Za skrzyżowaniem z drogą 395 tor został niedawno oczyszczony z zarośli, co pewnie świadczy, że zainteresowali się nim złomiarze. Stacja w Chociwelu i dalsze odcinki toru były tak zarośnięte, że do Wyszonowic postanowiliśmy potruchtać polami. Po drodze minęliśmy odgałęzienie do Brzegu przez Wiązów - praktycznie pozbawione już szyn. O 9:00 zatrzymaliśmy się przy ruinach ewangelickiego kościoła w Wyszonowicach,
a chwilę potem, o 10:15 stanęliśmy w Księżycach.
Wieś wyglądała jak wymarła. Nie zabawiliśmy tam dłużej, niż czas na posilenie się "izotonikiem" i ruszyliśmy na przełaj na południe w stronę Karszówka i Jegłowej. Pobliski las okazał się zmeliorowanym bagniskiem. Klucząc między kanałami dotarliśmy w końcu w takie miejsce, w którym z trzech stron otaczały nas kanały. Chcąc - niechcąc, zdjęliśmy buty i spodnie i zażyliśmy pierwszej tegorocznej kąpieli, pokonując trzy kanały wpław.
Całe szczęście, że pijawki jeszcze śpią. Reszta trasy upłynęła nam przy pięknej styczniowej pogodzie i podziwiając zbliżające się do nas Wzgórza Strzelińskie, dotarliśmy do nasypu w okolicach Jegłowej.
Nasyp uwolniony w sporej części spod ciężaru szyn porasta trawa, umożliwiając wygodny marsz. W Jegłowej, o 12:20, obejrzeliśmy czwarty na tej trasie krzyż i poszliśmy do kamieniołomu. Właściciel prowadzi jakąś skromną eksploatację na niższych poziomach, ale od południa, spokojnie obeszliśmy czynne wyrobisko
i dotarliśmy na zachodnią stronę. Tam zaopatrzyłem się w parę kilogramów łupków, którymi planowałem przystroić akwarium. Odpoczęliśmy chwilę i stwierdziliśmy, że jest 13:40, a w Białym Kościele pociąg jest za 2 godziny. Tempo było niezłe.
Szczęście, że nie było błota. Na stację wpadliśmy równo z pociągiem. Na całej trasie nie zauważyliśmy śladów wczesnego nadejścia wiosny, prócz kwitnących leszczyn. Ze dwa tygodnie jeszcze trzeba poczekać, bo to już wyraźnie chłodniejsze tereny niż Wrocław.












