Pasażerowie, którzy mieli podróżować dalej gdzieś się porozchodzili, w efekcie wyjazd jeszcze się opóźnił. Kiedy wreszcie cała czwórka się odnalazła (tak – tylko pięć osób jechało tym autobusem), ruszyliśmy z godzinnym opóźnieniem. Od Wrocławia do Kłodzka byłem jedynym pasażerem tego autobusu! Mogłem się wygodnie rozłożyć na tylnych siedzeniach, jednak za bardzo nie udało mi się pospać, bo tył autobusu to jednak nie jest zbyt stabilne miejsce. W każdym razie do Kłodzka dotarłem o 7:00 i autobus do Stronia Śl. o 6:30 niestety odjechał, następny kurs dopiero o 8:00. Wydawało się, że padnie cały misterny plan wycieczki, ale nic to trzeba będzie po prostu szybciej chodzić. Ta godzina oczekiwania minęła bardzo szybko. Trzeba przyznać, że chociaż w okolicy dworca nie ma żadnych luksusów, to jednak działa wszystko to, co turysta plecakowy potrzebuje. Jest toaleta, gdzie można się odświeżyć, co prawda pamiętająca jeszcze czasy PRL-u, ale jednak czysta. W barze na rogu kupiłem kawę na wynos, w jednym z licznych sklepików świeżą drożdżówkę, zaś w kiosku plan Kłodzka. Wyszedłem do góry na PKP i na wszelki wypadek kupiłem bilet powrotny na jutro.
Autobus o 8:00 podjechał planowo i o 8:50 dotarłem do Stronia Śl.
TRASA
Piątek, 21.09
Stronie Śl. - Popków – Przeł. Dział – Czernica – Bielice – Kowadło – grzbietem na Przeł. Karpowską – Lądek Zdrój
Sobota, 22.09
Lądek Zdrój – Trojak – Karpno - Lutynia – Borówkowa – Przeł. Różaniec – Bila Voda – Złoty Stok
Autobus niestety dojechał tylko do Stronia i do Bielec trzeba iść na piechotę.
W samym Stroniu nie ma rynku, a rolę centrum pełni ulica Kościuszki. Nie zabawiam tu długo, odnajduję żółte znaki i ruszam na Bielice. W Goszowie szlak skręca w prawo i zaczyna się właściwa górska wędrówka. Za nami piękny widok.
A to już Popków, który jak widać po tej ostatniej chałupinie lata swojej świetności ma zdecydowanie za sobą.
Chociaż kto wie, bo do tej chałupiny dociera zupełnie nowy asfalt. Idąc dalej spotykam takie dziwne budowle. Nie wiem, ale to chyba pozostałości dawnych domostw?
Trasa zaczyna mi się coraz bardziej podobać.
Piękne widoki na Masyw Śnieżnika
O 10:30 docieram na Przełęcz Dział.
Cisza, spokój, piękne słońce, aż nie chce się ruszać dalej. Idealne miejsce na śniadanie. Pozwalam sobie tutaj przez 15 minut. Plecak staje się chyba kg lżejszy.
Dość tego dobrego. W drogę, bo to dopiero początek trasy. Teraz dla odmiany mamy z żółtego szlaku widoki na Góry Bialskie i Złote.
W tym miejscu ścinam trochę na przełaj i po kilku minutach chaszczowania wychodzę na czerwony szlak niedaleko wierzchołka Czernicy i znowu mogę oglądać Śnieżnik.
No i wreszcie o 11:50 jestem na Czernicy.
To jest miejsce odpoczynku, zaś właściwy wierzchołek jest oznakowany kawałek dalej. Idąc dalej żółtym szlakiem o12:15 docieram na szczyt Płoski – jest to drugi i ostatni tysięcznik na trasie. Teraz w dół do Bielic. Po drodze trochę chaszczowania.
Jeszcze tylko kawałek.
Po dotarciu do Bielic postanowiłem sprawdzić w jakim stanie jest tamtejsze pole namiotowe. No muszę niestety stwierdzić, że coś takiego już chyba nie istnieje. Wszystko zarośnięte chwastami, totalna ruina. Łopian był tak wysoki, że poprzyczepiał się nawet do plecaka. Chociaż została tablica informacyjna i pomieszczenie sanitarne, to może jednak działa. Nie widziałem nikogo, żeby zapytać. Poza tym czas naglił i trzeba było ruszać dalej.
A to już widok z drogi na Kowadło.
Doszedłem najkrótsza droga do granicy i dalej już prosta droga wzdłuż odnowionych słupków granicznych, które wyglądają jak dorodne muchomory czerwone. Na Kowadle spotkałem czeskiego pogranicznika, który leżał sobie na trawce i ... studiował mapę Jesioników. Gdzieś w okolicach Łupkowej spotkałem parę jedynych tego dnia turystów, którzy szli z Gierałtowa do Bielic. Kiedy powiedziałem im skąd idę i dokąd, to spojrzeli na mnie cokolwiek dziwnie. Odtąd do samego Lądka nie spotkałem już nikogo.
Ostatnie miejsce widokowe.
Teraz będą już tylko drzewa, żegnajcie panoramy.
Nazwy w tej okolicy jednoznacznie kojarzą się z „ciemnymi mocami”:Czernica, Czernik, Czartowiec, Kowadło, ...
Nic dziwnego, że to ulubione góry Satana. Czy staną się moimi ulubionymi jeszcze nie wiem. Do Kowadła trasa była urozmaicona i mijała szybko. Teraz zaczyna się monotonia. Idę wzdłuż granicy. Muchomorki wyznaczają mi drogę. Nie sposób się zgubić, jeśli chodzi o kierunek. Jednak nie wiem w którym miejscu trasy dokładnie jestem, bo po odmalowaniu na słupki graniczne nie naniesiono jeszcze numerów. Zresztą i tak niewiele by mi to dało, gdyż na żadnej z moich trzech map nie ma tych numerów. Co jakiś tam odcinek pojawia się jakaś tabliczka, głównie czeska. Z naszymi to jak na lekarstwo i jakieś takie wybrakowane. Chociaż wydaje się, że to łatwy szlak grzbietowy, to jednak wielokrotnie trochę schodzi się w dół i z powrotem podchodzi. Dodatkowym utrudnieniem jest wał usypany z kamieni (pewnie dawna granica – nie wiem dokładnie), miejscami krzaki i czasem jakiś wiatrołom. Nie, no nie narzekam. Trasa tutaj ma swoje uroki. Jest się sam na sam z przyrodą, no i z samym sobą. Pogoda rewelacyjna, zupełny brak wiatru. Słońce świeci między drzewami, ale nie parzy ani nie oślepia tylko delikatnie głaszcze jesiennymi promieniami. Powoli zaczynam odczuwać oznaki zmęczenia. Wydaję mi się, że droga do Przełęczy Gierałtowskiej ciągnie się w nieskończoność. Tutaj mam chwilę zwątpienia czy nie zejść w dół, ale po chwili odpoczynku na przełęczy, pokrzepieniu się i obejrzeniu tablicy upamiętniającej „budowanie solidarności polsko-czesko-słowackiej” ruszam jednak dalej. Z tego odcinka niewiele pamiętam. Idę jakoś mechanicznie. Staram się nie zwracać uwagi na odczuwalne coraz bardziej ból i zmęczenie.
Nareszcie Przełęcz Karpowska.
No to teraz już dam radę dojść choćby na czworakach, mogę posiedzieć trochę dłużej. Kiedy tak siedzę nagle uświadamiam sobie, że za chwilę zacznie robić się ciemno, a ja nie mam latarki. Spośród sieci dróg, które tworzą tutaj swoisty labirynt staram się wybrać możliwie najkrótszą trasę i ruszam. Teraz to już czuję każdy krok. Wydaje mi się, że idę nie wiadomo jak długo, patrzę na zegarek a to tylko upłynęło kilka minut. Drogi się krzyżują. Muszę co chwilę patrzeć na mapę, ale robi się coraz ciemniej i niewiele można odczytać z mapy. Jakimś cudem jednak zbliżam sie do miasta w tym labiryncie. W końcu w zupełnych już ciemnościach zobaczyłem światło między drzewami. W tym miejscu opuszczam drogę i schodzę miedzy drzewami w kierunku świateł. Po kilku minutach jestem na asfalcie. Nigdy nie myślałem, że tak ucieszę się z powodu asfaltu w górach. 19:30 - jestem na ulicy Kościuszki. Czyżby w tej okolicy nie mieli innych nazw ulic? A może to ta sama, od której rano zaczynałem wędrówkę? Teraz pozostało tylko znalezienie gdzieś noclegu, co nie było wcale łatwe. Wyraźnie Lądek nie jest nastawiony na turystów plecakowych i nie wisi tu na co drugim domu kartka wolne pokoje. No ale jakoś udało się. Kiedy juz siedziałem w swoim pokoju, to zajęło mi trochę czasu zanim zebrałem się w sobie aby iść pod prysznic i zrobić sobie herbatę z cytryną ...
Sobota.
Jak ciężko się ruszyć, wszędzie zakwasy, wszystko boli. Trzeba sie rozruszać, powoli przechodzi. O 9:00 jak przystało na turystę z Wielkopolski zaczynam swoja wędrówkę od ulicy Ostrowicza. Po trzydziestu minutach jestem na Trojaku. Tutaj zaskoczenie najpozytywniejsze z możliwych.
Jak tu pięknie. Jest nawet kosodrzewina i jaki widok.
Oddaję się kontemplacji przez całe 25 minut. To nagroda za wczorajsze „męki”.
Juz za chwilę kolejna atrakcja - Skalna Brama
Teraz idę zielonym szlakiem rowerowym do Lutyni, mijając po drodze Karpno, z którego pozostała tylko zadbana kaplica.
Droga do Lutyni.
A to już Lutynia.
Schodzę na przełaj przez łąki w stronę kościoła. Urzeczony malowniczością okolicy nie patrzę pod nogi, co skutkuje nadepnięciem na jedną z licznym „min” pozostawionych przez pasące się w okolicy krowy. Na szczęście „mina” była już stosunkowo sucha i nie poczyniła zbyt dużych szkód mojemu obuwiu. Zaraz za kościołem znajduje się „kawiarnio-piwiarnio-bar”. Kiedy zaszedłem tam wszystko było zamknięte na przysłowiowe cztery spusty. Rozsiadłem się w przytulnym ogródku z zamiarem przygotowania sobie czegoś do zjedzenia z własnych zapasów. Tymczasem podjechał właściciel. Z zaproponowanego menu wybrałem gołąbki i herbatę (oczywiście piwo też tutaj mają). W oczekiwaniu na realizację zamówienia oddałem się studiowaniu mapy i wymyślaniu planu dalszej trasy po dotarciu na Borówkową. Była już 11:30 i nie miałem szans na dotarcie na czas do Złotego Stoku idąc z Borówkowej do czerwonego szlaku, no i juz chyba nie będzie mi się chciało podchodzić pod Jawornik. Nagle jest. Eureka, przez Czechy zdążę i przy okazji odwiedzę w Bilej Vodzie dworek królewny Marianny Orańskiej, po której włościach miałem przyjemność przez dwa dni wędrować, a której zasługi dla tych ziem są nieocenione. Tymczasem moje zamówienie trafia na stół. Dosiada się do mnie dwoje współbiesiadników – olbrzymi kudłaty pies Morus i sympatyczny szary kot. Patrzą na mnie tak błagalnym wzrokiem, że musze się chociaż trochę podzielić. Przy czym kot był bardziej bezpośredni, bo wszedł na stół i zajął się torebką herbaty, zaś pies był o wiele bardziej wychowany, gdyż zjadł otrzymany kęs dopiero kiedy ja skończyłem. Piękne miejsce, chyba przyjadę kiedyś do Lutyni na weekend.
O 12:00 ruszam w dalszą drogę, która prowadzi przez skalny wąwóz i wyprowadza na rozległą polanę.
Kaplica na Wrzosówce.
Teraz już lasem możliwie najkrótszą drogą po 50 minutach docieram na Borówkową.
Wstęp na wieżę widokową jest bezpłatny, zaś widoki z niej fantastyczne.
Gołym okiem można dostrzec ów „kosmiczny obiekt” na Pradziadzie.
Na dole bardzo sympatyczna Czeszka sprzedaje piwo i napoje. Szybko uzupełniam bilans płynów i schodzę na Przełęcz Różaniec. Po drodze spotykam pracowników odmalowujących słupki graniczne, które tak ładnie wskazywały mi drogę. Z jednym z nich rozmawiam po polsku. Wygląda na to, że nasi też coś robią w górach. Na przełęczy nie ma nikogo. Przechodzę na czeską stronę i po kilku minutach docieram do leśniczówki z bardzo ładnym miejscem odpoczynku. Nie ulegam jednak pokusie, aby zdążyć muszę iść bez zalegiwania. Cały czas droga prowadzi łagodnie w dół przez las i gdzieś w połowie dociera do ładnej polany o nazwie U Sisky. Daleko z tyłu widać widać połyskującą w słońcu wieżę na Borówkowej. Miejsce to musiało być kiedyś jakąś osadą, bo pełno tu zdziczałych sadów. Znalazłem pyszne jabłka i gruszki odmian, których próżno szukać na straganach. Kilka okazów powędrowało do plecaka.
Bila Voda - dworek.
Muszę przyznać, że jestem trochę rozczarowany – no może nie samą architekturą, ale współczesnym wykorzystaniem obiektu.
PSYCHIATRICKA LECEBNA. No tak, trafiłem w końcu do „psychiatryka”. Swoją drogą ciekawe czy tu leczą góroholików.
Teraz już prosto do granicy. W budce na przejściu nikogo nie ma. Zaraz za budką skręcam w lewo w jakiś dziwnie oznakowany szlak czerwono-czarnymi rombami. Teren jest trochę podmokły. Przy pierwszych zabudowaniach schodzę w dół do szosy w asyście ujadających psów.
Złoty Stok
Jeszcze tylko po drodze drogowskaz kusi mnie kopalnia złota, ale nie mam czasu na poszukiwanie skarbów, a poza tym pewnie złoża mają już wyeksploatowane. Docieram na PKS może trochę na wyrost nazwany tutaj dworcem. Mam 9 minut do przyjazdu autobusu planowanego na 15:45 i wreszcie mogę się położyć na trawniku.
Oczekując na przyjazd pociągu w Kłodzku jest też na co popatrzeć.
Odjazd pociągu zgodnie z planem o 16:40, wagony prawie puste. Na deser miałem jeszcze widok na piękny zachód słońca nad Masywem Ślęży ...


