No ale po tej małej przygodzie już bez problemu dotarłem do schroniska gdzie po szybki rozpakowaniu się mogłem delektować się kilkoma zmywającymi trudy podróży Skalakami
Sobota 14stego - święto zakochanych - w moim przypadku w górach
Po zwiedzeniu ruin zamku udałem się do Sokołowska aby zatoczyć okręg szlakiem przyrodniczym (co jakiś czas tablice informacyjne) dookoła tegoż miasteczka, wychodząc w Andrzejówce. Po konsumpcji ciepłej strawy próbowałem jeszcze wyjść na mały rekonesans jednak pogoda tak się zepsuła, zaczął dąć taki wiatr że stwierdziłem że resztę dnia i wieczór trzeba spędzić przy grzanym winie i piwku
Zasypiając marzyłem aby niedziela przywitała mnie promieniami słońca.
I cóż przyniosła? Słońca nie było ale póki co nie padał śnieg. Na niedzielę miałem ambitny cel - zły na siebie że poddałem się z przeprawą na Ruprechtický Špičák stwierdziłem że dopnę swego. Po szczegółowych oględzinach mapy stwierdziłem że jak nie da rady dojść czarnym szlakiem do zielonego, granicznego, trzeba będzie skorzystać z dróg leśnych, przetartych nieco przez narciarzy i skutery śnieżne służby leśnej. Tak tez zrobiłem i ku mojemu zdziwieniu szło się bardzo dobrze. Bardzo szybo dotarłem na skróty do zielonego granicznego i nim się spostrzegłem stanąłem pod Ruprechtický Špičákiem. Gorzej było z podejściem na niego gdyż prowadzący tam zielony polski i niebieski czeski szlak był zupełnie nieprzetarty a nachylenie stoku było dość spore. No ale cóż, zaszedłem już tak daleko i miałbym się poddać? Ruszyłem więc pod górę starając się za każdym razem mocno wbić stopę w śnieg ( a ten raz był dobrze ubity i zmrożony, a raz bardzo sypki). Kilkakrotnie zapadałem się po pas, kilka razy już myślałem że trzeba będzie się wycofać, jednak po pewnym czasie stanąłem na szczycie i ujrzałem wieżę widokową na którą czym prędzej ruszyłem. Muszę też powiedzieć że znacznie poprawiła się pogoda, mimo że chmury nadal dominowały to zdarzało się że przeświecało przez nie słońce. Cóż, z wieży widoki piękne choć muszę się przyznać że na sam czubek nie wszedłem bo się nadzwyczajnie bałem - do góry strasznie wiało a te schody wydawały jakieś takie dziwne dźwięki przy wchodzeniu...
Obawiałem się nieco zejścia z góry, schodząc można było wylądować kilkaset metrów poniżej... choć ku mojej radości zejście poszło mi nadzwyczaj dobrze i skończyło się tylko na dwóch lądowaniach na pośladkach. Dopiąwszy swego udałem się dalej drogą leśną (która była drogą rowerową) do Andrzejówki omijając po swej lewej stronie szczyt Waligóry. Po drodze kilkakrotnie mijali mnie narciarze gdyż w ten sam dzień odbywał się w górach Suchych Bieg Skalnika, szlak był już dość dobrze ubity a po drodze można było się delektować kilkoma zapierającymi dech w piersiach widokami.
Powrót do Andrzejówki, obiad i znowu szara rzeczywistość... mimo tego uciążliwego śniegu, mimo wiatru, zimna i zamieci z chęcią zostałbym tam dłużej. Zapewne przyjadę jeszcze tej zimy w góry choć teraz już wiem, że na przyszły rok uzbroję się w rakiety śnieżne.
A tutaj przedstawiam fotki:
http://Raubritter.fotosik.pl/albumy/588214.html