Plan zakładał wędrówkę ze Złotego Stoku w stronę Gór Bialskich, Rychlebskich, a następnie Zlotohorską Verchowinę. Wszystko w błyskawicznym tempie uległo zmianie, lecz od początku...
30.04.2010
Jak zazwyczaj ruszam do pracy z pełnym ekwipunkiem stając się pociągową atrakcją turystyczną
Po pracy biegiem na autobus pospieszny do Złotego Stoku. Podjeżdża z półgodzinnym opóźnieniem, w środku jakaś wycieczka rozszalałych gimnazjalistów, zajmująca z ¾ miejsc. Kierowca wychodzi i znudzonym głosem oznajmia: „ja wezmę tylko 10 osób”. Na przystanku zapanowała zgroza, zmieszana z chichotem bezsilności wraz z domieszką siarczystych bluzg. Niepotrzebnie. Wpuścił wszystkich, nigdy nie widziałem tak zadowolonych śledzików
Do Złotego Stoku docieramy około 18:45.
Zatrzymuję się w przydworcowej knajpie celem przepłukania gardła po uciążliwej przejażdżce. Wyjmuję waniliowy tytoń i skręcam. Przechodząc do konsumpcji słyszę nawoływanie z lewej strony. Jak się okazuje, siedzi tam dwóch ukraińskich tirowców, którzy mają 3 dni przestoju a dym doszedł do ich nozdrzy powodując chęć zasmakowania specyfiku. Proszą abym się przysiadł, co z przyjemnością czynię. Zaiste, to był piękny wieczór, częstują flaszeczką, właściwie dwiema, zamawiają mi obiad, odwdzięczam się piwkiem a na do widzenia wymieniamy się numerami telefonów i ruszając na szlak zaopatrują mnie w ukraińskie fajeczki i słonecznik
Za cel obieram wiatę na Prz. Pod Trzeboniem bądź wieżę widokową na Jaworniku Wlk. Wędrując czerwonym szlakiem natykam się przy Złotym Jarze na imprezę i ognisko jakiegoś koła turystycznego. Robię chwilę przerwy, dołączam się do rozmów, piję piwko, podbijam pieczątkę i wyposażony w kiełbaski zacnych ludzi, żegnany wiwatami ruszam dalej. Wiatę Pod Trzeboniem mijam docierając po 23 na wieżę widokową. Otulony śpiworem, ukontentowany górską ciszą i minionym dniem zasypiam...
01.05.2010
Ok. 06.00, coś mi kapie na głowę, leniwie otwieram oczy i z przerażeniem odkrywam, że leje, leje jak z cebra a dach wiaty coraz bardziej przecieka. Szpetnie zakląłem.
Zaparzam herbatę i staram się logicznie myśleć co dalej. Dzwoni telefon, co jest? Ki diabeł dzwoni o tej godzinie? Głos Baniaka, który wiedział, że przebywam w jego okolicach: „eco, leje jak z cebra, zgarniam Cię! Jak się ogarniesz spotkamy się na Przełęczy Jaworowa i jakoś zaplanuję dzień”. Dopijam herbatę i myślę, a właściwie modlę się: „Boże błogosław fora górskie, błogosław Baniaka!”
Schodząc do Przełęczy napotykam mojego dzisiejszego Anioła Stróża a zarazem przewodnika który na powitanie rzecze coś w stylu: „eco, jesteś na moim terenie, więc i pod moim płaszczem ochronnym. Wykorzystamy ten dzień jak najlepiej”. Wykorzystaliśmy
Zmierzając w stronę Žulovej w G. Rychlebskich zawadzamy o piękny neogotycki Kościół Niepokalanego Poczęcia NMP w Złotym Stoku. Następnie docieramy do Černej Vody
skąd Baniak prowadzi mnie do, poruszanej kilkakrotnie na forum, a leżącej poza szlakiem, leśnej, opuszczonej chaty, wybitnie nadającej się na miejsce noclegowe.
Chwila krzątaniny, kilka fotek i ruszamy ku ruinom zamku Kaltenštejn . Na zamkowym szczycie cisza, spokój, chwila zadumy nad przeszłością i hen w dalszą drogę
Zatrzymujemy się w Žulovej, skąd podziwiamy ruiny dawnego zamku, przebudowanego na kościół i zmierzamy ku górującej nad miastem Boží Hořze.
Na spokojnej, otulonej kwiatami czereśni trasie dyskutujemy nad Brygadą Piechoty Górskiej, w której swego czasu służył Baniak. Szczyt, podobnie jak kilka wcześniej mijanych miejsc, wyposażony jest w stabilną i nieprzemakalną wiatę, mogącą służyć pomocą niejednemu strudzonemu turyście...
Popołudniem zasiadamy w jednej z restauracji Javornika, posilając się smaczną strawą i napitkiem.
Z pełnymi brzuchami docieramy do Stronia Śląskiego, gdzie Baniak zaprasza na kawę i ciasto
Ok. 17:30, w wspaniałych usposobieniach, ruszamy z Kletna w stronę Chatki pod Śnieżnikiem. Ku mej nieopisanej radości, współtowarzysz wędrówki prowadzi mnie starym, pozarastanym i zapomnianym niemieckim szlakiem. Znów człek poznał cosik nowego
Dochodzimy do Chatki, przy której spokojnie żarzy się się ognisko, a głosy docierające z wnętrza oznajmiają, że niebawem zacznie pękękać w szwach. W środku wita nas Chemica ze swoją ekipą (jeśli to czytacie to cześć i czołem kolektywie, Marto, Moniko, Jarku i Marcinie
Wieczór i noc, do godzin porannych, spędzamy przy ognisku, rozmowach i sączeniu różnorakich wyrobów...
02.05.2010
Po króciutkim śnie wstaję około 07. Baniak wymknął się na urodziny córeczki z jakieś 15 min przed moim przebudzeniem. Dosiadam się do osób koczujących w kuchni, gorąca herbatka, tosty, piwko na rozgrzanie i oczekiwanie na pobudkę ekipy Chemicy, z którą decyduję się na dalszą wędrówkę...
Przed 09 zmierzamy ku szczytom Śnieżnika. Na pewnym etapie nieznacznie gubimy ścieżkę, po czym raptownie na nią wracamy i w delikatnej szacie mgły dochodzimy na Śnieżnik. Stamtąd ku schronisku, gdzie konsumujemy drugie śniadanie, z RYBĄ TIME włącznie
W Międzygórzy multum ludzi, jak się w takich warunkach załapać na strawę i napitek? Otóż można. Jedzonko wyśmienite a piwko, łagodnie łechczące podniebienie, jeszcze znamienitsze.
Z pełnymi brzuchami, zahaczamy o spożywczak, kupujmy ziemniaczki do ognicha i zmierzamy ku Wodospadzie Wilczki.
Tam rozkoszujemy się uroczymi widokami, po czy kierujemy się ku Łąką Myśliwskim i Czarnej Górze, kompleksowi łąk, mającym nam posłużyć za dogodne miejsce spędzenia ostatniej nocy. Przy blasku płomieni smażymy tosty, kiełbaski, ziemniaki (o których zapomnimy) i rozkoszujemy się dyskusją nt minionych i planowanych wędrówek...
03.05.2010
Dzień pożegnań.
Po pobudce, śniadaniu, kawie i herbacie ruszamy niebieskim ku Siennie, gdzie Marcin, Chemica i Darek zaparkowali samochód. Dziewczyny opuszczają nas wcześniej odbijając na Czarną Górę. Do Sienny docieramy, w strugach lekkiego deszczyku, około 11. Samochód stoi przy kuszącej karczmie Puchaczówka. Decyzję przekąszenia czegoś i przepłukania gardła podjęliśmy już wcześniej, nikt jednak nie przewidział zachowania szefa przybytku, który nas zmierzył wzrokiem i z nieziemską powagą rzekł: „wycieczkowiczów i turystów mamy tutaj sporo, ale prawdziwi wędrowcy pojawiają się rzadko” - odwrócił się do kelnera i zawołał - „piwo na mój rachunek lub ekwiwalent!!”
Tym miłym akcentem kończymy nad wyraz udany weekend i podążamy do Kłodzka, gdzie następuje traumatyczny czas pożegnań...
Chcę przede wszystkim podziękować Baniakowi, za przewodnictwo, towarzystwo, bezinteresowną pomoc i gościnę (tutaj głęboki ukłon również w stronę Marzenki)!! Dziękuję Chemicy, Marcinowi, Monice, Marcie i Jarkowi za wspólną wędrówkę i podrzucenie do Kłodzka. Była to owocna , satysfakcjonująca i spontaniczna wędrówka z wspaniałymi ludźmi.
Do zobaczenia gdzieś i kiedyś.
http://picasaweb.google.pl/ecowarrior83 ... Snieznika#