Majowe Izerskie
: 10-05-2010 22:13
Piątek 7 maja 2010.
Przejazd 300 do Szklarskiej Poręby Dolnej wehikułami Przewozów Regionalnych trwał ponad 7 godzin (nie narzekam - jechało się dość wygodnie i punktualnie). Ze stacji ruszam czarnym szlakiem na Zbójeckie Skały, a dalej na Zakręt Śmierci. Bardzo przyjemnie idzie mi się niezbyt stromym podejściem, okazuje się, że zbyt przyjemnie (o tym za chwilę). W Zbójeckich Skałach znajduję fajną kolibę do awaryjnego noclegu. Na Zakręcie włażę na punkt widokowy i stwierdzam, że w podstawówce widok był ciekawszy. Rosnące tam drzewa wypomniały mi upływ czasu. W dalszej części trasy - w drodze na Wysoki Kamień dopada mnie kryzys. Mimo, że podejście nadal jest niezbyt wymagające, zmuszony jestem stosować metodę DFO (Długich Forsownych Odpoczynków). Dodatkowo odkrywam brak nakrycia głowy, a obniżające się słońce świeci prosto w kalafę, a później też w oczy.
Na szczęście wdrapanie się na Wysoki Kamień okazuje się punktem zwrotnym - widoki - wiadomo przyprawiają o zawrót głowy. Nie tylko mnia, ale też jedynym napotkanym tego dnia dwóm turystom, którzy nie są w stanie rozpoznać Śnieżki, chociaż ponoć byli na niej dwa dni wcześniej. Potem to już lajcik - szlak czerwony, potem niebieski w stronę Hali Izerskiej. Jednak po drodzę odnajduję zaplanowane wcześniej miejsce noclegowe. Na miejscu dokonuję rytualnej ablucji w strumieniu, nastawiam wodę na wrzątek, a tu kolejna niemiła niespodzianka - brak zupek chińskich. Wiem już skąd ten kryzys wcześniejszy - organizm po prostu antycypował brak ciepłego "posiłku".
Sobota 8 maja 2010.
Nie nastawiam budzika, co skutkuje dwunastogodzinnym wylegiwaniem się w łożu. O 9.30 jestem jednak na trasie. Wymarsz stokówką, w kierunku niebieskiego szlaku. Po ok. 20 minutach sztuczny zbiornik wodny. Dookoła zielona trawka. Aż żałuję, że nie znalazłem się w tym miejscu po całodniowym przemarszu. Byłoby idealne na popołudniowe zmarudzenie. Dochodzę do Polany Izerskiej i kieruję się w stronę Stogu Izerskiego. W jego okolicach następuje masowe wyrojenie stonki turystycznej zwłaszcza w gatunku germanus emeritus. Piekny widok został trwale zeszpecony przez gondolkę. Szkoda. Kieruję się w stronę Smrku. Ten kierunek opanowany został przez stonkę na dwóch kółkach, w sumie nawet sympatyczną. Na Smrku sporo ludzi. Towarzystwo trójjęzyczne. Widoki z wieży całkiem przyjemne, choć świat jest nieco przesłonięty przez mgiełkę. Wracam ze Smrku na Łącznik. Pod drodze dokonuję lustracji dawnej budki granicznej - zasyfienie postępuje. :/ Z Łącznika żółtym szlakiem na Halę Izerską. Zejście okazuje się raczej spływem. Wydaje się, że trawa i mech porastający ścieżkę stał się gąbką o niewyczerpywalnej zawartości wody. Nie przeszkadza to parze rowerzystów, którzy uparcie pchają swe pojazdy pod górę (!). Niżej teren staje się nieco przyjaźniejszy, a później jeszcze szlak zmienia się w długą, krętą i pustą stokówkę - nie ukrywajmy - trochę nudną. W Chatce Górzystów sporo ludzi. Zauważam ciekawą prawidłowość - Polacy piją wyłącznie czeskie piwo, natomiast wszyscy obecni tam Czesi raczą się Tyskim.
Po godzinie gwar staje się męczący. Czas wrócić do lasu. Żółtym szlakiem zamykam pętelkę i wracam tam, gdzie spałem poprzedniej nocy. W tym miejscu pozdrawiam cztery młode łanie szukające drogi do "Orla", które zdziwione były zapewne moim miejscem noclegowym.
Niedziela 9 maja 2010
Dzień powrotu. Celem jest przystanek kolejowy w Kwieciszowicach, który okaże się jednym z najbardziej klimatycznych miejsc wypadu.
Ale po kolei (nomen omen). Żółtym szlakiem gramolę się najpierw na Rozdroże pod Kopą, a później spełzam powoli na Rozdroże Izerskie. Z używanych sformułowań wynika,. że nie idzie mi to najlepiej i tak już zostaje do końca tego dnia. Przemoczone dzień wcześniej buty zaoowocowały imponującymi odciskami. Na szczęście nie muszę się nigdzie spieszyć. Łagodnymi stokówkami przemierzam Grzbiet Kamienicki i cieszę się oznakami wiosny, których przybywa wraz z ubywaniem wysokości. Las wypluwa mnie w miejscowości Antoniów, która, gdyby nie dwóch miejscowych winkujących przed sklepem, obszczekujące mnie psy i wałęsajace się wszędzie kury, wyglądałaby na wymarłą. Na mapie zaobserwowałem w tej miejscowości asfalt, co zrodziło nadzieję na złapanie stopa. Niestety - mimo, że asfalt w realu się potwierdził, to w niedzielę okazał się prawie nieużywany. Jedyny mijający mnie pojazd to jakiś miejscowy na czymś w rodzaju motocykla. Dyskomfort asfaltowania zmniejszały widoki na okolicę - pełne soczystej zieleni łąk, żółci rzepaku i kolorowego ornamentu kwiatów. No zacne to było. Horyzont zamykały góry Kaczawskie i (chyba) Rudawy. Przystanek w Kwieciszowicach okazał się czymś w rodzaju peronu z kupą gruzu i jedną latarnią (nie dam głowy, że działającą) na której ktoś upoważniony powiesił planszę z rozkładem jazdy. Półtorej godziny do pociągu jakoś zeszło, tym bardziej, że obudził się we mnie mały piroman i urządziłem na peronie małe ognisko. Punktualnie o 14.38 zatrzymał się szynobus do Zielonej Góry. I to byłby koniec wędrówki pieszej, reszta nadaje się raczej na forum kolejowe.
Miłośników cywilizacji obrazkowej proszę o wybaczenie - zdjęć nie ma i nie będzie. Ilustracje do tekstu można sobie wyguglać, a najlepiej wybrać się samemu.
Wszystkim, którzy doczytali do końca składam wyrazy uznania.
Przejazd 300 do Szklarskiej Poręby Dolnej wehikułami Przewozów Regionalnych trwał ponad 7 godzin (nie narzekam - jechało się dość wygodnie i punktualnie). Ze stacji ruszam czarnym szlakiem na Zbójeckie Skały, a dalej na Zakręt Śmierci. Bardzo przyjemnie idzie mi się niezbyt stromym podejściem, okazuje się, że zbyt przyjemnie (o tym za chwilę). W Zbójeckich Skałach znajduję fajną kolibę do awaryjnego noclegu. Na Zakręcie włażę na punkt widokowy i stwierdzam, że w podstawówce widok był ciekawszy. Rosnące tam drzewa wypomniały mi upływ czasu. W dalszej części trasy - w drodze na Wysoki Kamień dopada mnie kryzys. Mimo, że podejście nadal jest niezbyt wymagające, zmuszony jestem stosować metodę DFO (Długich Forsownych Odpoczynków). Dodatkowo odkrywam brak nakrycia głowy, a obniżające się słońce świeci prosto w kalafę, a później też w oczy.
Na szczęście wdrapanie się na Wysoki Kamień okazuje się punktem zwrotnym - widoki - wiadomo przyprawiają o zawrót głowy. Nie tylko mnia, ale też jedynym napotkanym tego dnia dwóm turystom, którzy nie są w stanie rozpoznać Śnieżki, chociaż ponoć byli na niej dwa dni wcześniej. Potem to już lajcik - szlak czerwony, potem niebieski w stronę Hali Izerskiej. Jednak po drodzę odnajduję zaplanowane wcześniej miejsce noclegowe. Na miejscu dokonuję rytualnej ablucji w strumieniu, nastawiam wodę na wrzątek, a tu kolejna niemiła niespodzianka - brak zupek chińskich. Wiem już skąd ten kryzys wcześniejszy - organizm po prostu antycypował brak ciepłego "posiłku".
Sobota 8 maja 2010.
Nie nastawiam budzika, co skutkuje dwunastogodzinnym wylegiwaniem się w łożu. O 9.30 jestem jednak na trasie. Wymarsz stokówką, w kierunku niebieskiego szlaku. Po ok. 20 minutach sztuczny zbiornik wodny. Dookoła zielona trawka. Aż żałuję, że nie znalazłem się w tym miejscu po całodniowym przemarszu. Byłoby idealne na popołudniowe zmarudzenie. Dochodzę do Polany Izerskiej i kieruję się w stronę Stogu Izerskiego. W jego okolicach następuje masowe wyrojenie stonki turystycznej zwłaszcza w gatunku germanus emeritus. Piekny widok został trwale zeszpecony przez gondolkę. Szkoda. Kieruję się w stronę Smrku. Ten kierunek opanowany został przez stonkę na dwóch kółkach, w sumie nawet sympatyczną. Na Smrku sporo ludzi. Towarzystwo trójjęzyczne. Widoki z wieży całkiem przyjemne, choć świat jest nieco przesłonięty przez mgiełkę. Wracam ze Smrku na Łącznik. Pod drodze dokonuję lustracji dawnej budki granicznej - zasyfienie postępuje. :/ Z Łącznika żółtym szlakiem na Halę Izerską. Zejście okazuje się raczej spływem. Wydaje się, że trawa i mech porastający ścieżkę stał się gąbką o niewyczerpywalnej zawartości wody. Nie przeszkadza to parze rowerzystów, którzy uparcie pchają swe pojazdy pod górę (!). Niżej teren staje się nieco przyjaźniejszy, a później jeszcze szlak zmienia się w długą, krętą i pustą stokówkę - nie ukrywajmy - trochę nudną. W Chatce Górzystów sporo ludzi. Zauważam ciekawą prawidłowość - Polacy piją wyłącznie czeskie piwo, natomiast wszyscy obecni tam Czesi raczą się Tyskim.
Niedziela 9 maja 2010
Dzień powrotu. Celem jest przystanek kolejowy w Kwieciszowicach, który okaże się jednym z najbardziej klimatycznych miejsc wypadu.
Miłośników cywilizacji obrazkowej proszę o wybaczenie - zdjęć nie ma i nie będzie. Ilustracje do tekstu można sobie wyguglać, a najlepiej wybrać się samemu.
Wszystkim, którzy doczytali do końca składam wyrazy uznania.