Kopa Biskupia 29 marca 2008 + następny

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Kopa Biskupia 29 marca 2008 + następny

Postautor: seb_135 » 05-02-2009 16:14

Zachęcony pozytywnym odzewem na poprzednią moją relację - umieszczam kolejną :-)

Zatem:

Kilka dni wcześniej postanawiamy wybrać się na Kopę celem przetestowania własnej kondycji
oraz sprzętu przed majowym wyjazdem na Babią Górę i przy okazji zainaugurowania kolejnego
sezonu polowań prawdziwych myśliwych.
Do sprawy zabieramy się dosyć niedbale, w przeddzień wyjazdu wieczorem jedziemy do Wawelna
nie zabierając nawet mojego plecaka, żadnych ubrań na zmianę ni kompasu czy sanek. Ogólnie,
do sprawy podchodzimy na zasadzie "pfff, co tam wyjazd na Kopę!". Przed snem dociągamy
jeszcze moją linkę od przedniej przekładni czym ratujemy się przed całodniowym słuchaniem
regularnego szurania korbą o tęże. Budzimy się w około ósmej rano, wstaję totalnie
prz****ny i nastawiony pesymistycznie do całego świata, bo ostatnio tak mam. Zjadamy
poduszkowce z mlekiem, przygotowujemy kanapki z pasztetową i w drogę. Wyjeżdżamy trochę po
9., ale jedziemy niemrawo, bez entuzjazmu i jeszcze zmagamy się z silnym wiatrem, przez co
zatrzymujemy się co pięć kilometrów. Po jakichś dwudziestu kilometrach Maciek łapie gumę po
raz pierwszy. Zatrzymujemy się zrozpaczeni, wszędzie szaro, ciemno, wieje i zimno. Maciek
zdejmuje oponę z koła, w ogóle robi różne fiki miki, żeby usprawnić rower a ja pogrążam się
w apatii. Tymczasem pierwszy znak jakby z wnętrza wydobywa się chmur, zaświeca słońce,
śpiewam "shine on forever, shine on, benevolent son!" i trochę poprawia mi się humor.
Wspólnymi siłami sklejamy dętkę i jedziemy dalej. Za Korfantowem, w okolicach Przydroża
Wielkiego Maciek łapie gumę po raz drugi. Mamy na licznikach 40 km a jest godzina 12. co
daje średnią prędkość niewiele ponad 10 km/h i ciągle spada, bo męczymy się z kołem prawie
godzinę. Trochę przed pierwszą, jak zwykle w takich momentach zainspirowany przez
Opatrzność, stwierdzam, że może jednak pojadę do Korfantowa po dętkę. Nie wiedzieć czemu,
śpieszę się ponad miarę. Po jakimś czasie wszystko się wyjaśnia - do jedynego sklepu, w
którym można w tym miasteczku kupić dętkę, krążąc wcześniej trochę, docieram idealnie w
momencie, gdy jego właściciel właśnie zamknął już wszystkie bramy i zbiera się do odejścia.
Przekonany moim błaganiem, płakaniem i zaklinaniem otwiera go ponownie i sprzedaje mi dwie
dętki. Wracam do Maćka, usprawniamy koło i jedziemy dalej. No, prawie... Po kilku minutach
od mojego powrotu piękne, słoneczne niebo zaciąga się chmurami, znowu jest ciemno a za
chwilę rozpoczyna się gradobicie. Owszem, gradobicie. Do tego stopnia obfite, że zanim
zakładam na głowę kaptur po prostu boli mnie skóra na głowie od uderzeń. Gdy wszystko
cichnie zostajemy mokrzy i jest nam zimno. W tym momencie nie ma już mowy o jakimkolwiek
złym humorze czy chandrze - zostają wypłukane doszczętnie, zostaje spokój i nieokiełznana
energia. Na szczęście znowu wychodzi słońce i schniemy. Około 16. dojeżdżamy do Wierzbca i
popełniamy błąd - skręcamy na główną drogę pod górę i pod wiatr, gdzie męczymy się
niesamowicie jadąc w niewłaściwym kierunku. Widząc tablicę z napisem "Głuchołazy" zaczynam
mieć wątpliwości i zatrzymuję się. Rzut oka na mapę i już wszystko jest jasne - 6 km w
odwrotnym kierunku!

seb: to teraz musimy, aaaa, zawrócić! (z emfazą)
maciek: (unosi palec wskazujący w górę i wykonuje ruch do przodu mówiąc): trafnie ujęte!
śmiejemy się opętańczo

Do Moszczanki postanawiamy dostać się przez las "bo już kiedyś tędy jechaliśmy". Oczywiście
po kilku kilometrach gubimy się i stwierdzamy "to co, napierdalamy przez drzewa?".
Wchodzimy w las i idziemy coraz dalej i dalej i dalej i dalej. Nie mamy pojęcia, gdzie
jesteśmy. W pewnym momencie natrafiamy na łąkę a minąwszy ją widzimy "strefę rozrzutu
kamienia" czy coś w tym stylu (cokolwiek to znaczy) i wyłaniamy się z lasu na urwisku tuż
nad... Pokrzywną. Nie mam już siły mówić o Opatrzności. Po chwili wahania decydujemy się na
podejście na Kopę i szukamy czerwonego szlaku, który jest widocznie krótszy. Nie znajdujemy
go oczywiście i marnujemy nieco czasu. Idziemy zielonym, później skręcamy na niebieski,
który łączy się z żółtym i gdy już całkiem nie wiemy co ze sobą zrobić postanawiamy
"napierdalać przez drzewa" i wchodzimy po ciemku gdzieś w ostępy mając przed sobą
perspektywę brnięcia przez ciemny jak dupa matecznik z bardzo ciasno rozstawionymi
drzewami. Stwierdzamy, że to nie jest najlepszy pomysł i po raz drugi rezygnujemy z wejścia
na Kopę. Stwierdzamy też, że nie wiemy gdzie jesteśmy. Przypomnę, jest ciemno i coraz
zimniej. Odnajdujemy "przypadkiem" jakąś drogę i idziemy nią w górę. Docieramy do
skrzyżowania i widzimy oznaczenia żółtego szlaku. Chcemy schodzić, ale postanawiamy
zadzwonić jeszcze do Bartka, żeby upewnić się, dokąd co prowadzi. Ten, mimo że jest w pracy
i nie ma dostępu do żadnego źródła informacji, okazuje się znawcą terenu i mówi, że żółty
prowadzi do schroniska, gdzie łączy się z czerwonym i na szczyt. Po krótkiej rozprawie
("byliśmy tam już dwa razy i na razie nie chcę więcej") postanawiamy jednak zdobyć górę.
Idziemy długo i czujemy się coraz mniej pewnie. Zaczyna (który już raz) padać deszcz.
Mijamy stojącą z boku chatkę, w której, o zgrozo! siedzą ludzie. Dodają nam otuchy mówiąc,
że idziemy w odpowiednim kierunku.

turysta: Dziwną porę sobie wybraliście...
seb: Sama się wybrała... Wyjechaliśmy o 9. rano.
tenże (wybucha śmiechem): Aha, to powodzenia.

Brniemy zatem przez coraz więcej śniegu, mamy coraz bardziej przemoczone buty i już czujemy
zbliżające się kalafiorki (znaczy się białe, spękane, zmacerowane stopy). Dochodzimy do
schroniska i zaczynamy końcowe podejście. Tutaj leży już stała pokrywa śnieżna. Ślizgamy
się jak misie polarne po krach. Zatrzymuję się na chwilę, żeby wyjąć kamyk z buta, Maciek
obraca się, staje jak wryty i mówi: "to teraz się obróć". Obracam się i stwierdzam
"wprawdzie nie odda to w pełni moich uczuć względem tego, co widzę, ale <<o k**wa!>>".
Panorama jest niesamowita. Widać majaczące w oddali Opole i Nysę a na bliższym planie
mniejsze miasteczka. Wszystko lśni, skrzy się i błyszczy w czystym, zimnym powietrzu. Cały
krajobraz uwieńczony jest milionami gwiazd na niebie, widocznymi i bliskimi jak nigdy.
Siedząc na szczycie:

seb: Stary, jak się cieszę, że nie okazaliśmy się wiarołomcami.
maciek: pomyśl, że mogliśmy tu nie wejść... nie zobaczyć tego...

Ześlizgujemy się raptem do rozjazdu szlaków i zastanawiamy się czy iść do schroniska coś
zjeść. Rezygnujemy i schodzimy czerwonym szlakiem przez las i przez śnieg. Buty przemakają
totalnie i zamarzają stopy. W Jarnołtówku jesteśmy około 22. znajdujemy otwarty sklep,
kupujemy co tylko jest do jedzenia (kiełbasę, jogurty, Liony) co powoduje później wprawdzie
rozstrój żołądka, ale uchrania od śmierci głodowej. Idąc w stronę rowerów żartujemy, że jak
tylko na nie wsiądziemy, to poczujemy przypływ sił i będziemy jechać bardzo szybko, co
kwitujemy sarkastycznym śmiechem. Dotarłszy do nich wsiadamy, czujemy przypływ energii i
jedziemy bardzo szybko. Średnia utrzymuje się na poziomie 27 km/h, robimy przez 50 km może
dwa krótkie przystanki. Mijamy Prudnik, Lubrzę, Białą, Krobusz. W Dębinie zatrzymujemy się
na dłużej na tym samym przystanku autobusowym co zwykle. Jedyne warte odnotowania
wydarzenie podczas drogi powrotnej, to to, że postanawiam nie czekać aż światło przed
robotami drogowymi zmieni się na zielone a widząc nadjeżdżający z naprzeciwka samochód chcę
zjechać na drugi pas. Źle oceniam wysokość krawężnika i spadam z trzydziestu centymetrów na
przednie koło. To, że nie zmasakrowałem sobie twarzy zawdzięczam chyba tylko temu, że
krawężnik nie jest pięć centymetrów wyższy i zjadłem zęby na panowaniu nad rowerem. W
każdym razie ciśnienie podnosi się znacznie. Siedząc w Ligocie Prószkowskiej na przystanku
podczas ostatniego postoju stwierdzam, że "właściwie jeden wniosek jest jasny - myślenie o
jakimkolwiek polowaniu, że <<pfff, to tylko wyjazd na Kopę!>> jest do gruntu błędne. Maciek
chce jechać do domu ale kuszę do paluszkami rybnymi z frytkami i docieramy do mnie o
trzeciej nad ranem, która jest tak naprawdę czwartą, bo przestawiamy zegarki na czas letni.
Ostatnio zmieniony 04-03-2009 16:10 przez seb_135, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika
tomuch
obieżyświat
Posty: 537
Rejestracja: 02-05-2007 20:31
Lokalizacja: Wrocław

Re: Kopa Biskupia 29 marca 2008

Postautor: tomuch » 05-02-2009 16:42

seb_135 pisze:Sama się wybrała... Wyjechaliśmy o 9. rano.

:lol:

z nogami (znaczy jak się z buta idzie) jest lepiej... przynajmniej dętki tak często nie pękają :lol:
Oko wszystko widzi

W góry, w góry miły bracie!
Tam przygoda czeka na Cię!

http://www.picasaweb.google.pl/tomuch.be

Awatar użytkownika
Syrioosh
wędrowiec
Posty: 315
Rejestracja: 16-01-2007 13:09
Lokalizacja: Nowa Ruda/Wałbrzych

Postautor: Syrioosh » 07-02-2009 12:32

Fajna relacja trochę szkoda, że bez zdjęć :(
Na wysoką wchodzę górę, na najwyższy idę szczyt...

Góry, górki i pagórki

http://picasaweb.google.pl/Syrioosh

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Postautor: seb_135 » 04-03-2009 16:11

stwierdziłem, że szkoda nowego wątku, więc dorzucam tu :-):

ósmy listopad tego tysiąclecia
właśnie kończył swój siódmy dzień.
poddawałem się defekacji, Marta siedziała w kuchni,
gdy Maciek wrócił z pracy oznajmiając, że
go wyjebali

rozległ się dzwonek telefonu
to Daniel oznajmiał wszem i wobec
że na wódkę na trybuny
iśc nam trzeba napierdolić się srodze

takoiż moja pani, zostawiając nas samych
jęła pakować się na podróż
takeśmy pośród ciemności na trybunach trwali
ogłupieni trochę
mając głęboko, gdzieś w oddali
plany wyjazdu na Kopę

załatwiwszy Wojtasa sprawę i Marcinowi dawszy klucz
wróciliśmy do domu zjeść jajecznicę i spocząć już
co by przed wyprawą sił nabrać i wstając rano
poczynić sprawunki i wybrać się w drogę

a zatem spłoszyliśmy wszystkich co w domu byli
zapadłszy w malignę, której snem nie nazwę
prześniłem koszmar najstraszniejszy w życiu
i wstając, niewiele zresztą niż zazwyczaj raźniej
odbyliśmy pierwej podróż do Wieśka co by wynosić drzwi
ze strychu i sprawić niezmierną radość
i zawieżć teściom klucze i zabrać thermomix by się domaganiom
Ani i wszystkich stało zadość.

a kac nas męczył niemiłosiernie!
a pozostaliśmy sprawie wierni!

oto jesteśmy, spakowani
niewybredne jemy śniadanie
resztkę mleka z płatkami
i jajecznicę kromkami
chleba pogryzając

ruszamy nie biorąc z sobą kurtek
ni pieniędzy, ni sił z głową w bólach
do jedzenia mając po dwa jogurty
i bułki, w których cebula
stanowi część

mylimy drogę, ale nieznacznie
do Prószkowa, jedziemy właśnie
drogą krajową, której numeru nie spamiętam
a która to droga, gdzieś tam ma objazd
bo zamknięta
dla ruchu jest, ale mijamy
miejsce newralgiczne

słoneczne niebo
napawa nadzieją
ale z czasem zasnuwa się niejedną chmurą
jedziemy otępiali, tęskniąc za kurtką
co od wiatru ochroni

zimno mi jest
i wieje wiatr
skończył się tekst
la, la, la, la

mijamy Prudnik, rzecz niebanalna
dalej na Głuchołazy nam droga
udowadnia, żem nieudacznik
że nikim się czuć można
gdy wiatr spowalnia
do czternastu kilometrów na godzinę

a jedziemy tak strasznie wolno!
a kac nas męczy niemiłosiernie!
a pozostajemy sprawie wierni!
a nad nami helikopter, co kręci film!
a z niego, pomalowani niewidzialną farbą!
a jej nie widać, więc ją marną!
można nazwać
a chwała niech będzie im!

docieramy do stóp Kopy, wpadłszy wreszcie
że jogurt można zjeść na pół i przez to
jeszcze trzy a nie raz oszukać żołądek
dostarczając do trawienia treści
mniej niźli łaknie, ale czuć się lekko
ileż pomysłów się w głowie zmieści!

idziemy długo, myląc szlaki
zapada zmrok
nieudaną odbywamy walkę
nie narzekamy na tłok
bo go nie ma
bo jesteśmy sami
a nad nami
niebo coraz ciemniejsze
i szumią drzewa
a ten szum w połączeniu
z ciemnością nieba
i przemykanie w gąszczu stworzeń
różnorakich
niepewnością, melancholią i zgrzytem
w duszy napawa

ze szczytu widoki piękne, rzecz pewna
szkoda, że zimno jak cholera
wiatr przenika chłodem do szpiku i serca
trzeba się zbierać!

och aleśmy są głupi!
że się tak wybrali!
wszak doświadczeni myśliwi!
wstyd i szat rwanie!

schodzimy po ciemku, urywając paznokcie
u wielkich palców w stopach
a u podnóża trzeba od nowa
drogę znajdować
bo od ostatniego razu wszystko zapomnieliśmy

a kac nas męczy niemiłosiernie!
a z nim razem głód!
a my sprawie pozostajemy wierni!
bo nie mamy innego wyjścia, chcemy wrócić do domu i iść spać!

docieramy do rowerów i nawet brak
oświetlenia
nie przeszkadza tak bardzo jak
jedzenia niedostatek
co powoduje omdlenia moje i parę przerw

by jednak oddzielić ziarna od plew
jedziemy szybko, bo nas myśl krzepi
że Marcin zakupił dużo pożywienia
i colę
okazuje się to nie całkiem tak
jak być powinno
ale najadamy się i idziemy spać

by rano wstać i iść na mecz
a jest zerowa dwadzieścia pięć

a kac już minął zastąpiony
przez zaspokojony głód
i przez wycieńczenie, krańcowe
bo któżby mógł
sto czterdzieści kilometrów pokonać
na dwóch jogurtach i trzech bułkach?!


Wróć do „Relacje z wypraw”