http://picasaweb.google.pl/tifataja/Maj ... kieISowie#
Góry Orlickie i Góry Sowie
Góry Orlickie i Góry Sowie
oto zdjęcia z weekendu majowego - byliśmy mobilni dlatego taki "rozstrzał" gór
http://picasaweb.google.pl/tifataja/Maj ... kieISowie#
http://picasaweb.google.pl/tifataja/Maj ... kieISowie#
"podróżowanie - nawlekanie koralików geografii na nitkę życia" A. Stasiuk
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
www.picasaweb.google.pl/nataliataja2
www.picasaweb.google.pl/NataliaTaja
www.picasaweb.google.pl/tifataja
www.trekearth.com/members/nanax86
http://picasaweb.google.pl/tifataja/Maj ... 2482158962
ciekawe co mu sie stalo?? mnie sie tez kiedys autko zapalilo ale podczas jazdy.. ale na postoju???
http://picasaweb.google.pl/tifataja/Maj ... 3899860978
brrrrrrrrrrrrrr
ciekawe co mu sie stalo?? mnie sie tez kiedys autko zapalilo ale podczas jazdy.. ale na postoju???
http://picasaweb.google.pl/tifataja/Maj ... 3899860978
brrrrrrrrrrrrrr
"ujrzałam kiedys o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną.. cała reszta jest wynikiem , że ją wybrałam"
http://picasaweb.google.pl/topeerz (biedronka.buba, osiolek.widmo)
http://www.biedronka-buba.fotosik.pl
http://picasaweb.google.pl/topeerz (biedronka.buba, osiolek.widmo)
http://www.biedronka-buba.fotosik.pl
Niniejszym postem pozwolę sobie przywitać się z wielce szanowną społecznością forum. Wybrałem ten temat gdyż i ja tam byłem, miód i wino... eee... to znaczy... wróć to tępo. I ja tam byłem, po górach chodziłem i zdjęcia na picasie zarzuciłem:
http://picasaweb.google.com/pawel.micha ... kieISowie#
http://picasaweb.google.com/pawel.micha ... kieISowie#
Poza zdjęciami napiszę może kilka słów o naszej wyprawie.
Skład
Taja - stała bywalczyni forum
Łukasz - brat bliźniak Mimika
Mimik - brat bliźniak Łukasza
Paszczak - piszący te słowa, świeżynka forumowa (wyzywają mnie od tu niedzielnych turystów!)
Initium
Pierwotny plan zakładał zrobienie sobie bazy w Andrzejówce i wędrówkę po górach Suchych. Niestety, zabraliśmy się zbyt późno i miejsc już nie było. Zacząłem więc wydzwaniać po okolicznych miejscowościach w poszukiwaniu wolnego pokoju w domku lub gospodarstwie agroturystycznym. Wykonałem siedemnaście telefonów i... nic! Wszędzie wszystko zajęte. Warto może wspomnieć dwie zabawne sytuacje:
1) Dzwonię i pytam o wolne miejsce, na co pani wielce zdziwionym głosem: „To pan jest Polakiem?” No cóż... najwyraźniej jej sokolemu wzrokowi nie umknął prefiks +49.
2) Po trzecim sygnale odezwał się młody chłopak i z prędkością karabinku maszynowego wypalił: Agroturystyka-nie-ma-wolnych-miejsc-na-weekend-majowy-w-czym-mogę-pomóc? Równie szybko odpaliłem: W-niczym-dziękuję-bardzo-do-widzenia. I nim zdążył coś powiedzieć trzasnąłem słuchawką.
Humor zaraz się poprawił, jednakże nie zmieniało to faktu iż nasze położenie było niewesołe. I tak oto narodził się pomysł udania się do OWR Relax w Szczytnej. Lokalizacja nie najlepsza do górskich wycieczek, ale że z racji posiadania samochodu stała się akceptowalna. Po licznych telefonach nie było co wybrzydzać.
Podróż
Wyruszyć mieliśmy w czwartek koło 18.00 jednak spędziliśmy ponad godzinę w Tesco kupując zapasy na drogę. Kolejki jak za PRL. Focus zamruczał radośnie gdy wreszcie, parę minut przed 20, wyruszyliśmy w drogę. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad za przewspaniały stan drogi numer 5 do Wrocławia. Równocześnie wyrażam głębokie rozczarowanie, że droga numer 8, na dość znaczącym odcinku zachowała gładką powierzchnię. Nie było więc kolein na których mógłbym udowadniać przyczepność samochodu. Wstyd panowie, wstyd! Co ciekawe ilość wypadków zdawała się być niezależna od jakości drogi. Cóż, niedzielni kierowcy wyruszyli na drogi... Do celu dotarliśmy po północy, po rozpakowaniu i prysznicu pokładliśmy się spać otuleni owcowymi pościelami.
Dzień pierwszy
Załadowaliśmy się do samochodu, podjechaliśmy uroczymi serpentynami do parkingu i znaleźliśmy tam płytę winylową, niestety lekko potrzaskaną. Wrzuciliśmy znalezisko do bagażnika i wyruszyliśmy na Orlicę. Po drodze ulepiliśmy malutkiego bałwana. Miał miotłę z igliwia, oczka, nosek i... rogi. Zadowoleni ze swego dzieła ruszyliśmy dalej. Do kolejnej przerwy znęcił nas słupek graniczny. Po krótkiej sesji fotograficznej (ach ten górski Titanic!) chwaląc pod nosem Układ z Schengen weszliśmy do kraju Pepiczków i zdobyliśmy pierwszy szczyt. Idąc w kierunku Masarykowej Chaty mogliśmy podziwiać rozwijający się wyciąg narciarski w Zieleńcu. Nie pozostaliśmy tam długo gdyż wiało niesamowicie. Po dotarciu do celu oddaliśmy się błogiemu lenistwu tarzając się w trawie. Przeczekaliśmy aż jakaś rodzinka zwolni huśtawkę i z dziką radością oddaliśmy się prawie zapomnianym dziecinnym uciechom. Śmiechu było co niemiara. Niestety okazałem się nad wyraz zdolny i przyciąłem sobie palec wskazujący huśtawkową kierownicą. Zostałem jednak szybko i profesjonalnie opatrzony, a dla pewności (wszak prewencja lepsza niż leczenie!) przypisałem sobie sztuczne oddychanie metodą usta-usta. Pokrzepieni zabawą ruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do miejscowości Sedloňov i zaczęliśmy drogę powrotną. Okazało się, że w międzyczasie nasz bałwan się upłynnił. Została tylko miotła, nosek no i oczywiście rogi. Doszliśmy do parkingu i udaliśmy się do Dusznik gdzie zjedliśmy fantastyczny obiad. Po powrocie do ośrodka umyliśmy się i zmęczeni szybko poszliśmy spać.
Dzień drugi
Moi współtowarzysze zrobili sobie dzień dziecka i spali 11 godzin! Zgroza! Ja zadowoliłem się ciekawą książką. Gdy wreszcie się wypierzyli wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na przełęcz Walimską. Po drodze widzieliśmy trzykilometrowy taśmociąg, który transportuje węgiel prosto na stację PKP oraz kilka pięknych wiaduktów kolejowych. Gdy wysiedliśmy z samochodu ruszyliśmy na Wielką Sowę. Niestety na drodze było sporo ludzi. W większości stonki. Na szczycie rozgrywały się iście dantejskie sceny. Tłumy ludzi oblegały wieżę widokową, pani w butach na szpileczce, jakieś wycieczki... Odczekaliśmy swoje kolejce, ale wreszcie udało nam się wejść do góry. Po zrobieniu kilku zdjęć trzeba było jednak się ewakuować gdyż ścisk robił się niemiłosierny. Opuściliśmy szczyt i znalazłszy małą polankę wśród niskich iglaków urządziliśmy sobie popas. Po chwili usłyszeliśmy radosne try-try-try i zobaczyliśmy młodego pana, który chyżo przeskakując choinki udawał się w ustronne miejsce aby poprawić sobie stosunek masy mózgu do reszty ciała. Owe nucone try-try-try już do końca pobytu stało się dla nas sposobem wyrażania potrzeb toaletowych. Gdy wyleżeliśmy się do woli udaliśmy się na Kozie Siodło, a następnie do schroniska Sowa. Tam przypałętał się młody kociak, łasząc się do wszystkich z wyjątkiem Mimika, którego unikał jak tylko mógł. Ze schroniska wróciliśmy fioletowym szlakiem (niebanalny kolor) do przełęczy Walimskiej skąd pojechaliśmy do Dusznik na obiad (ach ten barszczyk!) i wróciliśmy do domu.
Dzień trzeci
Przetransportowaliśmy się na przełęcz Jugowską, odwiedziliśmy Zygmuntówkę i udaliśmy się na Kalenicę. Po drodze pohasaliśmy trochę na Słonecznych i Dzikich Skałach. Dotarliśmy na Kalenicę i weszliśmy na wieżę. Jacyś mądrzy inaczej ludzie weszli tam z psem. A właściwie wnieśli go, bo zbyt się bał, żeby iść po schodach. I po co się pytam? Widoków nie podziwiał, a trząsł się straszliwie. Coś co podoba się ludziom nie musi zwierzętom. I vice versa, ale widać podobne wnioski są dla niektórych za trudne. Żeby tego było mało usłyszeliśmy ryk motorów i na górę wjechało dwóch motocyklistów. Zaraz oblazła ich stonka i robiła sobie zdjęcia przy tych hałaśliwych motorach. Brrr! Z Kalenicy wróciliśmy na Zimną Polankę (chcieliśmy zrobić zdjęcie Taji, ale niestety stonka oblazła i to miejsce) i poszliśmy w kierunku Trzech Buków. Mieliśmy plan wrócić zielonym szlakiem na przełęcz Jugowską, ale nim się zorientowaliśmy, że minęliśmy już odbicie przeszliśmy już kawał drogi asfaltem. Cóż było robić, nie mieliśmy czasu, żeby się cofać, więc szliśmy do parkingu dalej tą samą trasą. Próbowaliśmy łapać stopa bo co to ca przyjemność iść drogą. Jakieś 1.5km od celu bliźniacy mieli szczęście, my z Tają przeszliśmy cały odcinek pieszo. Zdziwiło mnie gdy zobaczyłem, że Focus stoi w innym miejscu niż parkowałem go rano. Okazało się, że stał tuż obok samochodu, który się palił, więc Mimik go przestawił. Zdaje się, że jakiś lekkomyślny turysta zostawił niezgaszony niedopałek papierosa i zajęła się tapicerka. Gdy przyjechała straż pożarna w środku było już czarno. Wybili szybę i zabrali się za gaszenie, czego już nie widzieliśmy, bo nie dołączyliśmy do tłumu gapiów i udaliśmy się w drogę powrotną. Na obiad zatrzymaliśmy się w Dzierżoniowie. We Wrocławiu rozdzieliliśmy się, grupa Poznańska przesiadła się na TLK, a ja zgarniając kolegę pojechałem do Drezna.
Finitum
Fantastyczny wyjazd. Więcej słów nie trzeba.
Skład
Taja - stała bywalczyni forum
Łukasz - brat bliźniak Mimika
Mimik - brat bliźniak Łukasza
Paszczak - piszący te słowa, świeżynka forumowa (wyzywają mnie od tu niedzielnych turystów!)
Initium
Pierwotny plan zakładał zrobienie sobie bazy w Andrzejówce i wędrówkę po górach Suchych. Niestety, zabraliśmy się zbyt późno i miejsc już nie było. Zacząłem więc wydzwaniać po okolicznych miejscowościach w poszukiwaniu wolnego pokoju w domku lub gospodarstwie agroturystycznym. Wykonałem siedemnaście telefonów i... nic! Wszędzie wszystko zajęte. Warto może wspomnieć dwie zabawne sytuacje:
1) Dzwonię i pytam o wolne miejsce, na co pani wielce zdziwionym głosem: „To pan jest Polakiem?” No cóż... najwyraźniej jej sokolemu wzrokowi nie umknął prefiks +49.
2) Po trzecim sygnale odezwał się młody chłopak i z prędkością karabinku maszynowego wypalił: Agroturystyka-nie-ma-wolnych-miejsc-na-weekend-majowy-w-czym-mogę-pomóc? Równie szybko odpaliłem: W-niczym-dziękuję-bardzo-do-widzenia. I nim zdążył coś powiedzieć trzasnąłem słuchawką.
Humor zaraz się poprawił, jednakże nie zmieniało to faktu iż nasze położenie było niewesołe. I tak oto narodził się pomysł udania się do OWR Relax w Szczytnej. Lokalizacja nie najlepsza do górskich wycieczek, ale że z racji posiadania samochodu stała się akceptowalna. Po licznych telefonach nie było co wybrzydzać.
Podróż
Wyruszyć mieliśmy w czwartek koło 18.00 jednak spędziliśmy ponad godzinę w Tesco kupując zapasy na drogę. Kolejki jak za PRL. Focus zamruczał radośnie gdy wreszcie, parę minut przed 20, wyruszyliśmy w drogę. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad za przewspaniały stan drogi numer 5 do Wrocławia. Równocześnie wyrażam głębokie rozczarowanie, że droga numer 8, na dość znaczącym odcinku zachowała gładką powierzchnię. Nie było więc kolein na których mógłbym udowadniać przyczepność samochodu. Wstyd panowie, wstyd! Co ciekawe ilość wypadków zdawała się być niezależna od jakości drogi. Cóż, niedzielni kierowcy wyruszyli na drogi... Do celu dotarliśmy po północy, po rozpakowaniu i prysznicu pokładliśmy się spać otuleni owcowymi pościelami.
Dzień pierwszy
Załadowaliśmy się do samochodu, podjechaliśmy uroczymi serpentynami do parkingu i znaleźliśmy tam płytę winylową, niestety lekko potrzaskaną. Wrzuciliśmy znalezisko do bagażnika i wyruszyliśmy na Orlicę. Po drodze ulepiliśmy malutkiego bałwana. Miał miotłę z igliwia, oczka, nosek i... rogi. Zadowoleni ze swego dzieła ruszyliśmy dalej. Do kolejnej przerwy znęcił nas słupek graniczny. Po krótkiej sesji fotograficznej (ach ten górski Titanic!) chwaląc pod nosem Układ z Schengen weszliśmy do kraju Pepiczków i zdobyliśmy pierwszy szczyt. Idąc w kierunku Masarykowej Chaty mogliśmy podziwiać rozwijający się wyciąg narciarski w Zieleńcu. Nie pozostaliśmy tam długo gdyż wiało niesamowicie. Po dotarciu do celu oddaliśmy się błogiemu lenistwu tarzając się w trawie. Przeczekaliśmy aż jakaś rodzinka zwolni huśtawkę i z dziką radością oddaliśmy się prawie zapomnianym dziecinnym uciechom. Śmiechu było co niemiara. Niestety okazałem się nad wyraz zdolny i przyciąłem sobie palec wskazujący huśtawkową kierownicą. Zostałem jednak szybko i profesjonalnie opatrzony, a dla pewności (wszak prewencja lepsza niż leczenie!) przypisałem sobie sztuczne oddychanie metodą usta-usta. Pokrzepieni zabawą ruszyliśmy dalej. Dotarliśmy do miejscowości Sedloňov i zaczęliśmy drogę powrotną. Okazało się, że w międzyczasie nasz bałwan się upłynnił. Została tylko miotła, nosek no i oczywiście rogi. Doszliśmy do parkingu i udaliśmy się do Dusznik gdzie zjedliśmy fantastyczny obiad. Po powrocie do ośrodka umyliśmy się i zmęczeni szybko poszliśmy spać.
Dzień drugi
Moi współtowarzysze zrobili sobie dzień dziecka i spali 11 godzin! Zgroza! Ja zadowoliłem się ciekawą książką. Gdy wreszcie się wypierzyli wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy na przełęcz Walimską. Po drodze widzieliśmy trzykilometrowy taśmociąg, który transportuje węgiel prosto na stację PKP oraz kilka pięknych wiaduktów kolejowych. Gdy wysiedliśmy z samochodu ruszyliśmy na Wielką Sowę. Niestety na drodze było sporo ludzi. W większości stonki. Na szczycie rozgrywały się iście dantejskie sceny. Tłumy ludzi oblegały wieżę widokową, pani w butach na szpileczce, jakieś wycieczki... Odczekaliśmy swoje kolejce, ale wreszcie udało nam się wejść do góry. Po zrobieniu kilku zdjęć trzeba było jednak się ewakuować gdyż ścisk robił się niemiłosierny. Opuściliśmy szczyt i znalazłszy małą polankę wśród niskich iglaków urządziliśmy sobie popas. Po chwili usłyszeliśmy radosne try-try-try i zobaczyliśmy młodego pana, który chyżo przeskakując choinki udawał się w ustronne miejsce aby poprawić sobie stosunek masy mózgu do reszty ciała. Owe nucone try-try-try już do końca pobytu stało się dla nas sposobem wyrażania potrzeb toaletowych. Gdy wyleżeliśmy się do woli udaliśmy się na Kozie Siodło, a następnie do schroniska Sowa. Tam przypałętał się młody kociak, łasząc się do wszystkich z wyjątkiem Mimika, którego unikał jak tylko mógł. Ze schroniska wróciliśmy fioletowym szlakiem (niebanalny kolor) do przełęczy Walimskiej skąd pojechaliśmy do Dusznik na obiad (ach ten barszczyk!) i wróciliśmy do domu.
Dzień trzeci
Przetransportowaliśmy się na przełęcz Jugowską, odwiedziliśmy Zygmuntówkę i udaliśmy się na Kalenicę. Po drodze pohasaliśmy trochę na Słonecznych i Dzikich Skałach. Dotarliśmy na Kalenicę i weszliśmy na wieżę. Jacyś mądrzy inaczej ludzie weszli tam z psem. A właściwie wnieśli go, bo zbyt się bał, żeby iść po schodach. I po co się pytam? Widoków nie podziwiał, a trząsł się straszliwie. Coś co podoba się ludziom nie musi zwierzętom. I vice versa, ale widać podobne wnioski są dla niektórych za trudne. Żeby tego było mało usłyszeliśmy ryk motorów i na górę wjechało dwóch motocyklistów. Zaraz oblazła ich stonka i robiła sobie zdjęcia przy tych hałaśliwych motorach. Brrr! Z Kalenicy wróciliśmy na Zimną Polankę (chcieliśmy zrobić zdjęcie Taji, ale niestety stonka oblazła i to miejsce) i poszliśmy w kierunku Trzech Buków. Mieliśmy plan wrócić zielonym szlakiem na przełęcz Jugowską, ale nim się zorientowaliśmy, że minęliśmy już odbicie przeszliśmy już kawał drogi asfaltem. Cóż było robić, nie mieliśmy czasu, żeby się cofać, więc szliśmy do parkingu dalej tą samą trasą. Próbowaliśmy łapać stopa bo co to ca przyjemność iść drogą. Jakieś 1.5km od celu bliźniacy mieli szczęście, my z Tają przeszliśmy cały odcinek pieszo. Zdziwiło mnie gdy zobaczyłem, że Focus stoi w innym miejscu niż parkowałem go rano. Okazało się, że stał tuż obok samochodu, który się palił, więc Mimik go przestawił. Zdaje się, że jakiś lekkomyślny turysta zostawił niezgaszony niedopałek papierosa i zajęła się tapicerka. Gdy przyjechała straż pożarna w środku było już czarno. Wybili szybę i zabrali się za gaszenie, czego już nie widzieliśmy, bo nie dołączyliśmy do tłumu gapiów i udaliśmy się w drogę powrotną. Na obiad zatrzymaliśmy się w Dzierżoniowie. We Wrocławiu rozdzieliliśmy się, grupa Poznańska przesiadła się na TLK, a ja zgarniając kolegę pojechałem do Drezna.
Finitum
Fantastyczny wyjazd. Więcej słów nie trzeba.