłem się po raz kolejny.

Z Przełęczy Spalonej chciałem przejechać Autostradą Sudecką na wschodnią stronę G. Bystrzyckich. Ale ledwo ruszyłem i przed wiewiórką wyrosła na drodze ściana śniegu. Okazało się, że odśnieżony został tylko odcinek od Zieleńca do przełęczy. Przejezdna jest także droga do Bystrzycy Kłodzkiej więc jadę właśnie tamtędy. Czuję się git. Wychodzi słoneczko, ładne widoki, 2 góry już za mną i to w dobrym tempie. Chce się żyć.
12:40 - miejscowość Kopecek koło Kralików - wyruszam po Jeraba. Mimo, że tym razem jestem lepiej przygotowany czuję niepokój. Oprócz samej świadomości, że góra już raz się obroniła doszedł kolejny powód do zmartwienia - pogoda. A ta spie... popsuła się całkowicie. Gęsta mgła, deszcz ze śniegiem i silny wiatr. Jednym słowem przestało być przyjemnie. Miałem jednak tę przewagę, że mogłem już całkowicie spożytkować energię na tę górę. Nie musiałem już dziś nigdzie wchodzić. Parłem więc żółtym szlakiem przez las. Pod wiatr, pod górę, przez krzaki i mokry śnieg spadający z drzew i nieba. Szybko dotarłem do miejsca, gdzie stok góry był wg mnie najmniej stromy. Tu opuściłem szlak obiegający górę (sprawdziłem to ostatnio...) i zacząłem gramolić się na szczyt.
Już o 13:50 znalazłem się na wypłaszczonym terenie z amboną. Usiadłem na niej i przez oszklone okienka obfotografowałem "widoki". Myślałem, że to szczyt. Ale coś mi nie pasowało w tej mgle za amboną.
Postanowiłem pójść dalej tak długo, aż teren wyraźnie nie zacznie opadać. I to była dobra decyzja. Po paruset metrach między drzewami dostrzegłem skrzynkę na paliku. W środku księga wejść. Ostatni - sprzed tygodnia.
Po wpisaniu się do książki poczułem ulgę i charakterystyczny głód, który czuję tylko wtedy, gdy jestem mocno wypompowany. Nie mam ochoty przeglądać zawartości skrzynki, chcę być jak najszybciej na dole. Do samochodu zbiegam w godzinę z minutami. Jestem mocno przemoczony zaciągającym z boku śniegiem z deszczem i częstymi upadkami przy stromych zjazdach (jak się do diabła tym steruje?!). Ale przede wszystkim jestem bardzo głodny. Mam wrażenie, że nie mam już w sobie nic do spalenia. Pochłaniam bułeczkę, kabanosy, herbatę i na koniec jabłko. Następuje natychmiastowa regeneracja. Zastanawiam się, czy jeszcze dziś na Śnieżnik nie wchodzić...
Po dojechaniu do Kletna już wiem, że w taką pogodę nic nie zdziałam. Bardzo silny wiatr i późna pora powodują, że postanawiam zając pierwszą lepszą kwaterę. Dzień kończę kładąc się w wyrku i otwierając czeskiego browarka. Należy mi się.
PS. Trafiłem na dosyć ciekawy pokój. Na wstępie walnąłem głową w futrynę. A żeby nie szurać czerepem o sufit musiałem chodzić albo na podkurczonych nogach albo zgarbiony. Pić można było tylko na siedząco.
PS2. Przy wychodzeniu do kibelka walnąłem się po raz kolejny.

17
Masyw Śnieżnika (Králický Sněžnik) - Śnieżnik - 1425 m npm - 20.02.2010
O 7:00 ruszam z Kletna na Śnieżnik. Na nartach szybko docieram pod schronisko. Tym razem chcę jednak zejść ze szczytu z godnością a nie np. rozbijając się o drzewo lub o ścianę schroniska, dlatego ściągam narty i zakładam rakiety. Nie widząc żadnych śladów po omacku człapię na górę. Już o 8:50 rozglądam się zagubiony na wypłaszczeniu na szczycie. Wielką stertę kamieni po historycznej wieży widokowej zauważam dopiero kiedy stoję kilka kroków od niej.
Silny wiatr, zacinający kawałkami lodu po twarzy daje popalić, a widoczność zerowa. Nic tu po mnie. Właściwie to mam już dość na ten weekend. Od początku pomysłu z koroną założenie było takie, że miała to być przyjemność. I była. Ale dzisiaj odnoszę wrażenie, że przyjemność została w aucie kiedy ja wychodziłem na szlak. Waham się, czy robić dziś jeszcze jedną górę. I to wahanie będzie mi towarzyszyć jeszcze przez kilka godzin - czyli przez całą drogę na Smrk.

O 7:00 ruszam z Kletna na Śnieżnik. Na nartach szybko docieram pod schronisko. Tym razem chcę jednak zejść ze szczytu z godnością a nie np. rozbijając się o drzewo lub o ścianę schroniska, dlatego ściągam narty i zakładam rakiety. Nie widząc żadnych śladów po omacku człapię na górę. Już o 8:50 rozglądam się zagubiony na wypłaszczeniu na szczycie. Wielką stertę kamieni po historycznej wieży widokowej zauważam dopiero kiedy stoję kilka kroków od niej.
Silny wiatr, zacinający kawałkami lodu po twarzy daje popalić, a widoczność zerowa. Nic tu po mnie. Właściwie to mam już dość na ten weekend. Od początku pomysłu z koroną założenie było takie, że miała to być przyjemność. I była. Ale dzisiaj odnoszę wrażenie, że przyjemność została w aucie kiedy ja wychodziłem na szlak. Waham się, czy robić dziś jeszcze jedną górę. I to wahanie będzie mi towarzyszyć jeszcze przez kilka godzin - czyli przez całą drogę na Smrk.

Ostatnio zmieniony 09-03-2010 07:51 przez Dziku, łącznie zmieniany 1 raz.
18
Góry Złote i Bialskie (Rychlebské hory) - Smrk - 20.02.2010
Nie wiem czemu zakodowałem sobie, że na Smrk z Bielic to jest niedaleko. A skoro jest niedaleko to po co mi prowiant i picie na drogę. Zaparkowałem więc koło wyciągu narciarskiego i ok. 11:15 ruszyłem w drogę. Picia nie wziąłem wcale, a z jedzenia zabrałem niezwykły batonik. Niezwykły dlatego, że jeździł ze mną od kilku miesięcy ale jakoś nigdy na niego nie miałem ochoty. Jakoś również nigdy nie wpadłem na pomysł, żeby popatrzeć na jego datę przydatności do spożycia. Jeszcze w Bielicach zostałem lekko uświadomiony co do czekającej mnie drogi. Mężczyzna wytłumaczył mi, którędy przebiega trasa. Wskazał palcem punkt na mapie i mówi - "od tego miejsca masz już przygotowane trasy biegowe, a póki co to idź prosto przez las, do tego skrzyżowania to będzie maksymalnie jakieś 8 km...". Hmm... 8km do trasy Velky Sengen, a potem jeszcze parę. Do tego dodać trasę powrotną, i robi się dwadzieścia parę kilometrów. No nic, pójdę kawałek i najwyżej wrócę - pomyślałem.
Puściłem muzyczkę i wpadłem w trans. Od tej pory, w rytm utworów Theatre Of Tragedy posuwałem się do góry. Żadnego odpoczynku. Zresztą po co? Żeby zjeść batonik nie musiałem stawać. Jednak zanim go otworzyłem zerknąłem na datę. Była częściowo zatarta i odczytać można było tylko rok - 2009. Ciągle zastanawiając się czy nie zawrócić dotarłem do miejsca oznaczonego jako Smrk - Hranicnik. Od tego miejsca ruszyłem ścieżką oznaczoną na czerwono. Przechodzi ona blisko właściwego wierzchołka Smrka. Po ok. 2h 20' od momentu wymarszu z Bielic jestem na zalesionym wypłaszczeniu na Smrku. Biegam kilkakrotnie w tę i z powrotem szukając jakiegoś charakterystycznego miejsca. Niczego takiego nie widzę. Na pewno ścieżka przebiega w pobliżu najwyższego punktu ale stwierdzam, że nie jestem w stanie określić go co do metra w tym niemal zupełnie płaskim terenie. Zakładam, że nawet jeśli jest on kilkadziesiąt metrów ode mnie to mogę szczyt uważać za zaliczony. Najwyższy czas wracać. Przede mną jeszcze paręnaście kilometrów drogi powrotnej. Do Bielic zbiegam około 15-tej. Czyli podobnie jak dnia poprzedniego wyszło, że cała akcja (łącznie ze Śnieżnikiem z rana) trwała 8 godzin. Normalnie jak na etacie.

Nie wiem czemu zakodowałem sobie, że na Smrk z Bielic to jest niedaleko. A skoro jest niedaleko to po co mi prowiant i picie na drogę. Zaparkowałem więc koło wyciągu narciarskiego i ok. 11:15 ruszyłem w drogę. Picia nie wziąłem wcale, a z jedzenia zabrałem niezwykły batonik. Niezwykły dlatego, że jeździł ze mną od kilku miesięcy ale jakoś nigdy na niego nie miałem ochoty. Jakoś również nigdy nie wpadłem na pomysł, żeby popatrzeć na jego datę przydatności do spożycia. Jeszcze w Bielicach zostałem lekko uświadomiony co do czekającej mnie drogi. Mężczyzna wytłumaczył mi, którędy przebiega trasa. Wskazał palcem punkt na mapie i mówi - "od tego miejsca masz już przygotowane trasy biegowe, a póki co to idź prosto przez las, do tego skrzyżowania to będzie maksymalnie jakieś 8 km...". Hmm... 8km do trasy Velky Sengen, a potem jeszcze parę. Do tego dodać trasę powrotną, i robi się dwadzieścia parę kilometrów. No nic, pójdę kawałek i najwyżej wrócę - pomyślałem.
Puściłem muzyczkę i wpadłem w trans. Od tej pory, w rytm utworów Theatre Of Tragedy posuwałem się do góry. Żadnego odpoczynku. Zresztą po co? Żeby zjeść batonik nie musiałem stawać. Jednak zanim go otworzyłem zerknąłem na datę. Była częściowo zatarta i odczytać można było tylko rok - 2009. Ciągle zastanawiając się czy nie zawrócić dotarłem do miejsca oznaczonego jako Smrk - Hranicnik. Od tego miejsca ruszyłem ścieżką oznaczoną na czerwono. Przechodzi ona blisko właściwego wierzchołka Smrka. Po ok. 2h 20' od momentu wymarszu z Bielic jestem na zalesionym wypłaszczeniu na Smrku. Biegam kilkakrotnie w tę i z powrotem szukając jakiegoś charakterystycznego miejsca. Niczego takiego nie widzę. Na pewno ścieżka przebiega w pobliżu najwyższego punktu ale stwierdzam, że nie jestem w stanie określić go co do metra w tym niemal zupełnie płaskim terenie. Zakładam, że nawet jeśli jest on kilkadziesiąt metrów ode mnie to mogę szczyt uważać za zaliczony. Najwyższy czas wracać. Przede mną jeszcze paręnaście kilometrów drogi powrotnej. Do Bielic zbiegam około 15-tej. Czyli podobnie jak dnia poprzedniego wyszło, że cała akcja (łącznie ze Śnieżnikiem z rana) trwała 8 godzin. Normalnie jak na etacie.

19
Góry Sowie - Wielka Sowa - 1015 m npm - 27.02.2010
W piątek miałem imprezę integracyjną, a to oznaczało, że w sobotę mogę nie być w stanie dotrzeć w góry. Jak się okazało moje przeczucia były słuszne. Na ratunek przyszła Iwona, która mnie teleportowała w Góry Sowie. Tam - wychlastany po twarzy mroźnym wiatrem szybko doszedłem do siebie i ruszyliśmy z nartami na Wielką Sowę. Wyszliśmy z Walimia. Na szczyt prowadził żółty szlak. Przez większość drogi w górę nieśliśmy narty w rękach. Na grzbiecie była jednak okazja, żeby sobie całkiem fajnie pojeździć. Wróciliśmy zataczając pętlę wokół góry po oblodzonych rowkach na fioletowym szlaku.

W piątek miałem imprezę integracyjną, a to oznaczało, że w sobotę mogę nie być w stanie dotrzeć w góry. Jak się okazało moje przeczucia były słuszne. Na ratunek przyszła Iwona, która mnie teleportowała w Góry Sowie. Tam - wychlastany po twarzy mroźnym wiatrem szybko doszedłem do siebie i ruszyliśmy z nartami na Wielką Sowę. Wyszliśmy z Walimia. Na szczyt prowadził żółty szlak. Przez większość drogi w górę nieśliśmy narty w rękach. Na grzbiecie była jednak okazja, żeby sobie całkiem fajnie pojeździć. Wróciliśmy zataczając pętlę wokół góry po oblodzonych rowkach na fioletowym szlaku.

20
Masyw Ślęży - Ślęża - 718 m npm - 28.02.10
W niedzielę po założeniu bazy na Przełęczy Tąpadła postanowiliśmy zdobyć południową ścianę Ślęży. Bez tlenu.
W ataku szczytowym wziął udział zespół w składzie: Dziku, Iwona, Madzia.
W niedzielę po założeniu bazy na Przełęczy Tąpadła postanowiliśmy zdobyć południową ścianę Ślęży. Bez tlenu.
W ataku szczytowym wziął udział zespół w składzie: Dziku, Iwona, Madzia.
21
Rudawy Janowickie - Skalnik - 945 m npm - 06.03.10
Skalnik - górę nr 21, zrobiliśmy z Anetką w ładnych i całkowicie zimowych okolicznościach. Zamarznięta, twarda skorupa starego śniegu przykryta została świeżutkim puchem. Na platformę widokową na szczycie weszliśmy w niecałe 1,5h - zielonym szlakiem od strony Kowar. Stamtąd udałem się jeszcze w las na poszukiwania wyższego wierzchołka. Po natknięciu się na niebieski szlak idę nim kawałek i dostrzegam przysypane ślady odbiegającie w lewo. Paredziesiąt kroków od szlaku znajduję jakieś żelastwo wystające ze śniegu. Miejsce to pasuje mi do tego, którego szukałem. Zza chmur wychodzi słońce. Widzę że do zmroku zostało jeszcze trochę czasu. To oznacza, że jeszcze dziś spróbuję zakończyć projekt i wejść na ostatnią górę z listy - Waligórę.

Skalnik - górę nr 21, zrobiliśmy z Anetką w ładnych i całkowicie zimowych okolicznościach. Zamarznięta, twarda skorupa starego śniegu przykryta została świeżutkim puchem. Na platformę widokową na szczycie weszliśmy w niecałe 1,5h - zielonym szlakiem od strony Kowar. Stamtąd udałem się jeszcze w las na poszukiwania wyższego wierzchołka. Po natknięciu się na niebieski szlak idę nim kawałek i dostrzegam przysypane ślady odbiegającie w lewo. Paredziesiąt kroków od szlaku znajduję jakieś żelastwo wystające ze śniegu. Miejsce to pasuje mi do tego, którego szukałem. Zza chmur wychodzi słońce. Widzę że do zmroku zostało jeszcze trochę czasu. To oznacza, że jeszcze dziś spróbuję zakończyć projekt i wejść na ostatnią górę z listy - Waligórę.

Ostatnio zmieniony 08-03-2010 22:51 przez Dziku, łącznie zmieniany 1 raz.
22
Góry Kamienne - Waligóra - 936 m npm - 06.03.10
Wchodząc na Waligórę naprawdę przydałyby mi się raki. Strome wejście pokryte było warstwą lodu, jaka się utworzyła z topniejącego śniegu w ostatnich dniach. Na to dodatkowo spadł świeży puszek, który ukrył wszelkie pomocne nierówności terenu. Chwytając się drzew, czasem na czworaka, jakoś udaje mi się wejść na górę. A właściwie to chyba wbiec bo od schroniska zajęło mi to... 12 minut. Obowiązkowo robię sobie zdjęcie na ostatniej górze z listy i zabieram się do zejścia. W pełni skupiony żeby się nie połamać zsuwam się coraz niżej aż wypadam z lasu na drogę. Tym razem nie obyło się bez paru upadków. Czekająca w Andrzejówce Anetka patrzy na mnie zaskoczona. Przecież wyszedłem niecałe pół godziny temu. Ten pośpiech jednak nie oznacza znudzenia tematem. Wprost przeciwnie - podczas realizacji tego projektu powstawały w głowie kolejne plany. Ale dziś już tylko wychylam uroczystego ciemnego Skalaka. Temat Zimowej Korony Sudetów zamknięty.
Howgh!

Wchodząc na Waligórę naprawdę przydałyby mi się raki. Strome wejście pokryte było warstwą lodu, jaka się utworzyła z topniejącego śniegu w ostatnich dniach. Na to dodatkowo spadł świeży puszek, który ukrył wszelkie pomocne nierówności terenu. Chwytając się drzew, czasem na czworaka, jakoś udaje mi się wejść na górę. A właściwie to chyba wbiec bo od schroniska zajęło mi to... 12 minut. Obowiązkowo robię sobie zdjęcie na ostatniej górze z listy i zabieram się do zejścia. W pełni skupiony żeby się nie połamać zsuwam się coraz niżej aż wypadam z lasu na drogę. Tym razem nie obyło się bez paru upadków. Czekająca w Andrzejówce Anetka patrzy na mnie zaskoczona. Przecież wyszedłem niecałe pół godziny temu. Ten pośpiech jednak nie oznacza znudzenia tematem. Wprost przeciwnie - podczas realizacji tego projektu powstawały w głowie kolejne plany. Ale dziś już tylko wychylam uroczystego ciemnego Skalaka. Temat Zimowej Korony Sudetów zamknięty.
Howgh!
Wielkie gratulacje!!!
czekamy na te kolejne plany
czekamy na te kolejne plany
Oko wszystko widzi
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
Re: 18
Dziku pisze:[Jednak zanim go otworzyłem zerknąłem na datę. Była częściowo zatarta i odczytać można było tylko rok - 2009. ]
oj to nie tak zle
- ecowarrior
- stary wyga
- Posty: 1008
- Rejestracja: 28-10-2007 13:38
- Lokalizacja: Zdzieszowice
Re: 18
buba1 pisze:soki winogronowo-gruszkowe z data 2003 (a bylo to wczerwcu 2008).
A ja tu chciałem zaimponować gorącym kubkiem z 2007...
Buba szacun ale myślę że jednak teoria z winem ecowarriora jest prawdziwa
ecowarrior dzięki. Powiem Ci że po tej całej akcji barrrdzo polubiłem Sudety. Z tym że teraz inaczej je widzę. Spory teren. Spore możliwości. A wcześniej myślałem że tylko Śnieżka istnieje.
- ecowarrior
- stary wyga
- Posty: 1008
- Rejestracja: 28-10-2007 13:38
- Lokalizacja: Zdzieszowice
Re: 18
Dziku pisze: Spory teren. Spore możliwości. A wcześniej myślałem że tylko Śnieżka istnieje.
Wiesz, pewno niejeden z nas podczas początkowych etapów wędrówki po Sudetach tak uważał...
Dla mnie,aż do wieku kilkunastu lat, Sudety kojarzyły się jedynie z Karkonoszami, Szczelińcem, Błędnymi Skałami, Zieleńcem, Kudową, Wodospadem Wilczki i Biskupia Kopą...