Day trippers - Jak tu nie wierzyć w opatrz(cz)ność – Smardze
2 listopada 2007. Od początku towarzyszy przeczucie, że coś musi się nie udać, ale nie.
Serwis kończymy kilka godzin wcześniej niż się spodziewaliśmy. Gramy zatem w chińską piłkę nożną i oglądamy telewizję, a później zasypiamy. Następnego dnia rano - pobudka o 6:30, z braku płatków czekoladowych zjadamy owsiane z mlekiem skonfrontowawszy to najpierw z Regułami, które zdają się nie oponować. Za oknem po staremu, deszcz zacina w najlepsze, słońca nie widać spoza chmur nawet w porywach. Po zakupach w niemodlińskim Plusie i dopompowaniu tamże kół, ruszamy. O dziwo, nie gubimy drogi, mijamy Kopice i kilka innych miejscowości. Pierwsze problemy napotykamy w Czarnolesie, skąd musimy do Jaszowa i Szklar dojechać drogami gruntowymi, zamienionymi przez nadal padający deszcz w rzeki błota. Jesteśmy bardzo brudni. Droga cały czas pnie się pod górę. Cały czas pada deszcz. Docieramy do Ziębic, (mijamy miejscowość o swojsko brzmiącej nazwie - Stolec) Ząbkowic Śląskich, gdzie mam kryzys i opadam z sił. Po krótkim (dobre sobie) postoju jednak przełamuję go i jedziemy dalej w stronę Srebrnej Góry. Warto jeszcze zauważyć, że pod sklepem w Ząbkowicach po raz pierwszy daje o sobie znać zmęczenie, np.:
Maciek beka i bardzo śmierdzi
Seb: fuuu, jaka kiełbasa
Maciek: bo ty jadłeś co innego... Hrabio
Seb: ...chrabąszczu...
Maciek wypluwa colę nosem na chodnik, obficie łzawi i zjada Smardza.
Do Srebrnej Góry dojeżdżamy gdy zaczyna zapadać zmrok. Nadal siąpi deszcz. Fotografujemy kota i robimy zakupy w sklepie ABC. Aby dostać się do Sowy chcemy wjechać na Przełęcz Walimską, która nie jest wprawdzie daleko, ale dzieli nas odeń kilka innych przełęczy.
Usiłujemy wjechać na pierwszą z nich, ale w którymś momencie pada pomysł, żeby iść pieszo:
Seb: to co, lecimy na piechotę?
Maciek: czekaj, powiem ci po pięćdziesięciu metrach.
Po dwóch metrach zsiada
Maciek: Ok, już.
W międzyczasie zapada totalny zmrok, który od dnia różni się tylko tym, że jest ciemno, bo słońca przez cały czas nie uświadczyliśmy, a deszcz jak padał, tak pada w najlepsze. Warto dodać, że mieliśmy tu być najpóźniej o 14., ale droga okazała się nieco bardziej wymagająca niż się zdawało i jest 19. Zatrzymujemy się na chwilę na poboczu, aby odpocząć i coś zjeść. Widzimy jakieś 10 metrów sześciennych dookoła siebie, dalej ściana mgły. Czujemy się jakby gdzieś na granicy świata - w ciemną, mglistą noc jesteśmy pośród gór, mogąc polegać tylko na sobie. "It's some kind of psychodelic experience", nie da się ukryć. Mijamy jakąś bezimienną przełęcz, ale o szybkim zjeździe nie ma mowy, bo jedynym, co widzę jest mój ogromny cień rozciągający się na mgle przede mną, więc zjeżdżamy raczej wolno. Mijamy Bielawę, Pieszyce. Szukając Przełęczy Walimskiej spotykamy patrol policyjny.
INTERLUDIUM POLICYJNE
Na placu u początku podjazdu na przełęcz nie jesteśmy pewni gdzie jechać. Widzę radiowóz i nie zastanawiając się długo postanawiam spytać znajdujących się weń funkcjonariuszy o drogę
(jest po godzinie 19. i totalnie ciemno):
Seb: Dzień dobry, gdzie jest Przełęcz Walimska?
Funkcjonariusz (robi groźną minę i pokazuje palcem za siebie): Taaaam.
Seb: Jest pan pewny?
Funkcjonariusz (marszczy brwi i z ironią): Czy ja jestem pewny...?! A skąd jesteście?
Seb (ma serce w przełyku... i wymienia z Maćkiem spojrzenie pełne rozpaczy): Z Opola.
Funkcjonariusz (z miną niedowierzającą): Co?!
Maciek: Tak, przyjechaliśmy na Wielką Sowę.
Funkcjonariusz (z coraz szerzej otwartymi ustami): I kiedy wrócicie?
Seb: No jak z niej zejdziemy. Już tak robiliśmy i nic nam się nie stało (sic!).
Funkcjonariusz: A z jakiej ulicy?
Seb (...lecz nic mu się nie stało): Ozimskiej.
Drugi Funkcjonariusz włącza się: Jest taka.
Nie czekając na jakieś konkretniejsze pozwolenie mówimy "do widzenia, dziękuję" i oddalamy się. Nie traci prawdziwości twierdzenie, że trzeba niedźwiedziom pokazać, że się ich nie boisz.
Na Przełęcz docieramy (trochę idąc, trochę jadąc) około 21. i rozpoczynamy wspinaczkę na Sowę. Już po około 20 minutach gubimy szlak (wszak jest całkowicie ciemno) i tracimy około godziny na szukanie go, aż postanawiamy zrobić sobie własny szlak i idziemy drogą używaną przez leśników do zwożenia drewna. Droga ta jest niczym innym jak potokiem szlamu, w który zapadamy się niemalże po kostki, co powoduje takie fajne chlupotanie w dolnych partiach nóg. Mijamy kolejne rozwidlenia i coraz bardziej tracimy koncept. "We are riding the spiral", jak mawia poeta. Okrążając szczyt natrafiamy na jeszcze więcej błota i wody. Co chwila mówimy coś w stylu: "czuję, że to niedaleko", "z doświadczeń wynika, że tak najczęściej droga wygląda pod szczytem" itd. itp. Nie zmienia to jednak faktu, że chodzimy w kółko po ciemku i nawet nie wiemy gdzie jest szczyt. Napotykamy bardzo wiele prowadzących donikąd przecinek i jesteśmy coraz bardziej zdezorientowani i zirytowani. Jeszcze wiele można by powiedzieć, ale "żadne słowa tego nie opiszą, co poczuć może człowiek ciemną jesienną nocą". Gdy "droga" urywa się nagle, dochodzimy do konkluzji: "to co, pchamy się na siłę przez drzewa?". Brodząc po kolana w trawie i mijając co rusz to zwalone pnie drzew pniemy się ostro pod górę. Słychać tylko sapanie i czuć bardzo spocone i skiśnięte po nieprzepuszczającymi powietrza kurtkami ubrania. Podejście jest długie, co potęguje uczucie zagubienia i niepewności. Zastanawiamy się czy nie zrobiliśmy źle stawiając wszystko na jedną kartę. W pewnym momencie z oddali zaczyna majaczyć jakieś światło. Wyłaniamy się spomiędzy drzew i widzimy na wprost nas... wieżę na Wielkiej Sowie. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że dotarliśmy do niej własnym szlakiem od tyłu, ale było nie było, jesteśmy na szczycie. Robimy kilka zdjęć dokumentacyjnych, zjadamy kiełbasę, wypijamy colę i przebieramy się. Jest nam strasznie zimno. Stwierdzam, że "teraz, kiedy zeszła ze mnie cała adrenalina, czuję się sflaczały". Zejście okazuje się łatwiejsze, bo cały czas udaje się trzymać szlaku. Na Przełęczy Maciek półżartem mówi, że dlatego musieliśmy zdobyć ten szczyt jakoś od tyłu dziwną drogą, że Bóg wystawił nas na próbę. Całkiem poważnie twierdzę, że ma całkowitą rację. To bardzo klarowny dowód, że wszechświat sprzyja tym, którzy walczą, nawet w totalnie surrealistycznych i beznadziejnych warunkach o realizację swych koncepcji. Dowodzi to także, że Opatrzność czuwa nad prawdziwymi myśliwymi, co jeszcze lepiej widoczne będzie kilka godzin później. Pierwszy raz przestaje padać. Rozpoczynamy zjazd z Przełęczy Walimskiej i:
W poprzek drogi przebiega ogromny jeleń
Seb (prawie się przewraca i krzyczy zmienionym głosem wydobywającym się z samej przepony): O ku**wa!
Maciek: Bardziej się przestraszyłem tego krzyku niż jelenia.
Seb: Cała krew mi odpłynęła z twarzy. Przestraszyłem się straszliwie.
Po zjeździe z przełęczy, napełnieni euforią po sukcesie, z ogromną prędkością jedziemy do Dzierżoniowa, dokąd docieramy bardzo szybko. O otwarty sklep Maciek pyta przechodzącego nieopodal bardzo pijanego człowieka, który go jednak ignoruje i przechodzi mimo zdając się w ogóle pytającego nie zauważać. Ja mam więcej szczęścia i udaje mi się uzyskać informację, że "CPN... za cmentarzem". Dziękuję ładnie i, gdy oddalam się na większą odległość, kwituję mówiąc Maćkowi: "miałeś fart, wiesz jak mu strasznie jebało z ryja?". Dotarłszy na stację, kupujemy kilka batonów oraz colę i przez pół godziny jeździmy w kółko, szukając wyjazdu na Niemczę. Uznanie tutaj dla Maćka, który w końcu denerwuje się, bierze mapę, coś tam mruczy i w ciągu trzech minut odnajduje właściwą drogę - kolejny dowód, że należy ufać intuicji. Z Dzierżoniowa wyjeżdżamy około godziny zerowej, więc powoli zaczyna nam się chcieć spać. Z następnych kilku godzin niewiele jest do opowiedzenia. Skupiamy się na pokonywaniu podjazdów (i owszem, czasem pieszo, pomimo strasznie odparzonych moich stóp i wielkiej guli na Maćka piszczeli) i dużo przyjemniejszym, jak najszybszym połykaniu nawet kilkunastokilometrowych zjazdów.
Mimochodem dochodzę do takiej konkluzji, rozglądając się wokół: na prawo - ciemność, na lewo - ciemność, nad nami - ciemność. Jedyne, co łączy ze światem to droga pod stopami. Zastanawiam się czy ciągle jestem gdzieś umiejscowiony w czasie i przestrzeni. Nieśmiało rodzi się myśl, że może chyłkiem, niepostrzeżenie wyrwaliśmy się gdzieś poza granice rozumu i świadomości, że nie ogranicza nas już jakieś "tu i teraz". Z niejakim przestrachem uświadamiam sobie, że nie zależy mi na docieraniu gdziekolwiek, zatracam się w trwaniu, całym sobą łaknę ruchu, podróży. Rozumiem, że właśnie tego chcę - uczynić swe życie podróżą. To kwintesencja prawdziwego myślistwa. Dopiero w Ciepłowodach zaczynamy mieć wątpliwości co do trasy, ale, co jest właśnie wspomnianym dowodem na opiekę Opatrzności, o piątej nad ranem spotykamy idącego poboczem człowieka, który potrafi dokładnie wytłumaczyć nam jak jechać dalej. Dojeżdżamy do Henrykowa, skąd, jak stwierdzam, widzimy rozlewający się powoli po niebie brzask. Maciek utrzymuje, że kilka razy zasnął za kierownicą i prawie wpadł pod samochód, ale cóż począć, trzeba nam jechać dalej. W Jasienicy robimy krótki postój i stwierdzamy, że świta już na dobre. Jest godzina siódma. Docieramy do Sarb, gdzie ból stóp zaczyna stawać się nieznośny.
Przez ostatnie pięćdziesiąt kilometrów mam wrażenie jakbym chodził po rozżarzonych węglach. Rowery wysychają i zaczyna być słychać równomierne "skrzyp, zgrzyt, pisk". Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy choć raz nie zmylili drogi. Otóż, z Grodkowa wyjeżdżamy złą odnogą ronda i przejeżdżamy jakąś 1/4 pozostałej trasy w niewłaściwym kierunku, co jest tym bardziej irytujące, że już po prostu nie mamy sił i czujemy pod powiekami piasek. Wracamy do Grodkowa, skąd, już jadąc właściwą drogą, mijamy Kopice i Krasną Górę i dojeżdżamy do Niemodlina. Stamtąd już tylko chwila do Wawelna, gdzie docieramy o 10:26, co znaczy, że, z krótką przerwą na zdobycie Wielkiej Sowy, jechaliśmy na rowerach jakieś 26 godzin. Fajnie kwituje to Maciek mówiąc do mamy, że "mieliśmy być wczoraj o północy, ale trochę nam nie wyszło". Można by zapytać po co się tak męczymy. Ci, którzy to rozumieją, nie potrzebują jednak pytać. Tym, którzy spytają i tak nie będę potrafił tego wytłumaczyć.
Wielka Sowa - jakiś czas temu
fajno
gubienie drogi jest fajne... często odchodząc od szlaku można zobaczyć wiele ciekawości
za waszą wytrwałość stawiam 5+
gubienie drogi jest fajne... często odchodząc od szlaku można zobaczyć wiele ciekawości
za waszą wytrwałość stawiam 5+
Oko wszystko widzi
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!
http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be
w świetny sposób napisana relacja 
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
Re: Wielka Sowa - jakiś czas temu
seb_135 pisze: Ci, którzy to rozumieją, nie potrzebują jednak pytać. Tym, którzy spytają i tak nie będę potrafił tego wytłumaczyć.
Komentarz kwitujący zakończenie brzmi jak pewien fragment z Pisma Świętego.