Zatem:
Kilka dni wcześniej postanawiamy wybrać się na Kopę celem przetestowania własnej kondycji
oraz sprzętu przed majowym wyjazdem na Babią Górę i przy okazji zainaugurowania kolejnego
sezonu polowań prawdziwych myśliwych.
Do sprawy zabieramy się dosyć niedbale, w przeddzień wyjazdu wieczorem jedziemy do Wawelna
nie zabierając nawet mojego plecaka, żadnych ubrań na zmianę ni kompasu czy sanek. Ogólnie,
do sprawy podchodzimy na zasadzie "pfff, co tam wyjazd na Kopę!". Przed snem dociągamy
jeszcze moją linkę od przedniej przekładni czym ratujemy się przed całodniowym słuchaniem
regularnego szurania korbą o tęże. Budzimy się w około ósmej rano, wstaję totalnie
prz****ny i nastawiony pesymistycznie do całego świata, bo ostatnio tak mam. Zjadamy
poduszkowce z mlekiem, przygotowujemy kanapki z pasztetową i w drogę. Wyjeżdżamy trochę po
9., ale jedziemy niemrawo, bez entuzjazmu i jeszcze zmagamy się z silnym wiatrem, przez co
zatrzymujemy się co pięć kilometrów. Po jakichś dwudziestu kilometrach Maciek łapie gumę po
raz pierwszy. Zatrzymujemy się zrozpaczeni, wszędzie szaro, ciemno, wieje i zimno. Maciek
zdejmuje oponę z koła, w ogóle robi różne fiki miki, żeby usprawnić rower a ja pogrążam się
w apatii. Tymczasem pierwszy znak jakby z wnętrza wydobywa się chmur, zaświeca słońce,
śpiewam "shine on forever, shine on, benevolent son!" i trochę poprawia mi się humor.
Wspólnymi siłami sklejamy dętkę i jedziemy dalej. Za Korfantowem, w okolicach Przydroża
Wielkiego Maciek łapie gumę po raz drugi. Mamy na licznikach 40 km a jest godzina 12. co
daje średnią prędkość niewiele ponad 10 km/h i ciągle spada, bo męczymy się z kołem prawie
godzinę. Trochę przed pierwszą, jak zwykle w takich momentach zainspirowany przez
Opatrzność, stwierdzam, że może jednak pojadę do Korfantowa po dętkę. Nie wiedzieć czemu,
śpieszę się ponad miarę. Po jakimś czasie wszystko się wyjaśnia - do jedynego sklepu, w
którym można w tym miasteczku kupić dętkę, krążąc wcześniej trochę, docieram idealnie w
momencie, gdy jego właściciel właśnie zamknął już wszystkie bramy i zbiera się do odejścia.
Przekonany moim błaganiem, płakaniem i zaklinaniem otwiera go ponownie i sprzedaje mi dwie
dętki. Wracam do Maćka, usprawniamy koło i jedziemy dalej. No, prawie... Po kilku minutach
od mojego powrotu piękne, słoneczne niebo zaciąga się chmurami, znowu jest ciemno a za
chwilę rozpoczyna się gradobicie. Owszem, gradobicie. Do tego stopnia obfite, że zanim
zakładam na głowę kaptur po prostu boli mnie skóra na głowie od uderzeń. Gdy wszystko
cichnie zostajemy mokrzy i jest nam zimno. W tym momencie nie ma już mowy o jakimkolwiek
złym humorze czy chandrze - zostają wypłukane doszczętnie, zostaje spokój i nieokiełznana
energia. Na szczęście znowu wychodzi słońce i schniemy. Około 16. dojeżdżamy do Wierzbca i
popełniamy błąd - skręcamy na główną drogę pod górę i pod wiatr, gdzie męczymy się
niesamowicie jadąc w niewłaściwym kierunku. Widząc tablicę z napisem "Głuchołazy" zaczynam
mieć wątpliwości i zatrzymuję się. Rzut oka na mapę i już wszystko jest jasne - 6 km w
odwrotnym kierunku!
seb: to teraz musimy, aaaa, zawrócić! (z emfazą)
maciek: (unosi palec wskazujący w górę i wykonuje ruch do przodu mówiąc): trafnie ujęte!
śmiejemy się opętańczo
Do Moszczanki postanawiamy dostać się przez las "bo już kiedyś tędy jechaliśmy". Oczywiście
po kilku kilometrach gubimy się i stwierdzamy "to co, napierdalamy przez drzewa?".
Wchodzimy w las i idziemy coraz dalej i dalej i dalej i dalej. Nie mamy pojęcia, gdzie
jesteśmy. W pewnym momencie natrafiamy na łąkę a minąwszy ją widzimy "strefę rozrzutu
kamienia" czy coś w tym stylu (cokolwiek to znaczy) i wyłaniamy się z lasu na urwisku tuż
nad... Pokrzywną. Nie mam już siły mówić o Opatrzności. Po chwili wahania decydujemy się na
podejście na Kopę i szukamy czerwonego szlaku, który jest widocznie krótszy. Nie znajdujemy
go oczywiście i marnujemy nieco czasu. Idziemy zielonym, później skręcamy na niebieski,
który łączy się z żółtym i gdy już całkiem nie wiemy co ze sobą zrobić postanawiamy
"napierdalać przez drzewa" i wchodzimy po ciemku gdzieś w ostępy mając przed sobą
perspektywę brnięcia przez ciemny jak dupa matecznik z bardzo ciasno rozstawionymi
drzewami. Stwierdzamy, że to nie jest najlepszy pomysł i po raz drugi rezygnujemy z wejścia
na Kopę. Stwierdzamy też, że nie wiemy gdzie jesteśmy. Przypomnę, jest ciemno i coraz
zimniej. Odnajdujemy "przypadkiem" jakąś drogę i idziemy nią w górę. Docieramy do
skrzyżowania i widzimy oznaczenia żółtego szlaku. Chcemy schodzić, ale postanawiamy
zadzwonić jeszcze do Bartka, żeby upewnić się, dokąd co prowadzi. Ten, mimo że jest w pracy
i nie ma dostępu do żadnego źródła informacji, okazuje się znawcą terenu i mówi, że żółty
prowadzi do schroniska, gdzie łączy się z czerwonym i na szczyt. Po krótkiej rozprawie
("byliśmy tam już dwa razy i na razie nie chcę więcej") postanawiamy jednak zdobyć górę.
Idziemy długo i czujemy się coraz mniej pewnie. Zaczyna (który już raz) padać deszcz.
Mijamy stojącą z boku chatkę, w której, o zgrozo! siedzą ludzie. Dodają nam otuchy mówiąc,
że idziemy w odpowiednim kierunku.
turysta: Dziwną porę sobie wybraliście...
seb: Sama się wybrała... Wyjechaliśmy o 9. rano.
tenże (wybucha śmiechem): Aha, to powodzenia.
Brniemy zatem przez coraz więcej śniegu, mamy coraz bardziej przemoczone buty i już czujemy
zbliżające się kalafiorki (znaczy się białe, spękane, zmacerowane stopy). Dochodzimy do
schroniska i zaczynamy końcowe podejście. Tutaj leży już stała pokrywa śnieżna. Ślizgamy
się jak misie polarne po krach. Zatrzymuję się na chwilę, żeby wyjąć kamyk z buta, Maciek
obraca się, staje jak wryty i mówi: "to teraz się obróć". Obracam się i stwierdzam
"wprawdzie nie odda to w pełni moich uczuć względem tego, co widzę, ale <<o k**wa!>>".
Panorama jest niesamowita. Widać majaczące w oddali Opole i Nysę a na bliższym planie
mniejsze miasteczka. Wszystko lśni, skrzy się i błyszczy w czystym, zimnym powietrzu. Cały
krajobraz uwieńczony jest milionami gwiazd na niebie, widocznymi i bliskimi jak nigdy.
Siedząc na szczycie:
seb: Stary, jak się cieszę, że nie okazaliśmy się wiarołomcami.
maciek: pomyśl, że mogliśmy tu nie wejść... nie zobaczyć tego...
Ześlizgujemy się raptem do rozjazdu szlaków i zastanawiamy się czy iść do schroniska coś
zjeść. Rezygnujemy i schodzimy czerwonym szlakiem przez las i przez śnieg. Buty przemakają
totalnie i zamarzają stopy. W Jarnołtówku jesteśmy około 22. znajdujemy otwarty sklep,
kupujemy co tylko jest do jedzenia (kiełbasę, jogurty, Liony) co powoduje później wprawdzie
rozstrój żołądka, ale uchrania od śmierci głodowej. Idąc w stronę rowerów żartujemy, że jak
tylko na nie wsiądziemy, to poczujemy przypływ sił i będziemy jechać bardzo szybko, co
kwitujemy sarkastycznym śmiechem. Dotarłszy do nich wsiadamy, czujemy przypływ energii i
jedziemy bardzo szybko. Średnia utrzymuje się na poziomie 27 km/h, robimy przez 50 km może
dwa krótkie przystanki. Mijamy Prudnik, Lubrzę, Białą, Krobusz. W Dębinie zatrzymujemy się
na dłużej na tym samym przystanku autobusowym co zwykle. Jedyne warte odnotowania
wydarzenie podczas drogi powrotnej, to to, że postanawiam nie czekać aż światło przed
robotami drogowymi zmieni się na zielone a widząc nadjeżdżający z naprzeciwka samochód chcę
zjechać na drugi pas. Źle oceniam wysokość krawężnika i spadam z trzydziestu centymetrów na
przednie koło. To, że nie zmasakrowałem sobie twarzy zawdzięczam chyba tylko temu, że
krawężnik nie jest pięć centymetrów wyższy i zjadłem zęby na panowaniu nad rowerem. W
każdym razie ciśnienie podnosi się znacznie. Siedząc w Ligocie Prószkowskiej na przystanku
podczas ostatniego postoju stwierdzam, że "właściwie jeden wniosek jest jasny - myślenie o
jakimkolwiek polowaniu, że <<pfff, to tylko wyjazd na Kopę!>> jest do gruntu błędne. Maciek
chce jechać do domu ale kuszę do paluszkami rybnymi z frytkami i docieramy do mnie o
trzeciej nad ranem, która jest tak naprawdę czwartą, bo przestawiamy zegarki na czas letni.