Przejazd 300 do Szklarskiej Poręby Dolnej wehikułami Przewozów Regionalnych trwał ponad 7 godzin (nie narzekam - jechało się dość wygodnie i punktualnie). Ze stacji ruszam czarnym szlakiem na Zbójeckie Skały, a dalej na Zakręt Śmierci. Bardzo przyjemnie idzie mi się niezbyt stromym podejściem, okazuje się, że zbyt przyjemnie (o tym za chwilę). W Zbójeckich Skałach znajduję fajną kolibę do awaryjnego noclegu. Na Zakręcie włażę na punkt widokowy i stwierdzam, że w podstawówce widok był ciekawszy. Rosnące tam drzewa wypomniały mi upływ czasu. W dalszej części trasy - w drodze na Wysoki Kamień dopada mnie kryzys. Mimo, że podejście nadal jest niezbyt wymagające, zmuszony jestem stosować metodę DFO (Długich Forsownych Odpoczynków). Dodatkowo odkrywam brak nakrycia głowy, a obniżające się słońce świeci prosto w kalafę, a później też w oczy.
Na szczęście wdrapanie się na Wysoki Kamień okazuje się punktem zwrotnym - widoki - wiadomo przyprawiają o zawrót głowy. Nie tylko mnia, ale też jedynym napotkanym tego dnia dwóm turystom, którzy nie są w stanie rozpoznać Śnieżki, chociaż ponoć byli na niej dwa dni wcześniej. Potem to już lajcik - szlak czerwony, potem niebieski w stronę Hali Izerskiej. Jednak po drodzę odnajduję zaplanowane wcześniej miejsce noclegowe. Na miejscu dokonuję rytualnej ablucji w strumieniu, nastawiam wodę na wrzątek, a tu kolejna niemiła niespodzianka - brak zupek chińskich. Wiem już skąd ten kryzys wcześniejszy - organizm po prostu antycypował brak ciepłego "posiłku".
Sobota 8 maja 2010.
Nie nastawiam budzika, co skutkuje dwunastogodzinnym wylegiwaniem się w łożu. O 9.30 jestem jednak na trasie. Wymarsz stokówką, w kierunku niebieskiego szlaku. Po ok. 20 minutach sztuczny zbiornik wodny. Dookoła zielona trawka. Aż żałuję, że nie znalazłem się w tym miejscu po całodniowym przemarszu. Byłoby idealne na popołudniowe zmarudzenie. Dochodzę do Polany Izerskiej i kieruję się w stronę Stogu Izerskiego. W jego okolicach następuje masowe wyrojenie stonki turystycznej zwłaszcza w gatunku germanus emeritus. Piekny widok został trwale zeszpecony przez gondolkę. Szkoda. Kieruję się w stronę Smrku. Ten kierunek opanowany został przez stonkę na dwóch kółkach, w sumie nawet sympatyczną. Na Smrku sporo ludzi. Towarzystwo trójjęzyczne. Widoki z wieży całkiem przyjemne, choć świat jest nieco przesłonięty przez mgiełkę. Wracam ze Smrku na Łącznik. Pod drodze dokonuję lustracji dawnej budki granicznej - zasyfienie postępuje. :/ Z Łącznika żółtym szlakiem na Halę Izerską. Zejście okazuje się raczej spływem. Wydaje się, że trawa i mech porastający ścieżkę stał się gąbką o niewyczerpywalnej zawartości wody. Nie przeszkadza to parze rowerzystów, którzy uparcie pchają swe pojazdy pod górę (!). Niżej teren staje się nieco przyjaźniejszy, a później jeszcze szlak zmienia się w długą, krętą i pustą stokówkę - nie ukrywajmy - trochę nudną. W Chatce Górzystów sporo ludzi. Zauważam ciekawą prawidłowość - Polacy piją wyłącznie czeskie piwo, natomiast wszyscy obecni tam Czesi raczą się Tyskim.
Niedziela 9 maja 2010
Dzień powrotu. Celem jest przystanek kolejowy w Kwieciszowicach, który okaże się jednym z najbardziej klimatycznych miejsc wypadu.
Miłośników cywilizacji obrazkowej proszę o wybaczenie - zdjęć nie ma i nie będzie. Ilustracje do tekstu można sobie wyguglać, a najlepiej wybrać się samemu.
Wszystkim, którzy doczytali do końca składam wyrazy uznania.