Góry Czarne - Góry Sowie
: 29-04-2008 21:36
Witajcie! Cóż tu dużo pisać, jeszcze w piątek nieszczęśliwie siedząc w pracy zamierzałem w głębi ducha zaraz od rańca wsiąść w pociąg i przyjechać na Ślężę na zlot. Jednak wypadki potoczyły się zupełnie inaczej niż przewidywałem i z miłą mi osóbką płci przeciwnej w sobotę rano znalazłem się w pociągu choć zamiast na Ślężę zmierzaliśmy do Wałbrzycha. Możecie oczywiście mi zarzucić, że mogliśmy przyjechać na zlot, jednakże wierzcie mi, nie mogliśmy
Jak już napisałem celem naszym był Wałbrzych. Cóż tu dużo mówić, gdybym miał wybierać najmniej podobające mi się miasta, to to było by w ścisłej czołówce (nie chcę nikogo przy tym urazić) Znaleźliśmy się w nim o godzinie 10.47, pociąg o dziwo się nie spóźnił. Zaraz po jego opuszczeniu ruszyliśmy na szlak - cel pierwszy - Borowa 853 m n. p. m. szliśmy szlakiem czerwonym. Samo podejście pod Borową w kilku miejscach dość hardcorowe zwłaszcza jak się ma na sobie plecak, jednak daliśmy radę i stanęliśmy na szczycie - a ten niestety był obrośnięty drzewami i nic z niego nie było widać. Całe szczęście że kilka metrów przed szczytem było troszkę uschniętych drzew, tak że można było dojrzeć panoramę Wałbrzycha i okolic. Na szczycie rażący był jednak bałagan, obok miejsca na ognisko walały sie puszki i jakieś papierzyska.
Schodząc z Borowej było kilka trudnych momentów kiedy to szlak stawał się tak stromy, że trzeba było z niego zejść i szukać drogi gdzie indziej kurczowo trzymając się drzew.
Idąc cały czas czerwonym szlakiem doszliśmy do Przełęczy Pod Borową gdzie spotkaliśmy kilku miłych ludzi pracujących przy ścince drzew i tam odbiliśmy na szlak żółty, tym razem naszym celem było Zagórze Śląskie. Mając w uszach szum pobliskich strumyków, szło się raźnie i nie czuło sie zmęczenia. Nim się spostrzegliśmy doszliśmy do Jedliny Zdroju - miasteczko dość ciekawe, widać że jego władze mają pomysł na przyszłość - roboty w nim były w toku, w miejscach ogólnie dostępnych dla turystów było czysto i ładnie. Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie by uzupełnić płyny i coś przekąsić. Szlak wychodząc z miasta zaprowadził nas na wspaniałe łąki z których roztaczał się przepiękny widok na Góry Sowie w całej swojej okazałości. Widoki były tak piękne że po czasie zatrzymaliśmy sie przed płotem i po spojrzeniu na mapę okazało się że zgubiliśmy szlak. Trzeba było się wracać, okazało się że strzałka ze znakiem była zarośnięta krzakami i zamiast skręcić w lewo, poszliśmy prosto. I już myśleliśmy że to koniec niespodzianek kiedy to idąc po łące w pewnym momencie poczułem jak moje nogi zapadają sie po kostki w błoto! Okazało się że cały teren był strasznie podmokły, z trudem wyjąłem stopy z bagna i szybko się wycofaliśmy. Ale nie było innego wyjścia, musieliśmy przejść przez ten teren bo droga okrężna nie wchodziła w grę, może nawet jej nie było. Jedyne co nas pocieszało to fakt, że kilkadziesiąt metrów przed nami szła droga więc trzymając się za ręce przeskakaliśmy ten odcinek po dużych kępach trawy i z radością stanęliśmy na asfalcie. Szlak tylko przecinał drogę ale następnie szedł już pod górę więc podmokłą łąkę zostawiliśmy za sobą. Już do samego Zagórza mijaliśmy przede wszystkim łąki z których roztaczał się piękny widok na Góry Wałbrzyskie oraz Sowie. Miło się zdziwiłem kiedy przechodząc przez Niedźwiedzice, przy drodze ujrzałem piękny krzyż pokutny. W swoim naprędce kombinowanym planie podróży uwzględniłem że nocleg znajdziemy w Zagórzu, nie było czasu na rezerwacje i ku mojemu zirytowaniu wynikł z tego mały problem. W pierwszym gosp. agroturystycznym niestety nie było miejsc (choć wydaje mi się że po prostu nie chciało im się nas na jedna noc ugościć), a w innym miejscu brakło miejsc bo wszystkie były zarezerwowane na zjazd kolarzy :/ Ale właściciel ośrodka, starszy jegomość bez jedynki na przedzie i ostro zalatujący spirytusem polecił nam gospodarstwo agroturystyczne "Jaskinia Lwa" kilometr od Zagórza w kierunku Jugowic. Gdy tam dotarliśmy (z jęzorami u pasa) na całe szczęście okazało się że jest wolny pokój. Jeżeli chodzi o owo gosp. agr. to nie polecam wam go na dłuższą metę. W samym pokoju dość czysto i schludnie ale ogólnie to syf kiła i mogiła. Wszędzie walały się jakieś meble, materace, zabawki, a po domu latały na wszystko szczekające ratlerki i yorki. Myłem się w zimnej wodzie, a w nocy zimno :/ Jak na 25 zł za nocleg - przesada. Wstaliśmy o ósmej i po śniadaniu byliśmy już na nogach - tym razem droga powrotna, do godziny 17.47 musieliśmy dojść do Wałbrzycha na pociąg do Poznania. Tym razem obrałem inny szlak - postanowiłem iść niebieskim odcinkiem szlaku długodystansowego z Zagórza do Wałbrzycha. Prowadził on przez Góry Czarne. Nie wiem tak naprawdę dlaczego nazywają się one Czarne, ale miałem przekonać się już niedługo. Droga prowadziła delikatnie pod górę i stawała się coraz bardziej podmokła, poza tym zryta była przez jeżdżące tędy ciągniki pracujące przy ścince drzew. Czarna maź po chwili okryła całe moje buty i spodnie do kolan. Po drodze minęliśmy szczyt Klasztorzysko i po chwili las ustąpił a moim oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków jakie do tej pory w górach widziałem. Piękna łąka, pojedyncze drzewa a w oddali majaczące góry. Następnie był powrót do rzeczywistości, znowu błoto, znowu przechodzenie przez rozlane strumienie, skakanie po głazach i zrąbanych pniach drzew - ogólnie jak dla mnie to super jednak towarzysząca mi osóbka troszkę kręciła nosem (ale chyba jednak i tak Jej się podobało) W końcu przeszliśmy góry Czarne i weszliśmy, a szlak szedł znowuż przez łąki, sady i pola. Widoki naprawdę cudne, w oddali majaczyły góry oraz wieże kościołów. A że dzień był baaardzo gorący musiałem raczyć się po drodze zimnym napojem o wyraźnym chmielowym smaku, którego w sklepach w mijanych miejscowościach nie brakowało
Po drodze do Wałbrzycha zaliczyliśmy jeszcze kilka ciekawych szczytów: Lisi Kamień i Ptasią Kopę. Szlak wyprowadził nas przed sam dworzec a i jeszcze mieliśmy czas aby wyskoczyć na coś ciepłego do jedzenia.
Cóż, jedni mówią że Góry Wałbrzyskie są nudne i mało atrakcyjne , jednak ja tak nie sądzę. Może dlatego że dla mnie wyjazd w każde góry jest wielkim przeżyciem i nie potrafię jeszcze myśleć jak stary wyga
Uff, troszkę się rozpisałem
Tutaj znajdziecie foteczki z wyprawy: http://Raubritter.fotosik.pl/albumy/422941.html
Jak już napisałem celem naszym był Wałbrzych. Cóż tu dużo mówić, gdybym miał wybierać najmniej podobające mi się miasta, to to było by w ścisłej czołówce (nie chcę nikogo przy tym urazić) Znaleźliśmy się w nim o godzinie 10.47, pociąg o dziwo się nie spóźnił. Zaraz po jego opuszczeniu ruszyliśmy na szlak - cel pierwszy - Borowa 853 m n. p. m. szliśmy szlakiem czerwonym. Samo podejście pod Borową w kilku miejscach dość hardcorowe zwłaszcza jak się ma na sobie plecak, jednak daliśmy radę i stanęliśmy na szczycie - a ten niestety był obrośnięty drzewami i nic z niego nie było widać. Całe szczęście że kilka metrów przed szczytem było troszkę uschniętych drzew, tak że można było dojrzeć panoramę Wałbrzycha i okolic. Na szczycie rażący był jednak bałagan, obok miejsca na ognisko walały sie puszki i jakieś papierzyska.
Schodząc z Borowej było kilka trudnych momentów kiedy to szlak stawał się tak stromy, że trzeba było z niego zejść i szukać drogi gdzie indziej kurczowo trzymając się drzew.
Idąc cały czas czerwonym szlakiem doszliśmy do Przełęczy Pod Borową gdzie spotkaliśmy kilku miłych ludzi pracujących przy ścince drzew i tam odbiliśmy na szlak żółty, tym razem naszym celem było Zagórze Śląskie. Mając w uszach szum pobliskich strumyków, szło się raźnie i nie czuło sie zmęczenia. Nim się spostrzegliśmy doszliśmy do Jedliny Zdroju - miasteczko dość ciekawe, widać że jego władze mają pomysł na przyszłość - roboty w nim były w toku, w miejscach ogólnie dostępnych dla turystów było czysto i ładnie. Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie by uzupełnić płyny i coś przekąsić. Szlak wychodząc z miasta zaprowadził nas na wspaniałe łąki z których roztaczał się przepiękny widok na Góry Sowie w całej swojej okazałości. Widoki były tak piękne że po czasie zatrzymaliśmy sie przed płotem i po spojrzeniu na mapę okazało się że zgubiliśmy szlak. Trzeba było się wracać, okazało się że strzałka ze znakiem była zarośnięta krzakami i zamiast skręcić w lewo, poszliśmy prosto. I już myśleliśmy że to koniec niespodzianek kiedy to idąc po łące w pewnym momencie poczułem jak moje nogi zapadają sie po kostki w błoto! Okazało się że cały teren był strasznie podmokły, z trudem wyjąłem stopy z bagna i szybko się wycofaliśmy. Ale nie było innego wyjścia, musieliśmy przejść przez ten teren bo droga okrężna nie wchodziła w grę, może nawet jej nie było. Jedyne co nas pocieszało to fakt, że kilkadziesiąt metrów przed nami szła droga więc trzymając się za ręce przeskakaliśmy ten odcinek po dużych kępach trawy i z radością stanęliśmy na asfalcie. Szlak tylko przecinał drogę ale następnie szedł już pod górę więc podmokłą łąkę zostawiliśmy za sobą. Już do samego Zagórza mijaliśmy przede wszystkim łąki z których roztaczał się piękny widok na Góry Wałbrzyskie oraz Sowie. Miło się zdziwiłem kiedy przechodząc przez Niedźwiedzice, przy drodze ujrzałem piękny krzyż pokutny. W swoim naprędce kombinowanym planie podróży uwzględniłem że nocleg znajdziemy w Zagórzu, nie było czasu na rezerwacje i ku mojemu zirytowaniu wynikł z tego mały problem. W pierwszym gosp. agroturystycznym niestety nie było miejsc (choć wydaje mi się że po prostu nie chciało im się nas na jedna noc ugościć), a w innym miejscu brakło miejsc bo wszystkie były zarezerwowane na zjazd kolarzy :/ Ale właściciel ośrodka, starszy jegomość bez jedynki na przedzie i ostro zalatujący spirytusem polecił nam gospodarstwo agroturystyczne "Jaskinia Lwa" kilometr od Zagórza w kierunku Jugowic. Gdy tam dotarliśmy (z jęzorami u pasa) na całe szczęście okazało się że jest wolny pokój. Jeżeli chodzi o owo gosp. agr. to nie polecam wam go na dłuższą metę. W samym pokoju dość czysto i schludnie ale ogólnie to syf kiła i mogiła. Wszędzie walały się jakieś meble, materace, zabawki, a po domu latały na wszystko szczekające ratlerki i yorki. Myłem się w zimnej wodzie, a w nocy zimno :/ Jak na 25 zł za nocleg - przesada. Wstaliśmy o ósmej i po śniadaniu byliśmy już na nogach - tym razem droga powrotna, do godziny 17.47 musieliśmy dojść do Wałbrzycha na pociąg do Poznania. Tym razem obrałem inny szlak - postanowiłem iść niebieskim odcinkiem szlaku długodystansowego z Zagórza do Wałbrzycha. Prowadził on przez Góry Czarne. Nie wiem tak naprawdę dlaczego nazywają się one Czarne, ale miałem przekonać się już niedługo. Droga prowadziła delikatnie pod górę i stawała się coraz bardziej podmokła, poza tym zryta była przez jeżdżące tędy ciągniki pracujące przy ścince drzew. Czarna maź po chwili okryła całe moje buty i spodnie do kolan. Po drodze minęliśmy szczyt Klasztorzysko i po chwili las ustąpił a moim oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków jakie do tej pory w górach widziałem. Piękna łąka, pojedyncze drzewa a w oddali majaczące góry. Następnie był powrót do rzeczywistości, znowu błoto, znowu przechodzenie przez rozlane strumienie, skakanie po głazach i zrąbanych pniach drzew - ogólnie jak dla mnie to super jednak towarzysząca mi osóbka troszkę kręciła nosem (ale chyba jednak i tak Jej się podobało) W końcu przeszliśmy góry Czarne i weszliśmy, a szlak szedł znowuż przez łąki, sady i pola. Widoki naprawdę cudne, w oddali majaczyły góry oraz wieże kościołów. A że dzień był baaardzo gorący musiałem raczyć się po drodze zimnym napojem o wyraźnym chmielowym smaku, którego w sklepach w mijanych miejscowościach nie brakowało
Cóż, jedni mówią że Góry Wałbrzyskie są nudne i mało atrakcyjne , jednak ja tak nie sądzę. Może dlatego że dla mnie wyjazd w każde góry jest wielkim przeżyciem i nie potrafię jeszcze myśleć jak stary wyga