Kowadło i Rudawiec onegdaj

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Kowadło i Rudawiec onegdaj

Postautor: seb_135 » 09-04-2010 08:50

Zima stopniała, ja wraz z nią. Zacząłem więc przypominać sobie i planować, pomyślałem, że przy okazji podzielę się pewnym starociem. Oto jak wygląda zdobywanie gór i prawdziwe myślistwo oczami siedemnastolatka :p celowo umieszczam w oryginale, żeby nie zaciemniać obrazu, choć niektóre sformułowania wywołują we mnie pewien zgrzyt. Żeby nie przedłużać, oto trochę młodszy ja:

Niedziela, 29 kwietnia 2007. Godzina siódma, wstajemy. Za oknem, bo jakżeby inaczej, chmury, deszcz, wiatr i zimnica. Maciek próbuje coś robić z hamulacami, ale najpierw nie działają, a później nie działają jeszcze bardziej i postanawia to pierdolić, i jechać tylko z tylnym. Zjadamy poduszkowce z mlekiem. Bankomat BZ na Ozimskiej nie działa, ale później, w Niemodlinie, znajdujemy kolejny. Pierwsze 30 km przejeżdżamy po do orzygania znanych drogach, z prędkością nieco za dużą w perspektywie dalekiego wyjazdu. Na drodze z Prądów do Niemodlina mijamy bezładnie jadącą rodzinę rowerzystów. Wieje zajebisty wiatr.

Za Niemodlinem zjeżdżamy na drogi przez wichury, bo są fajniejsze niż główne. Gubimy się po jakichś pięciu km, ale szybko odnajdujemy właściwą drogę. Jedziemy sobie, jedziemy. Docieramy do Skoroszyc, pierwszy postój, jemy bułki z pasztetową. Po dojechaniu do Czarnolasu trafiamy na drogi gruntowe. Mijamy Rzymiany, Kłodobok (gdzie niby miał być festyn), Kamiennik i dojeżdżamy do Niedźwiedzia, od którego na przestrzeni 30 km ciągną się "ubytki w nawierzchni". Wskutek tychże Maćkowi dzieje się coś dziwnego z tylną piastą i koło zaczyna kręcić się "w ósemkę". W Doboszowicach zatrzymujemy się i prosimy o pomoc miejscowych. Na szczęście znajduje się człowiek posiadający wymagane klucze i możemy jechać dalej. Mijamy Błotnicę i dojeżdżamy do Złotego Stoku. Robimy zakupy i pytamy przechodnia jak dojechać do Lądka-Zdroju. "Prosto..., cały czas pod górę", mówi. To jest właśnie to, co chciałem usłyszeć. Najbardziej stromy i najdłuższy podjazd, jaki w życiu widziałem/pokonywałem. Zjazd wynagradza nieco zmęczenie i mozół pokonywania góry. 46 km/h bez pedałowania. Tylko kierownica trzęsie się na wybojach i ręce bolą jak cholera. W Lądku jemy hamburgery itp. Szukamy drogi do Bielic, skąd jest podejście na Kowadło i Rudawiec. Zaczyna być zimno, więc ubieramy co mamy. Mijamy Stronie Śląskie, trafiamy do Starego Gierałtowa, gdzie zatrzymujemy się na nocleg (dobre sobie).

Licznik wskazuje 150 km. Maciek rozbija namiot, ja mam rozpalać ognisko, ale nie udaje się, musi to zrobić on. Smażymy kiełbasy. Widać jakieś światła samochodu. "To pewnie nie do nas". Przyjeżdżają strażnicy leśni, ale przekonujemy ich, że wiemy co robimy (!) i sobie idą. Tyle jeśli chodzi o problemy ze strony okolicznej ludności. Natura nie jest tak łaskawa, bo zaczyna się robić zimno. Ale tylko trochę. Około 23:30 zasypiamy. O 0:45 budzę się i myślę: "Ja pierdolę! Pizga jak chuj, a ja mam tu spać jeszcze sześć godzin?!" O 3. budzi nas lodowaty chłód. Boję się, że zamarznę. Cała noc to pasmo cierpień w delirium, coś jak gorączka. Wilgotność duża i wszystko zamarza. Szukanie innych pozycji jest daremne, bo każda następna jest gorsza od poprzedniej i jest coraz zimniej. Tknięty instynktem samozachowawczym proponuję, żebyśmy wstali i już jechali, bo umrzemy. Wstajemy, składamy obóz, boimy się odmrożeń. Opatulamy jeszcze szczelniej i jedziemy do Bielic. Orientujemy się, że woda, która leżała z nami w namiocie zamarzła (!), więc temperatura musiała być ujemna (!!). Od lodowatego wiatru zamarza twarz. Czuję się, jakbym jechał ogromnym tunelem, którego ściany wykonane są z mgły, z której wyłaniają się drzewa i coraz wyższy bieg potoku. Wszystko jest oszronione, oblodzone i nadzwyczajne. Dopada uczucie oderwania od rzeczywistości, ulecenia gdzieś daleko.

Docieramy do Bielic. Jest 5:30. Zaczynamy od Kowadła, bo jest na nie oznaczenie szlaku. Idziemy przez oszronione połoniny, później przecinamy drogę, wchodzimy w dolnoreglowy las, w którym jednak nie uświadczy się drzew liściastych. Stamtąd na szczyt już tylko nieco ponad dziesięć minut. Kilkakrotnie gubimy ścieżkę, na szczyt docieramy o 6:29. Wschodzi słońce. Maciek mówi: "chyba jesteśmy tu dzisiaj pierwsi...". Rozgląda się wokół. "Albo i nie", dopowiada, bo zauważa rozbite nie opodal cztery namioty. Schodzimy. Pogoda piękna, bezchmurne niebo, a zapowiadali opady i duże zachmurzenie.

Z Rudawcem jest gorzej. Tracimy godzinę na znalezienie szlaku na szczyt, który najwyraźniej zmienił się z niebieskiego na zielony w ostatnim czasie. Nie zna go dziad z koniem, sprzedawcy pączków ani leśniczy. Pomocni okazują się skacowani turyści śpiący na polanie w namiotach. Pod szczytem widać nieco śniegu i budki snajperskie, z których strzela sie do wszystkich przekraczających nielegalnie granicę. Obok nich ciągnie się malowniczy las. Z wierzchołka widać odległy Śnieżnik i kilka mniejszych gór. Na dole znajdujemy się ok 13. W drogę powrotną ruszamy o 14., dojeżdżamy do Stronia Śląskiego, w Biedronce kupujemy pięć czekoladowych zajęcy (są większe i tańsze niż czekolada) i dwupak coli. Beznajdziejny zakup - jednej z nich musimy się pozbyć już w czasie podjazdu w stronę Złotego Stoku. Wtedy to też zaczynam przepraszać Maćka, że jestem takim słabym rowerzystą i musi przeze mnie tak wolno jechać, czego nie przestaję robić już do końca. Początkowo mówi, że jestem zajebisty, ale później przyznaje mi rację, że jestem ciotą, więc coś musi w tym być. Nigdy więcej nie jadę w góry, bo mnie to zdołowało ='((( . Zjazd jest niesamowity, jedno z tych przeżyć, które się pamięta. Tylko tyle, że jak na mój gust, to drogi, na których trzeba się kurczowo trzymać kierownicy, żeby się nie wypierdolić, powinny być ździebko mniej dziurawe, bo później trochę mogą boleć ręce. Dojeżdżamy do Paczkowa, gdzie na samym początku natykamy się na najebanych ludzi, którzy: a) krzyczą, b) straszy innych ludzi, c) przewracają się, d) plują sobie w twarz. Maćka komentarz: "nie skomentuję tego". Zjadamy pizzę, dajemy jakiemuś dziecku ostatniego czekoladowego zająca. Robimy zakupy w Biedronce, pod którą dochodzi do kryzysu i zaczynamy ze wszystkiego grzać.

Przykład:


Nie wiemy co zrobić z tą drugą colą...
Maciek: Ja ją wypiję do końca, a później ty będziesz pił.
ja: Ok... (trzyminutowa salwa śmiechu).
Maciek (dusząc szloch): Ja piję do połowy, a później ty będziesz pił.
ja: Umowa była inna.
(kolejne salwy śmiechu).


Wyjeżdżamy z Paczkowa w stronę Nysy przez Otmuchów. Chyba naszybciej pokonany odcinek. Po drodze idziemy popatrzeć na jezioro. W Nysie szukamy McDonald's, bo przeca gdzieś musi być. Ni chuja. Dajemy sobie spokój. Nie jedziemy główną drogą, bo "jest chujowa". Skręcamy na Tułowice i przejeżdżamy obok Szkoły Leśnej, a później polną drogą do Prądów, skąd już tylko kilometrowy podjazd do Wawelna. Te czterdzieści km to straszna katorga. Wiatr, zimno, górki i ciemność. Ciśniemy ile możemy pokonując je w niezłym tempie i do domu dojeżdżamy o 23:50. Licznik wskazuje 280 km. Istnieje koncepcja, żeby "zrobić" te 20 km jeżdżąc w kółko, ale upada z powodu bolącej dupy i ogólnej niechęci do dalszego obcowania z rowerem. Idziemy spać.

Plusy: widoki, śmieszne sytuacje i wypowiedzi, czekoladowe zające, rozwijane ogromne prędkości;

Minusy: ból dupy, nadgarstków, noc w namiocie w temp -3 stopni C; ja bym dodał jeszcze rozjebane rowery, zjaraną twarz i usta tak wyschnięte, że mówienie przychodzi z trudem.

zdjęcia

http://picasaweb.google.com/s1e3b5/KowadOIRudawiec#
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Wróć do „Relacje z wypraw”