Góry Sowie
: 06-05-2008 22:02
Tak jak pisałem w swoim wcześniejszym temacie, tak i i zrobiłem - długi weekend, czwartek rano - zarzucam plecak na plecy i pędem w góry. Mojego optymistycznego nastawienia nie zepsuł nawet fakt, że autobus który miał mnie zawieść na dworzec główny nie pojechał i musiałem skorzystać z usług taxi aby zdążyć na peron. Nie miałem biletu i planowałem go kupić rano, z radością stwierdziłem że mam jeszcze czas i... chwyciłem się za serce bo przed kasami kilometrowa kolejka. Już w oczach widziałem jak pociąg mi odjeżdża a ja zostaje w Poznaniu... Ale udało się, godzina 6.25 kupiłem bilet i pędem na pociąg, miałem tylko pięć minut! Wbiegam zadyszany, radosny, szczęśliwy... tylko po to aby z Poznania do Wałbrzycha jechać jak w konserwie, na stojąco obok kibla
Najbardziej wkurzające były całe rodzinki, matki z dziećmi na rękach, co chwilę wrzeszczącymi że są głodne i pytające się czy daleko jeszcze. Uff... ale, ale dotarłem w końcu do Wałbrzycha, przecisnąłem się przez głośno wyrażające swoje oburzenie stado tępych blondynek w szpilkach i stanąłem na twardej ziemi. Następnie zawinąłem się do busika, który jechał do Świdnicy. Wysiadłem w Zagórzu Śląskim, bo tu zaczynałem swoją wędrówkę. Zamierzałem przejść niemal całe Sowie, aż do Srebrnej Góry niebieskim szlakiem. W samym Zagórzu i przy jeziorze Bystrzyckim pełno ludzi, wędkarzy i wypoczywających, mimo że pogoda jak na razie nieciekawa i Sowie przywitały mnie mżawką. Szlak prowadzi przez miejscowość Michałkowa (ciekawy kościółek) i dopiero za nią schodzi z asfaltu na polna drogę, ścieżkę. Tu widać dopiero że jest słabo uczęszczany, i muszę pilnie wypatrywać oznaczeń na słupach. Widoki piękne, roztaczają się przede mną bujne w roślinność dolinki, zielone łąki a w dali stoją góry. Następnie droga doprowadza mnie do Glinna, są tu bardzo interesujące dwa krzyże pokutne wmurowane w mur dookoła kościółka. Dalej droga coraz bardziej pnie się w górę, jej celem jest w końcu Wielka Sowa, która cała jest pokryta w chmurach i im bardziej się do niej zbliżam, tym bardziej denerwujący staje się deszcz, który raz pada, raz przestaje. Po niebie przewijają się majestatyczne chmury, nie wiem nawet kiedy a dochodzę do Przełęczy Walimskiej i ku mojemu zdumieniu, widzę wszędzie pełno ludzi, palące się ogniska, szczekające psy i słyszę głośną muzykę z aut. Czym prędzej mijam to zbiegowisko i wspinam się na Sowę. Po drodze mijam pełno schodzących z niej ludzi, którzy najwidoczniej przestraszyli się deszczu. Jaka jest zatem moja radość gdy w połowie drogi chmury zostają przegnane i wychodzi piękne słońce na czystym niebie! Dochodzę do szczytu łaskotany ciepłymi promieniami kończącego sie powoli dnia. A tu... wszędzie pełno ludzi! Nie zrażam sie tym i wchodzę na otwartą wieżę (4zł wejście) aby popodziwiać widoki. Jest tu też sklepik i mogę uzupełnić płyny, niekoniecznie wodą mineralną. Udaje mi się też usmażyć na wolnym ognisku kiełbaskę. I w tym miejscu musiałem po raz pierwszy zboczyć z obranego szlaku do najbliższego schroniska, ponieważ czułem już spore zmęczenie. Najbliższym schroniskiem była "Sowa" miejsce bardzo przytulne, zadbane i ogólnie mogę je jak najbardziej polecić... jednakże gdy spytałem się o nocleg, pani pokręciła ze smutkiem głową tłumacząc coś wszędobylską stonką. Jednakże ja się nie zraziłem i skończyło na tym że zostałem na noc, spałem w jakiejś werandzie (dobrze że mam ciepły śpiwór), choć się opłacało bo płaciłem tylko 7 zł
Dzień kolejny przywitał mnie śpiewem ptaków. Po chwili byłem już z powrotem na szlaku, zdobyłem Młyńsko, dotarłem do Starej Jodły a stamtąd cały czas podążałem niebieskim tzw. Ruską Drogą. W pewnym momencie szlak wyszedł na asfalt, w drodze musiał mi pomóc zakupiony wcześniej czeski Opat gdyż była dość nudna, dopiero w połowie okazało się że roztaczają się z niej piękne widoki na Bielawę. Tego dnia również musiałem zboczyć z obranego szlaku, z drogi asfaltowej zszedłem na zielony, prowadzący do schroniska PTTK Zygmuntówka. Znalazłem tu ciepły posiłek, pokój i spontanicznych znajomych z którymi siedziało się do późna przy ognisku i piło
Kolejny dzień, tym razem postawiłem sobie jasny cel - muszę dotrzeć do Srebrnej Góry, była sobota a ja byłem w połowie drogi dopiero! Zacisnąłem pasa i śmiało ruszyłem przed siebie. Tym razem jednak już nie niebieskim gdyż obawiałem się że jak na niego wrócę to nie zdążę dotrzeć na wieczór do Srebrnej. Szło mi się raźnie i mimo jakiegoś tam zmęczenia, dość szybko. Po drodze zdobyłem Kalenice i wspiąłem się na wieżę widokową, choć chmur było dość dużo więc dostrzegłem jedynie najbliższe góry. Największym minusem trasy były dość liczne w niektórych miejscach wycinki drzew, szło się przez goły teren i w dodatku nawet nie wiedziało czy dobrze, bo drzewa ze znakiem szlaku już pewnie dawno za meble robiły. Na przełęczy Woliborskiej mogłem wrócić na obrany wcześniej niebieski szlak, jednak postanowiłem już do końca iść czerwonym wiedząc, że przechodzi on przy samej niemal Twierdzy Srebrnogórskiej, która bardzo pięknie i okazale się prezentowała. Pogoda znów się zmieniła, było gorąco. Jaka była moja złość gdy okazało się że schronisko PTTK w Srebrnej do którego zmierzałem jest nieczynne i sprzedane komuś prywatnemu!
Marzyłem już tylko aby rzucić się na wyro, a tu okazało się że muszę jeszcze szukać noclegu w mieście gdzie było pełno turystów a wolny pokój graniczył z cudem! Ale, ale w końcu udało się. Znalazłem nocleg, i nawet dość tani. Była sobota popołudniu, po zalokowaniu się w pokoju ruszyłem na miasto po jakieś jedzenie, zrobiłem zakupy i... poznałem na przystanku PKSu ciekawych ludzi, którzy czekali na autokar. Oczywiście ten nie przyjechał, a my poszliśmy na piwo... drugie... trzecie... Okazało się że na wieczór jest jakiś koncert w Forcie na górze, postanowiliśmy na niego oczywiście pójść. Grał jakiś zespół, nie pamiętam nawet jak się nazywał, muzyka... hmm... zespół ten określił się że gra psycho folk
Heh, okazało się że muzyka super! Z nowymi znajomymi czym prędzej rozkręciliśmy POGO, zabawa na całego! Drugi dzień - koszmar, trzeba było wcześnie wstać na autobus do Ząbkowic, jedyny plus że wracałem z częścią nowo poznanych ludzi. W Ząbkowicach kupujemy bilety na pociąg do Wrocka, pociąg nam ucieka, pakujemy się do jakiegoś PKSu. Lądujemy we Wrocławiu, pożegnanie, wymiana numerów i znów na stojąco, wracam do domu. Niby pociąg pospieszny, ale ja różnicę widzę tylko w cenie biletu. Cztery dni minęły jak z bata strzelił, szkoda... I znowu Poznań, uff
Fotki wrzucę w najbliższych dniach albowiem dzis już nie zdążę.
Fotki wrzucę w najbliższych dniach albowiem dzis już nie zdążę.