Góry Opawskie 25-26. marca 2011
: 29-03-2011 11:42
Naprawdę bardzo intensywny przedłużony weekend.
Koncepcja wyjazdu w Opawskie, by zainaugurować tegoroczne spanie na dziko rodzi się już wprawdzie dawno, ale w międzyczasie kilkukrotnie umiera. A to przez nawroty zimy, a to przez Remka chorobę i bycie pogryzionym, a to przez brak czasu. Ostatecznie pada na...
24 marca 2011
Wtedy to pojawia się u mnie wieczorem Remek. Po powrocie z treningu idę na dworzec, gdzie w poczekalni pełnej naprawdę potwornie śmierdzących ludzi, czekam na pociąg. Przyjeżdża, idziemy do mnie zahaczając jeszcze po drodze o Tesco. Tam zakup prowiantu na dzień następny i piwo do PESa. W domu gramy do trzeciej, później robimy kanapki, debatując nad wyborem czasu wyjazdu. Decydujemy, że zdecyduje samopoczucie po obudzeniu i intuicja. Remek nastawia pięć budzików na piątą, co jest istotną częścią tej opowieści.
25 marca 2011
Gdy budzę się o 5:30, pytam czy wstajemy. Nie pomnę już dokładnej odpowiedzi, acz jest odmowna. Remek jest totalnie nieprzytomny i nie umie wyłączyć budzików, które odzywają się z niemiłosierną regularnością, przeplatane drzemkami. W końcu nie wytrzymuję i krzyczę coś w stylu "wyłącz wreszcie to gówno!". Śpimy do 7:30.
Po przebudzeniu jeszcze ostatnie przepakowania i wyruszamy na dworzec. Podróż ta została już opisana lepiej przez Tomasza Różyckiego w poemacie "Dwanaście stacji", więc tylko polecam. Stacja siódma: Autobus. Z naszych zindywidualizowanych przeżyć dodam tylko stojących dziesięć minut na drodze robotników i przewalającego się z nogi na nogę psa.
Wytelepani i znużeni śmiertelnie docieramy do Głuchołaz o godzinie jedenastej i po szybkich zakupach, m.in. ragou i pasztetu pate dla psa, idziemy sami też coś na żołądek wrzucić. A więc pierogi i rozpoczynamy napieranie. Już kilka minut po wyjściu, musimy się porozbierać, bo jest nadspodziewanie ciepło.
seb: zawsze jak się przebieram, to musi akurat coś jechać!
rem: może dlatego, że zawsze się przebierasz na środku drogi...?
Początkowo trasa wiedzie przez podgłuchołaskie pagórki, gdzie droga krzyżowa i ginący na dwadzieścia minut pies. Remek nie zna litości i bierze Kofu na smycz, by go tak prowadzić aż na samą Kopę. Ścinamy trasę przecinką i wychodzimy na drodze Głuchołazy - Jarnołtówek, ale zamiast nią iść, decydujemy się zahaczyć o Zlate Hory i wejść na Kopę od strony czeskiej. Świetna droga przez pola i łąki. W Zlatych jeszcze piwko w knajpie. Mają Czesi fantazję do wytyczania szlaków, bo zielony jest prosty jak drut i tnie zbocze na wprost. Krótki, ale to ściana płaczu. I chyba faktycznie przekonam się do lżejszych butów, bo Remek odstawia mnie strasznie. Poza tym zaczyna mi się tworzyć odcisk. Po drodze kaplica św. Rocha a dalej już szczyt. Na górze wszystko zamknięte, więc schodzimy do schroniska, zjadamy posiłek, biorę prysznic ("pogłoski o ciepłej wodzie okazały się mocno przesadzone" - seb) i odpoczywamy chwilę przy kominku. Po wyjściu zapada zmrok a pies tego dnia przejawia skłonności wybitnie myśliwskie, więc po drugiej z kolei wycieczce w las - bierzemy go znowu na smycz. Idziemy wzdłuż granicy aż ta staje się potwornie zarośnięta i ginie gdzieś pośród lasu. Schodzimy za kompasem na drogę prowadzącą do Pokrzywnej. Nagle tuż obok w chaszczach słychać wielki hałas, który powoduje, że chowamy się za drzewo. Trzeba przyznać, że jesteśmy zesrani. Postanawiamy wybiec zza drzewa i w długą. Po kilkuset metrach uznajemy, że niebezpieczeństwo minęło. W ogóle, las jest pełen dziwnych odgłosów, skrzeczących zwierząt, trzaskających gałązek. Wyszedłszy na asfaltową drogę zabieramy się za szukanie wiaty. Wszystkie oznaczone na mapie okazują się ledwie ławkami, ale na szczęści w Wieszczynie trafiamy na betonowy przystanek autobusowy, tworzymy posłanie i rozwalamy się na kolację i spać. W nocy nawet nie jest specjalnie zimno.
26 marca 2011
Budzimy się około piątej i już nie chce nam się dalej leżeć. Zwijamy obozowisko, wypijamy herbatę na pobudzenie i targamy asfaltową drogą w stronę Prudnika. Zaczynają mnie solidnie męczyć odciski i marsz staje się nieprzyjemny. Na szczęście w miarę szybko docieramy na miejsce, gdzie jednak nie ma jeszcze żadnego otwartego baru, gdzie można by coś zjeść. Zadowalamy się więc śniadaniem na schodkach i docieramy do dworca. Tam godzina czekania na pociąg, półtorejgodzinna przesiadka w Nysie, gdzie wreszcie zjadamy śniadanie i szynobus do Opola.
zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/s1e3b5/Gor ... e26032011#
Koncepcja wyjazdu w Opawskie, by zainaugurować tegoroczne spanie na dziko rodzi się już wprawdzie dawno, ale w międzyczasie kilkukrotnie umiera. A to przez nawroty zimy, a to przez Remka chorobę i bycie pogryzionym, a to przez brak czasu. Ostatecznie pada na...
24 marca 2011
Wtedy to pojawia się u mnie wieczorem Remek. Po powrocie z treningu idę na dworzec, gdzie w poczekalni pełnej naprawdę potwornie śmierdzących ludzi, czekam na pociąg. Przyjeżdża, idziemy do mnie zahaczając jeszcze po drodze o Tesco. Tam zakup prowiantu na dzień następny i piwo do PESa. W domu gramy do trzeciej, później robimy kanapki, debatując nad wyborem czasu wyjazdu. Decydujemy, że zdecyduje samopoczucie po obudzeniu i intuicja. Remek nastawia pięć budzików na piątą, co jest istotną częścią tej opowieści.
25 marca 2011
Gdy budzę się o 5:30, pytam czy wstajemy. Nie pomnę już dokładnej odpowiedzi, acz jest odmowna. Remek jest totalnie nieprzytomny i nie umie wyłączyć budzików, które odzywają się z niemiłosierną regularnością, przeplatane drzemkami. W końcu nie wytrzymuję i krzyczę coś w stylu "wyłącz wreszcie to gówno!". Śpimy do 7:30.
Po przebudzeniu jeszcze ostatnie przepakowania i wyruszamy na dworzec. Podróż ta została już opisana lepiej przez Tomasza Różyckiego w poemacie "Dwanaście stacji", więc tylko polecam. Stacja siódma: Autobus. Z naszych zindywidualizowanych przeżyć dodam tylko stojących dziesięć minut na drodze robotników i przewalającego się z nogi na nogę psa.
Wytelepani i znużeni śmiertelnie docieramy do Głuchołaz o godzinie jedenastej i po szybkich zakupach, m.in. ragou i pasztetu pate dla psa, idziemy sami też coś na żołądek wrzucić. A więc pierogi i rozpoczynamy napieranie. Już kilka minut po wyjściu, musimy się porozbierać, bo jest nadspodziewanie ciepło.
seb: zawsze jak się przebieram, to musi akurat coś jechać!
rem: może dlatego, że zawsze się przebierasz na środku drogi...?
Początkowo trasa wiedzie przez podgłuchołaskie pagórki, gdzie droga krzyżowa i ginący na dwadzieścia minut pies. Remek nie zna litości i bierze Kofu na smycz, by go tak prowadzić aż na samą Kopę. Ścinamy trasę przecinką i wychodzimy na drodze Głuchołazy - Jarnołtówek, ale zamiast nią iść, decydujemy się zahaczyć o Zlate Hory i wejść na Kopę od strony czeskiej. Świetna droga przez pola i łąki. W Zlatych jeszcze piwko w knajpie. Mają Czesi fantazję do wytyczania szlaków, bo zielony jest prosty jak drut i tnie zbocze na wprost. Krótki, ale to ściana płaczu. I chyba faktycznie przekonam się do lżejszych butów, bo Remek odstawia mnie strasznie. Poza tym zaczyna mi się tworzyć odcisk. Po drodze kaplica św. Rocha a dalej już szczyt. Na górze wszystko zamknięte, więc schodzimy do schroniska, zjadamy posiłek, biorę prysznic ("pogłoski o ciepłej wodzie okazały się mocno przesadzone" - seb) i odpoczywamy chwilę przy kominku. Po wyjściu zapada zmrok a pies tego dnia przejawia skłonności wybitnie myśliwskie, więc po drugiej z kolei wycieczce w las - bierzemy go znowu na smycz. Idziemy wzdłuż granicy aż ta staje się potwornie zarośnięta i ginie gdzieś pośród lasu. Schodzimy za kompasem na drogę prowadzącą do Pokrzywnej. Nagle tuż obok w chaszczach słychać wielki hałas, który powoduje, że chowamy się za drzewo. Trzeba przyznać, że jesteśmy zesrani. Postanawiamy wybiec zza drzewa i w długą. Po kilkuset metrach uznajemy, że niebezpieczeństwo minęło. W ogóle, las jest pełen dziwnych odgłosów, skrzeczących zwierząt, trzaskających gałązek. Wyszedłszy na asfaltową drogę zabieramy się za szukanie wiaty. Wszystkie oznaczone na mapie okazują się ledwie ławkami, ale na szczęści w Wieszczynie trafiamy na betonowy przystanek autobusowy, tworzymy posłanie i rozwalamy się na kolację i spać. W nocy nawet nie jest specjalnie zimno.
26 marca 2011
Budzimy się około piątej i już nie chce nam się dalej leżeć. Zwijamy obozowisko, wypijamy herbatę na pobudzenie i targamy asfaltową drogą w stronę Prudnika. Zaczynają mnie solidnie męczyć odciski i marsz staje się nieprzyjemny. Na szczęście w miarę szybko docieramy na miejsce, gdzie jednak nie ma jeszcze żadnego otwartego baru, gdzie można by coś zjeść. Zadowalamy się więc śniadaniem na schodkach i docieramy do dworca. Tam godzina czekania na pociąg, półtorejgodzinna przesiadka w Nysie, gdzie wreszcie zjadamy śniadanie i szynobus do Opola.
zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/s1e3b5/Gor ... e26032011#