Góry Izerskie na weekend bożociałowy
: 06-06-2010 15:19
czwartek 3 czerwca 2010
W związku z podjętą eony wcześniej decyzją o wyjeździe na bożocielny weekend do Świeradowa w gronie moim, Marty, kuzyna Marcina oraz jego żony, Kamili - wyruszamy. My - z rowerami do Bolesławca, dziewczyny pekaesem już na miejsce.
Ledwie wyleczywszy pozlotowe przeziębienie, stawiam się na dworcu przed 9. wraz z rumakami, chwilę później dociera Marcin, zostawiamy rowery w ostatnim przedsionku i wsiadamy do przedziału aby czytać (ja na ten przykład - notatki z rozwojowej) i jeść. Marcin długo kłóci się z konduktorem o coś tam.
We Wrocławiu idziemy zobaczyć dworzec tymczasowy a następnie ładujemy się do pociągu do Bolesławca. Podróż przesypiamy, kołysani rytmem kół i otumanieni mgłą i mżawką za oknem. Pogoda nie zachęca do spacerów.
Wysiadłszy, trochę czasu poświęcam na wyregulowanie hamulców, później zjadamy w centrum obiad, dopompowujemy koła i wyruszamy. Mijamy Nowe Jaroszowice a w Suszkach (definitywnie nie nomen omen) mżawka zaczyna dawać się solidnie we znaki. Na razie więcej zjeżdżamy niźli wspinamy. W Lwówku Śląskim chwila odpoczynku i dalej w drogę. Przez Gradówek do Gryfowa Śląskiego (cały bestiariusz prawie). Zatrzymujemy się na stacji i stwierdzam:
seb: nie no, ja mam dość, to jest chyba jakieś fatum. zawsze wszędzie jadę w deszczu, kompletnie mokry. mam dość!
Okazuje się, że nie dość, bo chwilę później spada ulewa, która wspomnienie o mżawce czyni przyjemnym. Zerwany most oznacza konieczność objazdu kładką. Poziom rzeki jest mniej więcej podobny do poziomu kładki.
Dalej Mirsk, Mroczkowice (kiedyś byłem tu na obozie piłkarskim), Orłowice i Świeradów. Tamże wspinamy się straszliwym podjazdem pod Dom Zdrojowy, gdzie czekają na nas dziewczyny i jeszcze straszliwszym podjazdem wspinamy pod osw Czeszka. Tam umożliwiają nam zostawienie rowerów w składziku, idziemy się umyć, rozwiesić ubrania do wysuszenia i rozlokować w pokoju.
Wieczorem idziemy nad potok i się chwilę powłóczyć a później spać.
piątek 4 czerwca 2010
Poranek wita nas słonecznie, co pozwala zapomnieć o wczorajszych ulewach. Po śniadaniu wyruszamy wspiąć się na Polanę Izerską, skąd znanym skądinąd zjazdem do Chatki Górzystów. Jeśli Chatka to też obowiązkowy naleśnik. Kawałek dalej widzimy zerwany most, który mijamy brodem, dalej Orle, Rozdroże pod Działem Izerskim i zjazd do Jakuszyc. Jeśli Izerskie, to tylko rowerem, wspaniale się po tych drogach jeździ. O ile generalnie nie jestem zwolennikiem asfaltu w górach, to tutaj pasuje jak ulał. Dzięki komfortowi jazdy można rozkoszować się atmosferą i widokami. Z Przełęczy Szklarskiej zjeżdżamy do Szklarskiej Poręby wspaniałą drogą międzynarodową. Uwielbiam górskie zjazdy!
Podjazd pod Zakręt Śmierci jest ciężki, ale nie straszny. Tam robimy sobie kilka zdjęć, dojeżdżamy do Rozdroża Izerskiego, skąd kolejnym wspaniałym zjazdem docieramy do Świeradowa od innej strony niż poprzedniego dnia. Po krótkim odpoczynku Marcin i Kamila idą na Stóg Izerski a my kręcimy się po okolicy ośrodka. Wieczorem rozpoczynamy planowanie powrotu i idziemy spać.
sobota 5 czerwca 2010
Ja tradycyjnie spieszę się na mecz, więc nalegam na jak najwcześniejszy wyjazd. Zaraz po śniadaniu wyjeżdżamy do Gryfowa, gdzie czekamy na dziewczyny i wspólnie pakujemy się w regio do Węglińca, a tam przesiadamy w inny do Wrocławia. Jest w nim straszliwie gorąco i cała trasa mija jak deliryczny trans. Na jakiś czas mam dość pociągów. Wkrótce po wejściu orientujemy się, że drzwi do kabiny sterowniczej nie są zamknięte, więc Marcin wchodzi tam celem nagrania filmu, przez co uruchamia brzęczenie, które męczy nas już do końca podróży. Ale film ładny wyszedł. We Wrocławiu przesiadamy się w regio do Opola a ja wysiadam w Lipkach, skąd podbiegam dwa kilometry na boisko, w sam raz by zobaczyć jak strzelamy bramkę i rozegrać drugą połowę za kontuzjowanego kolegę z drużyny, więc timing idealny. Po wygranym meczu upijamy się wszyscy solidnie w autobusie i do domu docieram około 23.
zdięncia:
http://picasaweb.google.com/s1e3b5/SwieradowZdroj#
W związku z podjętą eony wcześniej decyzją o wyjeździe na bożocielny weekend do Świeradowa w gronie moim, Marty, kuzyna Marcina oraz jego żony, Kamili - wyruszamy. My - z rowerami do Bolesławca, dziewczyny pekaesem już na miejsce.
Ledwie wyleczywszy pozlotowe przeziębienie, stawiam się na dworcu przed 9. wraz z rumakami, chwilę później dociera Marcin, zostawiamy rowery w ostatnim przedsionku i wsiadamy do przedziału aby czytać (ja na ten przykład - notatki z rozwojowej) i jeść. Marcin długo kłóci się z konduktorem o coś tam.
We Wrocławiu idziemy zobaczyć dworzec tymczasowy a następnie ładujemy się do pociągu do Bolesławca. Podróż przesypiamy, kołysani rytmem kół i otumanieni mgłą i mżawką za oknem. Pogoda nie zachęca do spacerów.
Wysiadłszy, trochę czasu poświęcam na wyregulowanie hamulców, później zjadamy w centrum obiad, dopompowujemy koła i wyruszamy. Mijamy Nowe Jaroszowice a w Suszkach (definitywnie nie nomen omen) mżawka zaczyna dawać się solidnie we znaki. Na razie więcej zjeżdżamy niźli wspinamy. W Lwówku Śląskim chwila odpoczynku i dalej w drogę. Przez Gradówek do Gryfowa Śląskiego (cały bestiariusz prawie). Zatrzymujemy się na stacji i stwierdzam:
seb: nie no, ja mam dość, to jest chyba jakieś fatum. zawsze wszędzie jadę w deszczu, kompletnie mokry. mam dość!
Okazuje się, że nie dość, bo chwilę później spada ulewa, która wspomnienie o mżawce czyni przyjemnym. Zerwany most oznacza konieczność objazdu kładką. Poziom rzeki jest mniej więcej podobny do poziomu kładki.
Dalej Mirsk, Mroczkowice (kiedyś byłem tu na obozie piłkarskim), Orłowice i Świeradów. Tamże wspinamy się straszliwym podjazdem pod Dom Zdrojowy, gdzie czekają na nas dziewczyny i jeszcze straszliwszym podjazdem wspinamy pod osw Czeszka. Tam umożliwiają nam zostawienie rowerów w składziku, idziemy się umyć, rozwiesić ubrania do wysuszenia i rozlokować w pokoju.
Wieczorem idziemy nad potok i się chwilę powłóczyć a później spać.
piątek 4 czerwca 2010
Poranek wita nas słonecznie, co pozwala zapomnieć o wczorajszych ulewach. Po śniadaniu wyruszamy wspiąć się na Polanę Izerską, skąd znanym skądinąd zjazdem do Chatki Górzystów. Jeśli Chatka to też obowiązkowy naleśnik. Kawałek dalej widzimy zerwany most, który mijamy brodem, dalej Orle, Rozdroże pod Działem Izerskim i zjazd do Jakuszyc. Jeśli Izerskie, to tylko rowerem, wspaniale się po tych drogach jeździ. O ile generalnie nie jestem zwolennikiem asfaltu w górach, to tutaj pasuje jak ulał. Dzięki komfortowi jazdy można rozkoszować się atmosferą i widokami. Z Przełęczy Szklarskiej zjeżdżamy do Szklarskiej Poręby wspaniałą drogą międzynarodową. Uwielbiam górskie zjazdy!
Podjazd pod Zakręt Śmierci jest ciężki, ale nie straszny. Tam robimy sobie kilka zdjęć, dojeżdżamy do Rozdroża Izerskiego, skąd kolejnym wspaniałym zjazdem docieramy do Świeradowa od innej strony niż poprzedniego dnia. Po krótkim odpoczynku Marcin i Kamila idą na Stóg Izerski a my kręcimy się po okolicy ośrodka. Wieczorem rozpoczynamy planowanie powrotu i idziemy spać.
sobota 5 czerwca 2010
Ja tradycyjnie spieszę się na mecz, więc nalegam na jak najwcześniejszy wyjazd. Zaraz po śniadaniu wyjeżdżamy do Gryfowa, gdzie czekamy na dziewczyny i wspólnie pakujemy się w regio do Węglińca, a tam przesiadamy w inny do Wrocławia. Jest w nim straszliwie gorąco i cała trasa mija jak deliryczny trans. Na jakiś czas mam dość pociągów. Wkrótce po wejściu orientujemy się, że drzwi do kabiny sterowniczej nie są zamknięte, więc Marcin wchodzi tam celem nagrania filmu, przez co uruchamia brzęczenie, które męczy nas już do końca podróży. Ale film ładny wyszedł. We Wrocławiu przesiadamy się w regio do Opola a ja wysiadam w Lipkach, skąd podbiegam dwa kilometry na boisko, w sam raz by zobaczyć jak strzelamy bramkę i rozegrać drugą połowę za kontuzjowanego kolegę z drużyny, więc timing idealny. Po wygranym meczu upijamy się wszyscy solidnie w autobusie i do domu docieram około 23.
zdięncia:
http://picasaweb.google.com/s1e3b5/SwieradowZdroj#