Słońce, deszcz, grad, mgła, śnieg - czerwcowe Karkonosze
: 17-06-2009 15:10
Część pierwsza i nie ostatnia.
Pełen nadziei na piękną pogodę zapakowałem się w Skierniewicach na parę minut przed środowo-czwartkową północą w pociąg o jakże wymownej nazwie "Karkonosze". Celem były oczywiście były właśnie Karkonosze. Za Radomskiem zapadłem w drzemkę. W Lublińcu uświadomiłem sobie, że mamy opóźnienie, a we Wrocławiu mam tylko 18 minut na przesiadkę na osobowy, który zawiezie mnie na przesiadkę do Sędzisławia. Zgałszam więc za wczasu przesiadkę drużynie konduktorskiej. Zamiast snu nerwówka - uda się, nie uda... Jednak się udało
nawet z 5 min. zapasem. Teraz jadę złożonym ze zdeklasowanych "jedynek" osobowym do Szklarskiej. W przedziale pokrewne dusze kolejowo-górskie, więc ze snu nici... A pogoda piękna - po drodze jednak widać pierwsze oznaki
W Sędzisławiu zjawiam w miarę planowo. Dwadzieścia parę minut oczekiwania i zabiera mnie szynobus do Trutnova.
Tu szybka przesiadka na autobus Arrivy do Janskich Lazni, skąd już pieszo ruszam czerwonym szlakiem na Czerną Horę. Pogoda niestety się pogarsza - mżawka, mgła i coraz gorsza widoczność. Mijam kolejkę linową oraz zdewastowaną Sokolską Boudę.
W Kiosku u starej lanovki odbijam razitko, w nowoczesnej Czernej Boudzie dokonuje tego samego + zjadam gorącego psa. Kofola się skończyła
. Potem śmiało idę do Kolinskiej Boudy - mgła się nieco podniosła
Razitko i mknę dalej. Mijając inne boudy i hotele. Droga wbrew obiegowym opiniom tylko fragmentami pokryta asfaltem. W górach dużo dzieci. Docieram do Prażskiej Boudy, która jest zamknięta.
Koło Lesnej Boudy łapie mnie ulewa - zaszywam się więc na pivo, hranolky i smażeny syr oraz kofolę (mniam, mniam).
Po deszczu w totalnej mgle idę przez Liszczi Horę i docieram do zamkniętej na cztery spusty Chaty na Rozcesti.
.
W drodze do Vyrovki łapie mnie znów deszcz. Przez moment zastanawiam się nad noclegiem tam, ale cena 700 kc gasi mój zapał. Po deszczu idę do Polski, gdzie się właśnie wypogadza. Chwila namysłu i schodzę jednak do Strzechy a nie Domu Śląskiego. Okazało się to kardynalnym błędem. Po 9 h na szlaku odesłano mnie do Domu Śląskiego. W schronisku były grupy zorganizowane i świetlice miały być zajęte. Na szczęście Dom Śląski przyjmował na glebę. I tak osiągneliśmy paranoję, że schronisko PTTK, które powinno udzielić zmęczonemu turyście schronienia odmawia gleby, a prywatne schronisko, którego nikt do tego nie zmusza robi to bez łaski z własnej woli. Mocno klapnięty więc poczłapałem do "Domu Śląskiego" - tu w świetlicy nawet trafiła mi się kanapa
Tak więc duży plus dla ekipy tego schroniska!!! Zmęczony wreszcie poszedłem spać.
c.d.n.
Pełen nadziei na piękną pogodę zapakowałem się w Skierniewicach na parę minut przed środowo-czwartkową północą w pociąg o jakże wymownej nazwie "Karkonosze". Celem były oczywiście były właśnie Karkonosze. Za Radomskiem zapadłem w drzemkę. W Lublińcu uświadomiłem sobie, że mamy opóźnienie, a we Wrocławiu mam tylko 18 minut na przesiadkę na osobowy, który zawiezie mnie na przesiadkę do Sędzisławia. Zgałszam więc za wczasu przesiadkę drużynie konduktorskiej. Zamiast snu nerwówka - uda się, nie uda... Jednak się udało
W Sędzisławiu zjawiam w miarę planowo. Dwadzieścia parę minut oczekiwania i zabiera mnie szynobus do Trutnova.
Tu szybka przesiadka na autobus Arrivy do Janskich Lazni, skąd już pieszo ruszam czerwonym szlakiem na Czerną Horę. Pogoda niestety się pogarsza - mżawka, mgła i coraz gorsza widoczność. Mijam kolejkę linową oraz zdewastowaną Sokolską Boudę.
W Kiosku u starej lanovki odbijam razitko, w nowoczesnej Czernej Boudzie dokonuje tego samego + zjadam gorącego psa. Kofola się skończyła
Razitko i mknę dalej. Mijając inne boudy i hotele. Droga wbrew obiegowym opiniom tylko fragmentami pokryta asfaltem. W górach dużo dzieci. Docieram do Prażskiej Boudy, która jest zamknięta.
Koło Lesnej Boudy łapie mnie ulewa - zaszywam się więc na pivo, hranolky i smażeny syr oraz kofolę (mniam, mniam).
Po deszczu w totalnej mgle idę przez Liszczi Horę i docieram do zamkniętej na cztery spusty Chaty na Rozcesti.
W drodze do Vyrovki łapie mnie znów deszcz. Przez moment zastanawiam się nad noclegiem tam, ale cena 700 kc gasi mój zapał. Po deszczu idę do Polski, gdzie się właśnie wypogadza. Chwila namysłu i schodzę jednak do Strzechy a nie Domu Śląskiego. Okazało się to kardynalnym błędem. Po 9 h na szlaku odesłano mnie do Domu Śląskiego. W schronisku były grupy zorganizowane i świetlice miały być zajęte. Na szczęście Dom Śląski przyjmował na glebę. I tak osiągneliśmy paranoję, że schronisko PTTK, które powinno udzielić zmęczonemu turyście schronienia odmawia gleby, a prywatne schronisko, którego nikt do tego nie zmusza robi to bez łaski z własnej woli. Mocno klapnięty więc poczłapałem do "Domu Śląskiego" - tu w świetlicy nawet trafiła mi się kanapa
c.d.n.