Główny Szlak Sudecki 25.04-06.05.2011

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
maciejowy
łazik
Posty: 55
Rejestracja: 17-04-2011 23:16
Lokalizacja: Legnica

Główny Szlak Sudecki 25.04-06.05.2011

Postautor: maciejowy » 15-06-2011 21:57

Kilka słów wstępu. Pomysł przejścia całego GSS pojawił się już dawno, początkowo planowałem przejść to podczas wakacji 2010 roku, z różnych przyczyn nie udaje mi się tego w tamtym czasie zrobić. Ale, że Maciej ma to do siebie że słowa dotrzymuje a przyrzekłem sobie, że żeby się skały posrały to przejdę cały ten szlak:). Słowa dotrzymałem czego efektem jest poniższy tekst.
Chciałem zabrać też kilka osób z uczelni na której się do niedawna uczyłem, ale towarzystwo nie było skore do przyłączenia się. Od początku zakładałem, że pójdę sam więc zostało przy tym że szlak pokonam w pojedynkę.
Mickiewicz ze mnie żaden, tekstu troszkę się nazbierało więc życzę miłej lektury :)



Poniedziałek 25 kwietnia – dzień 1

Świeradów Zdrój – Stóg Izerski – Młodnik – Wysoki Kamień – Hala Szrenicka – Śnieżne kotły – Przełęcz Karkonoska

Ze Świeradowa Zdroju wyruszam o 6.20. Pierwszym punktem docelowym jest Stóg Izerski. Podejście pod Stóg do najłatwiejszych nie należy można się zdrowo namęczyć. Mijam budynek kolejki gondolowej i odbijam w kierunku Polany Izerskiej. Pierwszy dzień a tu już zaczyna padać deszcz, widoczność ograniczona a droga to jedne wielkie błoto. Na Wysoki Kamień dochodzę w 4.40 h. , po drodze mijając nieczynną kopalnię kwarcu „Stanisław”, wcześniej na Przedniej Kopie (1114 m) korzystając z chwili odpoczynku i lekkiego paśnika. Ciągle pada. No i ta gimnastyka po drodze – powodowana gałęziami drzew i dużą ilością błota – tu się schylam tam dla odmiany muszę przeskoczyć z kamienia na kamień. Do schroniska na Wysokim Kamieniu nie spotkałem nikogo, prócz jednej jaszczurki. W schronisku spotykam kilka osób, gorąca herbata bardzo poprawia mi nastrój. Wbijam pieczątkę do zeszytu i opuszczam schronisko. Ostatni raz gdy tutaj byłem sprzed schroniska rozpościerały się niesamowite widoki na Karkonosze dziś zadowolić będę się musiał „efektem jaśniejącej chmury”. Za mną pierwsze 21 kilometrów drogi. W Górach Izerskich towarzyszył mi deszcz mam nadzieję, że Karkonosze będą łaskawsze.
Schodząc do Szklarskiej Poręby, do Rozdroża pod Kamieniem mijam kilka osób. Przestaje padać deszcz - co mnie bardzo cieszy. Szklarską Porębę znam bardzo dobrze, bywam tu dość często. Idę wzdłuż głównej drogi w stronę wodospadu Kamieńczyk. Mijam jakiś parking i budki z licznymi pamiątkami - ludzi jak mrówek. Siadam na ławkę by chwilę odpocząć i obserwuję wchodzących i schodzących ludzi. Zdecydowana większość to „niedzielni turyści”, jednak mistrzynią świata jest jedna dziewucha, idąca w butach na obcasie-tak na moje oko… około 10 cm. Dziewucha rozbawiła mnie niesamowicie bo chyba nie zdaje sobie sprawy, co ją czeka wyżej. Stwierdzić mogę jedno - daleko nie zaszła. Kilkadziesiąt metrów dalej mijam zarówno ją jak i jej towarzystwo.
Wodospad Kamieńczyk widziałem nie raz, więc nie schodzę na dół by go podziwiać. Przystaje jednak koło schroniska Kamieńczyk, bo chęć zrobienia kilku/kilkunastu zdjęć jest silniejsza ode mnie. Znajduję sobie idealne miejsce do uchwycenia całego wodospadu i „strzelam”.
W kasie biletowej kupuję bilet wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego i powoli zaczynam wchodzić na Halę Szrenicką. Ludzi ja ręką odjął – nikogo. Ani jednej żywej duszy. Zaczyna znowu padać deszcz, pojawiają się pierwsze oznaki zmęczenia. Przed samym schroniskiem mijam kilka rodzin, budynek schroniska wyłania się z chmur dopiero gdy jestem kilka metrów od niego. Tam postanawiam odpocząć dłuższą chwilę i zjeść coś ciepłego.
Do Przełęczy Karkonoskiej jeszcze około 11 kilometrów drogi, a mi naprawdę nie chce się już iść. Jedząc obiad i popijając gorącą herbatę sprawdzam jak stoję z czasem. I jest dobrze w porównaniu z czasami podanymi na mapie, na Hali Szrenickiej melduje się 50 minut wcześniej.
Ruszam dalej, omijam budynek schroniska i we wtórze padającego deszczu i przy praktycznie zerowej widoczności idę dalej. Mijając Trzy Świnki przypomina mi się przygoda sprzed kilku lat jak będąc tutaj z grupą znajomych musieliśmy wzywać Goprowców bo kolega miał wypadek.
Nawet nie wiem kiedy zza chmur wyłonił się budynek radiowo-telewizyjnego ośrodka nadawczego- właśnie mijam Śnieżne Kotły. Przechodzę pod Wielkim Szyszakiem (1509m) po poukładanych równo kamieniach. Ktoś naprawdę musiał włożyć w ich układanie bardzo, ale to bardzo dużo siły. Do schroniska Odrodzenie na Przełęczy Karkonoskie coraz bliżej. Gdy minąłem Czeskie Kamienie przestało padać i rozpogodziło się troszeczkę. Mijając nieczynne czeskie schronisko Petrova buda spotkam pierwszą osobę od Hali Szrenickiej. Szczęśliwie przed oczami mam już budynek schroniska, jestem naprawdę zmęczony i nie mam już ochoty na dalszą drogę, kolano zaczęło już o sobie dawać znać…
W końcu staję przed drzwiami schroniska, zatrzymuje stoper, który mówi że dzisiejsze 41 kilometrów pokonałem w nieco ponad 10 godzin. Dobry czas. Myślę, że mógłbym iść dalej bo jest dopiero 19 ale stwierdzam, że swoje dzisiaj przeszedłem. No i przez kilka najbliższych dni zdążę się jeszcze nachodzić.
Melduje się, dostaje swoje M-1. Gorąca kąpiel krzepiąco wpływa na moje morale, do tego jeszcze drugi obiad a w sumie kolacja i jestem jak nowo narodzony. Rozmawiam chwile z właścicielką schroniska, u której zawitała chyba cała rodzina na święta. Później melduje się w domu, Madzi i Ani… przed 22 usypiam.

Pierwszy dzień za mną, można by powiedzieć, że najcięższy odcinek na trasie Głównego Szlaku Sudeckiego mam już za sobą. Nie będę ukrywał, że obawiałem się złej pogody i na nieszczęście - takową właśnie miałem. To dopiero pierwszy dzień, jutro będzie lepiej…


Wtorek 26 kwietnia – dzień 2

Przełęcz Karkonoska – Dom Śląski – Biały Jar – Rozdroże pod Grabowcem - Mysłakowice

Dzień rozpoczynam przed 7 rano, dziewczyna w bufecie mówiła, że właśnie od tej godziny będzie otwarty bufet. Niestety troszkę mnie oszukała bo pocałowałem klamkę, ale nie szkodzi wracam do pokoju i tam jem śniadanie, pakuje plecak i praktycznie jestem gotów do wyjścia, jednak ta gorąca herbata chodzi za mną od chwili gdy wstałem. Wybiła 8 bufet otwarty, tego właśnie było mi trzeba - szczęście. Tak właśnie działa zwykły kubek herbaty. Wpisuje się jeszcze do pamiątkowej księgi, oddaje kluczyk od pokoju i opuszczam schronisko Odrodzenie.

Praktycznie całą noc padał intensywnie deszcz, na ranem przez okno do pokoju wdzierały się promienie Słońca, myślę sobie zapowiada się całkiem przyjemny dzień, ale tak dobrze nie jest, a widziane nad ranem promienie słoneczne były jedynym przejawem dobrej pogody w dzisiejszym dniu.
Gdy wyszedłem ze schroniska przywitał mnie „efekt jaśniejącej chmury”, cóż nie zawsze można mieć piękną pogodę, wszystkie rzeczy mi wyschły więc spokojnie ruszam w dalszą wędrówkę. Na efekty wspomnianego „efektu” długo nie musiałem czekać - na wysokości Małego Szyszaka zaczyna padać deszczyk, nie przeszkadza mi jak na razie to i kontynuuje marsz. Gdy mijam Tępy Szczyt (1387m) z gęstej mgły wyłania mi się postać starszego mężczyzny. Oczom nie wieże. Facet wygląda jak Papa Smerf - siwa broda, jakaś czapka na głowie. Myślę no pogadam sobie chwilę z kimś, kłaniam się pierwszy mówiąc dzień dobry, w odpowiedzi słyszę dobrý den… O ja pierdziele - musiał mi się Czech trafić. Próbujemy coś pogadać ale moje rozumienie czeskiego nie jest zbyt dobre i chyba dalecy jesteśmy od zrozumienia siebie nawzajem. Papa Smerf wyskakuje z:
- sprechen Sie Deutsch ?
- Nein Nein – odpowiadam, myślę sobie cholera poliglota mi się trafił, rewanżuje się i pytam
English, do You sapek English ?
- Yes I little bit…
I tak oto znaleźliśmy „obcy” i zarazem wspólny język. Oboje kaleczymy angielski, ale koniec końców - dogadywać się dogadujemy. Po krótkiej „rozmowie” uścisk dłoni i każdy idzie w swoją stronę.
Mijam Słoneczniki (1420m) i na drodze nad Kotłem Wielkiego Stawu widzę znak z napisem STOP NAWISY ŚNIEŻNE. Gdy robię serie zdjęć do panoramy mija mnie jakiś facet. Patrzę …przeszedł. Nie zastanawiając się dłużej biegiem ruszam za nim pokonując szybciutko ten nawis śnieżny. Coraz mocniej pada i już mi się to nie podoba, przemokłem i jest mi coraz zimniej. Do Domu Śląskiego jakieś 25 minut. Nie jest „fajnie” - naparza deszczem niemiłosiernie i powoli zaczynam wątpić w sens dalszej drogi – pierwsze chwile słabości. Do domu Śląskiego wchodzę mokry jak szczur. Rozglądając się dookoła stwierdzam, że ludzie będący w środku jakoś dziwnie się na mnie patrzą. Nie przebieram rzeczy, no bo i po co? Zmoczę drugi komplet i nie będę miał nic suchego. Szukam portfela w plecaku celem kupna gorącej herbaty, a może nawet dwóch. Wyciągam portfel a wraz z nim wypada nakrętka po Tymbarku z jakże radującym mnie napisem: „UDA SIĘ”. Choć napis tyczył się całkiem innej sytuacji i osoby niż mój wyjazd, dla mnie ta zwykła nakrętka była dobrym motywatorem. Popijając herbacinę pisze do mamy, by sprawdziła mi pogodę w Karpaczu. Jeżeli tam też pada to ja się chyba zastrzelę. Po chwili okazuje się, że dobrze zrobiłem nie dołączając do mojego sprzętu pistoletu - ma padać cały dzień… rewelacyjnie.
Pytam dziewczyny ze schroniska czy można już chodzić odcinkiem szlaku od Domu Śląskiego – Kotłem Łomniczki – do schroniska Nad Łomniczką. Mówi że oficjalnie jest zamknięty – o czym doskonale wiem- ale stwierdza również, że ludzie już tamtędy chodzą…
Ruszam dalej, w schronisku zostaje po mnie tylko mokra plama. Udając, że tabliczki z zakazem przejścia nie widzę schodzę jeszcze szybciej niż nad Kotłami przeskakując z kamienia na kamień nie zważając na potworny ból kolana. Kocioł Łomniczki… jak urokliwe to miejsce nie muszę chyba nikomu mówić. Mnie się podoba i to bardzo, zresztą kto był i widział to wie o czym pisze, tym którzy nigdy tam nie byli proponuje ruszyć dupsko sprzed monitora i go zobaczyć.
Gdy przechodzę koło schroniska Nad Łomniczką przestaje padać, Słońce coś próbuje się przebić przez chmury ale z marnym skutkiem. Ważne, że przestało padać i schnę.
Przed Białym Jarem w Karpaczu praca wre, koparki, spycharki itp. budują tam wyciąg krzesełkowy. W samym Białym Jarze widzę dwie znajome twarze Panią Ogonowską i Panią Przybyłę dyrektorki szkoły w której kiedyś się uczyłem. Chwilę rozmawiamy ze sobą, wspominamy dawne czasy – pani Ogonowska była też moją wychowawczynią. Idę dalej, mijam zaporę na Łomnicy jestem już prawie cały suchy opuszczam Karpacz. Pogoda chyba postanowiła, że nie może mi być zbyt dobrze… znowu zaczyna padać deszcz. Szlak prowadzi przez las, mijam Grabowiec (785m) by chwilę później na Rozdrożu pod Grabowcem zrobić sobie chwilę przerwy. O ile wchodzenie pod górę i marsz po płaskim terenie nie sprawiają mi problemów to zejścia są dla mnie katorgą. Obciążenie stawów kolanowych sprawia mi dotkliwy, realny ból. Myślę, że po powrocie chyba przejdę się z tymi kolanami do jakiegoś lekarza. Dochodzę do Głębocka, dalej już prosta droga do Mysłakowic w których mam zamiar nocować. O 17 jestem już na miejscu, nocleg w agroturystyce POD ŚNIEŻKĄ. Ponownie mam wrażenie, że mogę iść dalej, bo jest wczesna pora. Stwierdzam: po co? Jak już pisałem wcześniej - swoje jeszcze przejdę.

W Karkonoszach tak jak w Izerach ciągle padało, to były ciężkie dwa dni, ale udało się. Kolejne 28 kilometrów przeszedłem a jutro czekają na mnie Rudawy Janowickie.

Nie będę pisał, że jutro będzie lepiej… ale z niecierpliwością czekam na to co przyniesie mi kolejny dzień, jakie niespodzianki na mnie czekają w trakcie trzeciego dnia mojej przygody z Sudetami.


Środa 27 kwietnia – dzień 3

Mysłakowice – Ostra Mała – Szarocin – Zadzierna – Lubawka

7 rano dzwoni pierwszy budzik – eee … nie wstaje. Kilka minut później dzwoni drugi - ten już leży na drugim końcu pokoju, chcąc nie chcąc wstaje. Pakuje plecak, wszystkie rzeczy. Zarówno te przemoczone, jak i te, które wczoraj prałem wyschły. Jem lekkie śniadanie i po 8 wracam w miejsce, w którym wczoraj skończyłem wędrówkę.
Podobno trzeci dzień jest najgorszy w takich długich wypadach. I coś w tym jest, bo jakoś iść się nie chce, sił brakuje i w moim przypadku od samego rana niemiłosiernie bolą kolana…
Na szczęście pogoda zapowiada się słoneczna, mijam jedną z trzech tablic na trasie GSS i po chwili jestem już w Rudawski Parku Krajobrazowym. Na pierwszy ogień dzisiaj idzie Mrowiec (513m), wejście na niego idzie mi strasznie mozolnie, jeszcze gorzej jest z zejściem. Oj, obawiam się, że jak tak dalej będzie to kolana nie pozwolą mi dość do końca.
Na południowym stoku góry Mrowiec mijam ruiny Opactwa, w jego kryptach pochowani są małżonkowie von Roden. Dalej szlak prowadzi do Bukowca, przechodząc koło Stawu Kąpielnik. Szukam sklepu, w którym mógłbym zrobić jakieś zakupy. Do Skalnika zostało 2.15 h, przechodzę asfaltową drogą przez cały Bukowiec by na jego końcu odbić w polną drogę, robi się coraz goręcej. Wychodzę na pograniczu Kowar i Gruszkowa na drogę, przy której znajduję się Źródełko Jola, nie omieszkam napić się trochę wody. Idę chwilę asfaltem i na Przełęczy pod Średnicą odbijam w drogę wiodącą przez las. Teraz ciągle pod górę aż do Ostrej Małej – punktu widokowego. Po drodze mijam Kamienną Ławkę. Z punktu widokowego, na którym zostaje dłuższą chwile rozpościerają się widoki na Karkonosze, Góry Izerskie, Kaczawskie oraz Rudawy Janowickie. Gdzieś w oddali słyszę jakichś ludzi, jestem ciekaw, kto to, bo od dawna nie spotkałem nikogo na szlaku, z nikim nie rozmawiałem. Okazuję się, że to piątka młodych ludków, nie są skorzy do jakiejś rozmowy kończy się na „- Cześć. -Cześć.”. Przy skrzyżowaniu szlaków patrzę na tabliczkę: „Lubawka 515”, cholera kawał drogi jeszcze przede mną.
Tuż przed Szarocinem słyszę krzyczącego do mnie rolnika:
- Ej wielbłąd dokąd idziesz ?
- Do Lubawki. – odkrzykuję
-Szerokiej drogi – krzyczy rolnik
odkrzykuję- dziękuję
Dlaczego wielbłąd? Prawdopodobnie dlatego, że na górze plecaka miałem przyczepioną zwiniętą kurtkę i wyglądałem jak wielbłąd z garbem.
W samy Szarocinie uzupełniam tylko płyny w postaci niezastąpionych Tymbarków i idę dalej.
Przede mną zdrowe podejście na Świerczynę (720m), coś nie za dobrze się czuję, zaciskam zęby i byle dojść na szczyt, później będę się martwił o resztę. Oj nie jest dobrze, będąc już na Świerczynie rozkłada mnie, ogólnie nie czuje się zbyt dobrze a najbardziej boli głowa. Pierwszy raz tak na bardzo. Do tego stopnia, że na poważnie zastanawiałam się czy nie dzwonić po kogoś, żeby po mnie przyjechał. Tu się chyba potwierdza teza, że trzeci dzień zawsze jest najgorszy. Łykam jakiś specyfik przeciwbólowy, odpoczywam trochę i postanawiam mimo złego samopoczucia iść dalej. Mogę stwierdzić jedno. Ciężko jest samemu się motywować do tego by iść dalej, ciężko idzie się samemu, gdy nie ma się z kim porozmawiać… Pewnie gdybym tak bardzo nie zawziął się na przejście tego GSS to bym zrezygnował już dawno.
Ze Świerczyny doskonale widoczny jest zalew Bukówka i góra Zadzierna na którą miałem jeszcze dzisiaj wejść. Na mojej drodze pokazuje się pierwsze zwierzątko i jest to zając. Udaje mi się pstryknąć mu zdjęcie. Mijam Paprotki i zaczynam wchodzić na Zadzierną (724m). Ostatnie podejście dzisiaj, potem już tylko asfaltem do Lubawki. Gdy wchodzę na górę zaczyna grzmieć. Jeszcze tego mi brakowało, żeby mnie jakaś burza dopadła. Na Zadziernej znajduje się punkt widokowy, burza coraz bliżej, więc robię kilka zdjęć na panoramę i uciekam jak najszybciej żeby zdążyć przed burzą. Ten teren znam doskonale, bo od kilku lat przyjeżdżam tutaj systematycznie kilka razy do roku.
Na szczęście przed burzą udało mi się uciec. W Lubawce szukam jakiegoś miejsca gdzie mógłbym zjeść coś ciepłego. Pytam pierwszą lepszą napotkaną osobę o jakąś knajpę, pani podprowadza mnie do plackarni. Jest 18 jestem ponad godzinę „do przodu”, mimo dość długich odpoczynków. Najedzony, idę szukać Szkolnego Schroniska Młodzieżowego LUBAWKA, w którym miałem nocować.
Mam cały domek dla siebie, doprowadzam się do porządku i wychodzę na werandę, z której rozpościerają się całkiem fajne widoki. Rzucam okiem na mapę, patrząc na to co mnie będzie czekać na trasie jutro.
Siedząc tak, myślę nad tym jak fajnie byłoby gdyby ktoś ze mną szedł, gdybym miał z kim porozmawiać. Ta samotność bardzo mi doskwiera…


Czwartek 28 kwietnia – dzień 4

Lubawka – Krzeszów – Grzędy – Lesista wielka – PTTK Andrzejówka

Pobudka o 7 rano. Normalnością stało się już, że w pokoju bajzel niesamowity. W nocy było cholernie zimno, spałem w dresach pod kołdrą i dwoma kocami i tak było mi zimno. Ranek umilają mi dźwięki muzyki lecące z kanałów muzycznych w telewizorze (miałem kablówkę):). Po 8 jestem już na szlaku, pogoda idealna do wędrowania nie za ciepło ani nie za zimno.
Lubawkę opuszczam Leszczynowym Wąwozem by po chwili wdrapywać się na Miejską Górkę (650m). Przy szczycie z radością układam z patyków napis „100 KM”. Przeszedłem pierwsze sto kilometrów, nie jest źle. Kilka zdjęć stworzonego cuda i ruszam dalej. Normalnością stało się również to, że od rana bolało mnie kolano, czasami oba kolana i do śniadania od tej pory aplikowałem sobie coś przeciwbólowego. Jak się później okazało z czasem przyzwyczajałem się do tego bólu i mimo to szedłem dalej.
Dzisiaj jestem zaskoczony, bo moim oczom ukazuje się chłopak z plecakiem i kijkami na szlaku, wymieniamy między sobą magiczne „cześć” „cześć” i każdy z nas idzie dalej.
Następnie mijam górki Kierz (662m) i Czarnogóra (621m) z tej ostatniej jest masakryczne zejście. W pewnym momencie tuż przed nosem czmychnęła mi sarna… - przyroda. Idę dalej. W Betlejem mijam pawilon opatów Krzeszowskich i asfaltową drogą dochodzę do Krzeszowa. Na murach wokół bazyliki szukam trzeciej tablicy ustawionej na trasie GSS, lecz gdy jej nie znajduję idę do punktu informacji pielgrzyma i pytam o nią. Okazuje się, że tablicę zwyczajnie ktoś podpierdzielił (Po co - nie wiem) , wbijam pieczątki do swojego zeszytu. Pytam też o bankomat, bo żywa gotówka powoli zaczyna mi się kończyć i wypadałoby uzupełnić zapasy bo przez najbliższe dni nie będę w żadnym większym mieście. Jak na złość w Krzeszowie żadnego bankomatu nie ma, a byłem święcie przekonany że w miejscu gdzie przyjeżdża tak dużo turystów/pielgrzymów takowy będzie. Udaję się do jednego ze sklepów kupuje prowiant i raczę się nim pod sklepem (swoją drogą jestem chyba większą atrakcją od znajdującej się obok bazyliki, bo ludzie jakoś dziwnie się na mnie patrzą). No nic - spoglądam w mapę i szukam miejsca gdzie bym mógł znaleźć jakiś bankomat. Jedyna opcja to Jedlina Zdrój przez obrzeża, której przechodzić będę jutro. Telefon do mamy z prośbą o to, żeby sprawdziła dokładnie mi lokalizacje jakiejś „dziupli”. Jest dobrze, namiary mam - będę musiał tylko trochę zejść z trasy – tragedii nie będzie. Opactwa nie zwiedzam, będąc na objazdówce na studiach jednym z odwiedzanych miejsc był właśnie Krzeszów, pstrykam kilka zdjęć na zewnątrz i idę zdobywać Wzgórza Krzeszowskie z Górą św. Anny (593m) i Górą Ziuty (631m) na czele. Na Górze św. Anny znajduję się mały kościółek, który jest gruntownie remontowany i do jego środka dostać się w tej chwili nie sposób. Z tego przebywania samemu czasami odbija mi „głupawa” i od czasu do czasu robię po doradzę jakieś durne rzeczy. Tuż przed Grzędami na mojej drodze staje bliżej mi nie znane stworzenie. Wygląda mi to na jakiegoś żuczka… chyba. (Przyjmijmy że żuczkiem było). Jako że to jedyne stworzenie jakie od dłuższego czasu napotkałem żuczek zmuszony został do wysłuchania mojego monologu:) … po prostu musiałem z kimś pogadać.
Grzędy potem Grzędy Górne to jeden wielki asfalt, dopiero pod koniec Grzęd Górnych szlak odbija koło domostw i zmierzą pod górę w las. Pod linią lasu odpoczywam sobie dłuższą chwilę. Co ciekawe w Grzędach bardzo dużo domostw posiada własne stawy. Są mniejsze bądź większe, ale jest ich tam bardzo dużo.
Dziś nocuje w Andrzejówce, ale przed tym do zrobienia jeszcze Lesista Wielka (854m) i Bukowiec (886m).
Wystarczy tego dobrego, zbieram się i wchodzę na Lesistą, po drodze mijam dwóch pracowników z koniem, nawiązuje się krótka rozmowa:
- Ooo turysta idzie, tam ciągle pod górę jest…
- wiem, ale Panowie - później będzie z górki
- tam stado wilków, głodnych jak chuj nie idź tam chłopaku (śmiech), chodź z nami na dół na piwo
- dziękuje za propozycje napitku
Ryzykując spotkanie z tymi „głodnymi jak chuj” wilkami idę dalej :). Tuż przed Lesistą okazało się, że pomyliłem drogę. Na szczęście szybko się zorientowałem i wracam na czerwony szlak. Wycięto tutaj bardzo dużo roślinności i z oznakowaniem szlaku nie jest najlepiej. Będąc na Lesistej słyszę grzmoty, myślę sobie kurde znowu będzie trzeba uciekać przed burzą. Idę ja sobie dalej i … zaprawdę powiadam Wam… zejście do Sokołowska z Lesistej jest masakryczne. Naprawdę jest tam cholernie stromo.
Przechodzę drogę krajową nr 5 i tuż za wiaduktem kolejowym siadam na ławce. Chyba jakoś mnie zmogło i przysnęło mi się na chwilę. W Sokołowsku atakuje sklep, kupuje trochę ciastek i Tymbarki - rzecz jasna. Zostało mi tylko jeszcze wejście na Bukowiec i potem prosto do schroniska. Na mojej drodze pojawił się płot… na szlaku … płot. Ni cholery nie da się go obejść, trzeba przejść. U podnóża Bukowca znajduje się jakiś stary cmentarz niemiecki. Na cmentarzu zachowało się kilka nagrobków i ruiny kaplicy cmentarnej.
Idę dalej i … ogarniam wzrokiem to podejście na Bukowca i odechciewa mi się wszystkiego. Ja pierdzielę, nie ma to jak dojechać się na koniec dnia. Idę i na myśl mi przychodzi tylko jedno … „- Panie Mieczysławie a nie można było tego jakimś trawersem puścić:)?”. Jeszcze trochę, jeszcze chwila i będę na wypłaszczeniu… jest wlazłem w końcu. Opłacało się tak męczyć bo na samej górze widzę ludzi. Jeden, drugi i trzeci człek, po prostu oczom nie wierzę - nareszcie z kimś pogadam sobie.
-Cześć jestem Maciek…
-Cześć, jestem Bartek, to Ania i Weronika.
Gadka szmatka, okazuje się, że również mają zamiar nocować w Andrzejówce i dalszą drogę przemierzamy wspólnie. Jaką radość poczułem spotykając ludzi podobnych sobie to moje.
Idąc dalej na naszej drodze pojawia się tabliczka z zakazem wstępu osobom nieupoważnionym, gdyż był to teren kopalni melafiru. Kurde, wykarczowali pół lasu, dookoła oglądaliśmy palące się stosy z gałęziami - normalnie masakra. Nie wiem jak można było dopuścić do tego, żeby kopalnia poszerzyła obszar wydobycia. Zwłaszcza, że to już teren Parku Krajobrazowego Sudetów Wałbrzyskich, szlak tamtędy też przebiegał i na pewno będzie trzeba zmienić jego przebieg, co prawda nieznacznie ale będzie trzeba. No cóż, pozostaje stwierdzić – siła pieniądza.
Przed 20 dochodzimy do schroniska, resztę wieczoru spędzamy wspólnie prowadząc rozmowy na przeróżne tematy niekoniecznie związane z naszą pasją jaką są góry.

Cieszy mnie fakt, że jutro znaczącą cześć dnia również będziemy szli razem bo trasa moich nowo poznanych kompanów jest taka sama.
Za mną już 131 kilometrów, jest dobrze, jest naprawdę dobrze… :)



Piątek 29 kwietnia – dzień 5

PTTK Andrzejówka – Jedlina Zdrój – Przełęcz Sokola – PTTK Zygmuntówka

Za oknem piękna słoneczna pogoda. Chwilę po 7 wstaję i przygotowuje się do wyjścia. Na 8 jestem umówiony ze spotkanymi wczoraj ludźmi na śniadaniu. Cały dzień będziemy szli razem, Oni tzn. Ania, Wernika i Bartek będą nocowali w schronisku Orzeł ja natomiast mam zamiar pójść troszkę dalej do Zygmuntówka.
Około 9 jesteśmy na szlaku i o dziwo mamy całkiem dobre tempo, mijając Turzynę (895m), Przełęcz pod Jeleńcem szybko dochodzimy na ruiny zamku Rogowiec. Ruiny stanowią wyśmienity punkt widokowy, rozciągają się stamtąd całkiem fajne widoki, pstrykamy kilka wspólnych zdjęć i idziemy dalej w kierunku Jedliny Zdrój.
Przed samym miasteczkiem zagadujemy się troszeczkę i zbaczamy ze szlaku:), ale szybko wracamy na niego. W Jedlinie znajdujemy dogodne miejsce na odpoczynek, padło na polanę nad rzeką. Moi towarzysze rozkładają się korzystając z promieni słonecznych a ja zostawiam plecak i idę szukać bankomatu. Żeby było sprawniej pytam o „dziuple” miejscowych mieszkańców - wskazują mi centrum miasteczka. Mając już pieniądze wracam na miejscówkę, uświadamiam sobie, że dodatkowe 5 kilometrów jak nic przeszedłem idąc w obie strony. Leżymy jeszcze trochę nad rzeczką… ah jak fajnie jest tak poleżeć sobie na słoneczku.
Fajnie się leży, ale trzeba iść bo ja mam do zrobienia jeszcze prawie 20 kilometrów. Ruszamy na Jedlińską Kopę (725m), tempo wyraźnie spadło. I naprawdę musze przyznać, że w pewnym momencie uznałem ,że idziemy tak wolno, że zaczynam czuć niedosyt … irytację tempem:), ale w końcu uznałem, iż zdecydowanie bardziej wolę iść wolno i mieć z kim porozmawiać :). W oddali słyszymy grzmoty, w dwóch poprzednich dniach udawało mi się uciec przed burzą. Pojawia się pytanie czy tym razem również będę miał też tyle szczęścia i uniknę burzy. Zaczyna padać lekki deszczyk i na tym się kończy, burza nas omija. Szlak wiedzie cały czas lasem.
Dochodzimy do skrzyżowania szlaków czerwonego i czarnego, który prowadzi do Podziemnego Miasta „Osówki”. Tutaj powstaje dylemat u moich sympatycznych towarzyszy, gdyż Weronika i Bartek bardzo chcieli iść do „Osówki”- natomiast Ania już nie koniecznie. Pojawiły się różne warianty, m.in. taki, że rodzeństwo idzie do sztolni a ja odprowadzam Anię do schroniska i dalej idę w swoja drogę. Skończyło się na tym, że wszyscy wspólnie ruszamy dalej. Z uśmiechem na twarzy stwierdzam, że teraz będą mieli pretekst żeby przyjechać tutaj jeszcze raz :). Chwila nie uwagi i co? Znów gubimy szlak:), nauczony doświadczeniem nabytym w trakcie działania w Akademickim Klubie Turystycznym w trakcie studiowania łapie mapę patrzę, myślę i wskazuje
- Idziemy tędy…
- Na przełaj???
- Tak! Na przełaj. Zobaczycie że za chwilę będziemy z powrotem na szlaku…
Jak Maciej powiedział- tak się stało. Po chwili jesteśmy ponownie na szlaku. Po minie i zachowaniu Ani stwierdzam, że nie do końca wierzy, że miałem racje aby iść na przełaj:). Ale fakty są faktami. Jesteśmy na szlaku.
Po drodze zaglądam do plecaka z którego podejrzanie zalatuje mi słodkawym, chemicznym zapachem. Cholera jasna cały żel wylał mi się w plecaku. Na środku ulicy próbuje to jakoś doprowadzić do porządku.
Sokolec, byłem tutaj tyle razy już… wchodzimy pod schronisko Orzeł, tutaj rozstanę się z moimi towarzyszami podróży. Jednak za nim to następuje siadamy jeszcze na ławkach i rozmawiamy sobie, zajadając słodycze wyciągnięte przez Anię. Wszystko fajnie ale zbliżyła się już 19 a ja mam jeszcze kawałek do zrobienia. Do Zygmuntówki około 8 kilometrów jeszcze. Żegnam się z poznanymi wczoraj osobami, wymieniamy się numerami telefonów i dalej ruszam już sam. Kurde fajni ludzie, naprawdę sympatycznie się z nimi wędrowało. Mam nadzieje, że jeszcze kiedyś się spotkam z nimi na szlaku.
Zapowiada się piękny zachód słońca, a że Maciej uwielbia zachody słońca a jeszcze bardziej lubi je fotografować. Dość szybkim tempem ruszam w kierunku Wielkiej Sowy (1015m) licząc, że uda mi się jeszcze wejść na wieżę widokową. Niestety na wieże nie nie ma już możliwości się dostać, w otwartym sklepiku wbijam sobie do zeszytu pieczątkę, nie obywa się również bez kupna Tymbarka:) (to żadna kryptoreklama:P) Pytam Tymbarka:
Tymbarku Tymbarku co mam zrobić dalej? Otwieram go i czytam napis z pod nakrętki „zawsze będę przy tobie”(mam bzika na punkcie napisów znajdujących się na nakrętkach Tymbarka)
Do przełęczy Jugowskiej niecałe 5 kilometrów. Nagle nieoczekiwanie mój telefon łapie zasięg – dochodzą do mnie sms-y, czytanie ich tak mnie wciągnęło, że gdy niespodziewanie zza krzaków wyskakuje mi stadko saren - mało nie dostaję zawału. Siedzi sobie człowiek skupiony a tu „bestie” przebiegają mu przed twarzą. Strach – czysty strach w mojej głowie.
Mijam tablice upamiętniającą Hermana Henkla i tuż przed Polaną Jugowską widzę trzy muflony. Powoli wyciągam aparat żeby strzelić im fotkę. Pech chciał że zapominam o wyłączeniu lampy. Pstrykam zdjęcie z fleszem i zwierzęta się płoszą. Ale nie ma tragedii - na zdjęciu są widoczne.
Przed 20 dochodzę do schroniska Zygmuntówka. Spałem już tutaj kilka razy więc nie dziwi mnie cały zwierzyniec jaki tam jest:). Jak niebywale klimatyczne jest to miejsce nikomu chyba mówić nie trzeba. I jeszcze Bogdan, co za gość :)
Jak w każdym miejscu gdzie jestem zamawiam sobie żurek i pierogi (postanowiłem sprawdzić gdzie będą najlepsze). Ogarniam się, robie jakieś pranie i przed 22 kładę się spać. Obok mnie lokuje się jakaś parka, Bogdan mówi im, że jutro przejdą do pokoju w którym ja nocuję dzisiaj. Usypiam..ale nie na długo. Sąsiedzi włączają laptopa z którego dobiega głośna muzyka. Zważając że ściany są tam wykonane nikim nakładem środków i budulca można uznać jakby ich nie było - przechodzi przez nie najmniejszy dźwięk. No to mam dyskotekę Hurra „:)”. Żeby było tego po chwili zaczynam słyszeć ich niczym nie skrępowane „ohy i ahy”. Oni chyba nie są świadomi tego, że słyszy ich prawie całe schronisko, a co dopiero ja – tuż za ścianą … Nie chcąc przeszkadzać ani w żadnym wypadku przerywać – nie reaguję… to skutkuje tym, że nie wypoczywam tak jak powinienem :).
Wiedząc, że przyjdą do pokoju w którym obecnie ja nocuję postanawiam zostawić tym bzykającym się „królikom” karteczkę z informacją… delikatnie mówiąc, taką że nie dawali spać innym :).


Sobota 30 kwietnia – dzień 6

PTTK Zygmuntówka – Przełęcz Woliborska – Przełęcz Srebrna – Słupiec – Ścinawka Średnia

Jem szybkie śniadanie, pakuje plecak bo jak zwykle wszystko porozrzucane a wyprane wczoraj rzeczy, które nie zdążyły wyschnąć przyczepiam do plecaka by schły po drodze. Wychodząc ze schroniska spotykam jeszcze Bogdana, chwilę rozmawiamy gdy on karmi kozy :)
Niewyspany, zmęczony ruszam w drogę. Dzisiaj minę półmetek i będę odliczał już tylko pozostałe kilometry do przejścia. Pierwsze podejście to Kalenica (964m). Wchodzę na metalową wieże widokową znajdująca się tam i podziwiam widoki. Słoneczna pogoda. Na niebie niemal całkowicie brakuje chmur. Dalej idę przez Bielawska Polanę i Popielaka (856m) schodzę na Przełęcz Woliborską. Mam bardzo dobry czas, jestem półtorej godziny szybciej niż mówią o tym czasy na mapie. Kiepsko z moimi zapasami jedzenia, zostało mi trochę czekolady i suchy chleb. Stwierdzam, że jakoś sobie poradzę.
W drodze na Przełęcz Srebrną spotykam przed Malinową (839m) wyłożonego na ziemi chłopaczka studiującego mapę.
- Cześć.
- cześć.
Idę dalej. Trochę kiepsko oznakowany jest tutaj szlak, znaki albo zostały wycięte razem z drzewami albo w niektórych miejscach są naprawdę ledwo co widoczne.
Im bliżej jestem Twierdzy Srebrnogórskiej tym więcej spotykam ludzi. Przy forcie Rogowym wdaje się w rozmowę z jednym panem. Biedakowi padła przekładnica w aparacie i żadnych zdjęć sobie już nie porobi, a niesie ze sobą cały plecak sprzętu.
Jest Twierdza, nie zwiedzam jej bo byłem tutaj w zimie ubiegłego roku, i wtedy nawet strzelałem z karabinku skałkowego.
Dziś słońce mocno daje popalić. Daje o sobie znać również niewyspanie. Jestem jakoś rozkojarzony, zbyt często zaczynam się zastanawiać nad przebiegiem szlaku, zbyt dużo myślę… a to nie dobrze :) Mijam Przełęcz Srebrną, która przyjęta jest za połowę GSS… Teraz już tylko pozostało mi do pokonania 175 kilometrów.
Tutaj też przebieg szlaku jest zmieniony, i zamiast prowadzić wzdłuż drogi przez Nową Wieś Kłodzką, odbija w lewo i poprowadzony jest lasem. W gruncie rzeczy cieszy mnie to, bo jest prawie 13 godzina. Po prostu mogę się schować choć na chwilę przed palącym słońcem. Po drodze widzę kolejne trzy muflony, spokojnie wyciągam aparat i zbliżając się do nich pstrykam zdjęcia. Te nie były skore do ucieczki. Jeden nawet niepokojąco zaczął zbliżać się w moją stronę. Nauczony doświadczeniem z dnia wczorajszego wyciągam lampę i pstrykam zdjęcie z fleszem. Muflony znikają w jednej chwili. Na drogę szlak powraca w Czerwieńczycach. Tutaj szlak odbija w polną drogę. Jestem mocno zmęczony i postanawiam przysiąść pod drzewkiem - odpocząć trochę. Po drodze nie było żadnego sklepu w którym mógłbym kupić sobie coś do jedzenia. Wyjadam to co mi zostało, ustawiam budzik na 30 minut i drzemię sobie trochę pod tym drzewkiem.
Przede mną miejscowość Słupiec. Jest już przed 17. Mijam EKO, gdzie robie sobie porządne zakupy. Głód mi doskwierał już od dłuższego czasu, siadam przed EKO i konsumuję zakupione jedzenie. Nie ważne, że ludzie na mnie dziwnie patrzą, mam to gdzieś :). Zresztą -kto mnie tu zna?
Do Ścinawki Średniej w której mam zamiar dzisiaj nocować, zostało mi jakieś dwie godziny marszu. Ale najpierw podchodzę na górę Kościelec(586m). Najpierw szlak prowadzi ciągle pod górę asfaltową drogą, potem dużo schodów, następnie szlak prowadzi wzdłuż drogi krzyżowej która kończy się na szczycie.
Teraz zostało mi tylko zejście do Ścinawki Średniej i znalezienie tam jakiegoś noclegu.
Przed mieściną goni mnie czwarta już burza, i sądzę, że tym razem nie będę miał chyba tyle szczęścia i ta już mnie dopadnie. Faktycznie - zaczyna padać, pytam spotkanego chłopaczka o jakieś kwatery. Ten wskazuje mi albo Ścinawkę Górną albo Ratno Dolne. Jedna i druga opcja wiąże się z zejściem ze szlaku o kilka kilometrów. Dobra, idę na Ścinawkę Górną. Pada coraz mocniej, po drodze patrzę na możliwości ewentualnego zakwaterowania się na jakimś przystanku lub czymś podobnym. Przystanek jest, ławka jest, dach też jest, więc to już jakaś opcja.
Jednak próbuje po kolei we wszystkich napotkanych agroturystykach - jedna, druga, trzecia i nic… Próbuje dalej. W jednej z „agroturystyk” kobieta prowadząca ją, okazuje mi wielkie oburzenie... że niby co ja sobie wyobrażam? Na jedną noc? Jedna osoba? Pan chyba nie poważny jest… Ale mnie baba wkurzyła. Osiągając szczyty chamstwa jeszcze głupio się pyta co zrobię. Mówię, że pójdę na przystanek spać. Babsztyl jest na tyle bezczelny że pokazując mi palcem przystanek życzy mi dobrej nocy… Bez żadnego skrępowania, i wyrzutów mówię jej co o tym myślę… i o niej też.
Idąc z rezygnacją na ten przystanek byłem trochę podłamany, bo zmęczenie dało mi się we znaki niesamowicie. Ale chyba szczęścia trochę mam, bo widzę jakiś napis na kamieniu „Agroturystyka Zielony Gaj” – myślę sobie zobaczę jeszcze tutaj. Pytam starszych ludzi przed domem czy to ich dom i czy istnieje możliwość noclegu dla mnie. Przyjmują mnie bez problemu, a cena… naprawdę niska:). Kurde mam farta - gospodyni robi mi herbaty i pyta czy coś jeszcze potrzebuje – czego mi więcej było trzeba:)? Jak się jeszcze okazuje- specjalnie dla mnie napalili w piecu żebym mógł wysuszyć wyprane rzeczy. Trochę rozmawiam z gospodynią, bardzo miła i sympatyczna kobieta. Jestem jednak zmęczony i przed 21 już śpię.
192 kilometry za mną, jutro najmniej męczący dzień, teren też nie będzie wybitnie ciężki bo tylko kilka wzniesień po drodze do Karłowa będzie.



Niedziela 1 maja – dzień 7

Ścinawka Średnia – Wambierzyce – szosa Radków-Karłów – Karłów

Nie wiem po co ale wstaje po 7. Dzisiaj zbyt dużo do przejścia nie mam a i teren jest dosyć łatwy. Witam się z gospodynią, która od rana gotowała już jakieś przysmaki. Herbata już na mnie czeka, a gospodyni prosi do stołu. Po chwili dostaję ogromny talerz rosołu, jakieś kanapki, ciastka itp. Czuję się nieswojo, ale gospodyni nalega bym jadł. Wdajemy się w rozmowę, która trwa prawie 3 godziny. W moją stronę lecą same komplementy, jest mi tak niezręcznie. Szefowa mówi, że ma nosa do ludzi i wie że jestem dobrym człowiekiem:) co ja mogę rzecz? Miło jest to słyszeć i coś w tych słowach musi być :). Przed 10 pakuje plecak i ruszam dalej. Na odchodne dostaje jeszcze worek owoców i butelkę wody. Szefowa prosi również o to bym zadzwonił z informacją czy mi się udało dojść tam gdzie zamierzałem. Żegnam się i wracam w miejsce gdzie skończyłem wczoraj marsz.
>>>Wszystkim którzy będą planować nocleg w okolicach Ścinawki Górnej polecam gorąco AGROTURYSTYKĘ „Zielony Gaj” u państwa Majkowiczów, bardzo sympatyczni ludzie<<<
Dziś dzień beatyfikacji Jana Pawła II w Wambierzycach będzie pewnie mnóstwo ludzi. Do samych Wambierzyc dochodzę w 1,5 godziny, po drodze spotykając kilkanaście saren. Szlak prowadzi tutaj polnymi drogami. Gdy szedłem tędy kilka lat temu padał dość mocny deszcz i te polne drużki zamieniły się w jedno wielkie błoto. Pamiętam że wchodząc do Bazyliki w Wambierzycach myliśmy buty w kałużach:).
W Ratnie Dolnym szlak schodzi do szosy która dalej prowadzi do samych Wambierzyc. W międzyczasie dostaje telefon od Łucji, z którą to sobie dość długo rozmawiam. Fajnie jest usłyszeć jakiś znajomy głos. Tak jak się spodziewałem w Wambierzycach - ludzi co niemiara. Początkowo chcę pójść do Bazyliki, ale zniechęca mnie liczba osób będąca przed nią. Niczego nie potrzebuję, więc idę dalej.
Mijając Wambierzyce przeszedłem 200 kilometra GSS. Zrzucam plecak i myślę z czego by tu ułożyć napis 200 KM. Padło na kwiaty żółtego mlecza. Fajnie to wygląda na zielonej trawie.
Nie spieszę się zbytnio, mam dzisiaj dużo czasu, mijam Studzienno i wchodzę do Parku Narodowego Gór Stołowych, śmieszy mnie trochę tabliczka z napisem UWAGA TEREN MONITOROWANY – wielki brat patrzy :).
Im bliżej Skalnych Grzybów jestem - tak ludzi jakoś więcej. Dostaje kolejny telefon. Tym razem dzwoni Szymon. Dzisiaj chyba wszyscy sobie przypominają o mnie i dzwonią:). Gdy mijam Skalne Grzyby zatrzymuje mnie pewna pani i pyta:
- przepraszam te Skalne Grzyby to daleko?
- proszę Pani widzi pani te skałki? A tamte ? i jeszcze te…?
- no widzę
- to są właśnie Skalne Grzyby, i jeszcze pójdzie Pani troszkę dalej to będzie tych skalnych form jeszcze więcej
Zabawne, ale takich osób pytających się o nie, było bardzo dużo. Dochodząc do szosy Radków-Karłów odpoczywam chwilę. I kolejny telefon tym razem od Anki.
Dalsza droga, bardzo przyjemna, łatwa i tylko jedno podejście przed samym Szczelińcem. I właśnie na tym podejściu Maciej sobie idzie i nagle jebut, coś spada mu na głowę… Miałem tyle szczęścia, że przycelowała mnie spadająca szyszka, która zrobiła mi niezłego guza na głowie.
Dochodzę pod wejście na Szczeliniec Wielki (919m) i oczom nie wierzę. Masa ludzi - wejście odbywa się tylko jednym podejściem, bo drugie jest remontowane. Przez to wytworzyła się jedna wielka kolejka. Wchodząc na górę czasami zwyczajnie trzeba stać kilka minut aż osoby schodzące z góry przepuszczą te wchodzące pod górę. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Pod schroniskiem Na Szczelińcu istny piknik, nigdzie nie ma miejsca, żeby usiąść – masakra. Z punktu widokowego robię zdjęcia do panoramy. Pogoda jest rewelacyjna. Proszę jakąś kobietę żeby pstryknęła mi kilka zdjęć, po czym uciekam z tego tłocznego miejsca do Pasterki, w której zamierzam nocować.
W schronisku Pasterka dostaję karteczkę i wskazówki, żebym udał się do ośrodka Szczelinka, bo tam właśnie czeka na mnie pokój. Wcześniej jeszcze zamówiłem jedzenie, na które czekam prawie godzinę. Odkupuję jeszcze trochę chleba i idę do swojej kwatery. Pokój mam na poddaszu, jest całkiem przyjemnie. Kąpię się w zimnej wodzie bo ciepłej nie ma :). Później biegam i szukam zasięgu by móc się zameldować w domu i u Magdy, że doszedłem cały i zdrowy żeby się nie martwili. Wieczór spędzam przy krzyżówkach. Przed 21 już śpię.



Poniedziałek 2 maja – dzień 8

Karłów – Błędne Skały – Kudowa Zdrój – Duszniki Zdrój

Jakoś w nocy spać nie mogę czego skutkiem jest to, że przed 5 jestem już na nogach. Nie specjalnie chce mi się iść tak wcześnie, więc zaczynam sobie rozwiązywać krzyżówki.
Dzisiaj planuje dojść do Dusznik Zdrój, przez Błędne Skały i Kudowę Zdrój. Do przejścia około 27 kilometrów.
Wracam z Pasterki do wejścia na Szczeliniec, w miejsce gdzie skończyłem wczoraj. Mimo, że jest przed 8 rano Karłów jeszcze śpi. Ani jednej żywej duszy nie widać.
Powoli zaczynam wchodzić na górę Skalniak (915m), po drodze trochę wiatrołomów i błota. A co najbardziej mnie zaskakuje to piasek, na wypłaszczeniu. Nigdy się z czymś taki nie spotkałem wcześniej. Schodząc ze Skalniaka spotykam pierwszą dziś osobę na szlaku. Zagaduję do faceta, rozmawiamy sobie trochę.
Pogoda dzisiaj dobra, czas mam dobry, choć tempa nie forsuję. Przed wejściem w labirynt Błędnych Skał jem śniadanie.
Przejście Błędnych skał to nie lada gimnastyka, zwłaszcza że mam ze sobą plecak i często jest tak, że plecak biorę w ręce i przeciskam się z nim:). Ludzi coraz więcej, po 25 minutach opuszczam labirynt. Pod kasami stoi 30-40 metrowa kolejka niedzielnych turystów :). Do Kudowy już nie daleko. Szlak prowadzi ciągle w dół co odbija się na moich kolanach. Przez Kudowę przechodzę bardzo szybko, przysiadam pod altaną dopiero pod budynkiem dyrekcji Parku Narodowego Gór Stołowych. Tam podchodzi do mnie jakiś pan i pyta o kaplicę czaszek oraz park linowy, wskazuje mu drogę i odchodzi. W budynku dyrekcji mieści się muzeum żab, nie wchodzę, bo żaby mnie nie kręcą a naoglądałem ich się wystarczająco po drodze. Dalej szlak prowadzi asfaltem, dopiero w Jerzykowicach Wielkich odbija w prawo i wiedzie polnymi drogami, gdzie na drodze stają mi trzy płoty przy których znajdują się drabinki przez które spokojnie przechodzę dalej. Dalsza droga to nic specjalnego, mijam Przełęcz Lewińską. Idąc trochę pod górę przez ogromną łąkę. Zatrzymuję się, obracam i widzę niesamowite widoki na Wzgórza Lewińskie. Lubię ten stan, gdy mogę usiąść w samotności na polanie, a przed oczami mieć taki oto widok. Wsłuchiwać się z jednej strony w leśną ciszę, z drugiej strony w szum aut i pociągów. Wówczas mam poczucie szczęścia i swobody, cudownego zawieszenia nad codziennymi sprawami i problemami pozostawionymi tam na dole. Wtedy czuję, że świat należy do mnie!
Czas mam dobry więc ustawiam budzik i kładę się na tej łące by trochę odpocząć. Po krótkiej drzemce kieruje się w stronę góry Grodczyn (803m). Tuż przed ruinami zamku Homole, mam awarie - prawe kolano odmówiło mi posłuszeństwa. Niesamowity Ból sprawia, że siadam na ziemi. Plecak rzucam obok i … dupa. Smaruje kolano maścią, biorę coś przeciwbólowego. Do Dusznik już naprawdę niedaleko, ale wydaje mi się ,że ni cholery nie pójdę dalej, nie dam rady. Próbuje się jakoś zmotywować do dalszej drogi. Nie chcę rezygnować i wracać do domu. Nie teraz gdy jestem już tak blisko przejścia całego szlaku. Przeszedłem sam już prawie 240 kilometrów. Byli tacy co mówili, że i tak zrobiłem już dużo, żebym wracał ale ja nie mogę się poddać. Za bardzo zależy mi na przejściu tego. Ten upór stawia mnie na nogi i powoli idę dalej. Czasami, a nawet częściej boli tak mocno, że po policzkach spływają mi łzy… ALE IDĘ. Idę dalej. Żeby się skały posrały do Paczkowa dojdę:).
Udało się doszedłem do Dusznik. Teraz pozostaje jeszcze znaleźć jakieś miejsce do spania. Nikt na jedna noc nie chce mnie przyjąć. Dzwonię do domu, żeby mama podała mi numer do schroniska Pod Muflonem. Jest dobrze - mam gdzie spać. Robię małe tourne po źródłach wód mineralnych.
W schronisku Pod Muflonem jestem pierwszy raz. Typowe schronisko z takim specyficznym klimatem. Nocleg kosztuje mnie psie pieniądze. Dostaję pokój kilkuosobowy, do którego później dokwaterowują mi jeszcze jedną osobę. Trochę dziwny gość, ale co zrobić :) przed 22 już śpię.
Dzisiaj przez tą „awarię” miałem najgorszy dzień od początku mojej wędrówki. Jutro najłatwiejszy dzień z całej trasy. Zdecydowana większość drogi będzie wiodła Autostradą Sudecką (droga nr 389), więc źle nie będzie. Coraz bardziej wierzę w to, że uda mi się dojść do Paczkowa:)


Wtorek 3 maja – dzień 9

Duszniki Zdrój – Kozia Hala – Zieleniec – Rozdroże pod Uboczem – PTTK Jagodna

9 dzień mojej wędrówki Głównym Szlakiem Sudeckim. Budzę się przed 7 rano. Mój współlokator też się budzi z tą różnicą, że ja jeszcze sobie leżakuje a on na bezczelnego rzuca butelkami, hałasuje - taka wredna gnida z niego. Ponownie stwierdzam, że jakiś dziwny ten gościu. Na moje „Dzień dobry panu” nawet nie odpowiada, tylko zbiera się do wyjścia. Ani on, ani ja nie widzieliśmy co się dzieje za zasłoniętym oknem. Pan Marek przemówił! Wychodząc, żegna się. Pozdrawiam go i życzę przyjemnego wędrowania i braku jakichkolwiek opadów, bo słyszałem wczoraj w radiu że ma dziś sypać śniegiem. W odpowiedzi słyszę, że nie wydaje mu się aby miało dzisiaj padać… w tym momencie Maciej wstaje i odsłania okno!!! O KU**A!!! Ale jestem zaskoczony widokiem zza okna. Wszędzie biało i co gorsza ciągle sypie śniegiem. Ripostuje szybko wypowiedź pana Marka i mówię że mi się jednak wydaje że będzie dzisiaj padał śnieg :). Ten wyglądając przez okno ze zdziwieniem reaguje tak samo jak ja :).
Kto by się spodziewał takiego opadu śniegu 3 maja. Moje szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że miałem iść dzisiaj tym asfaltem. I to miał być najłatwiejszy dzień? Komuś tam na górze zależy chyba żeby mi się jednak nie udało przejść GSS:).
Jakoś niekoniecznie chce mi się iść dalej. Mozolnie pakuję plecak, chwilę rozmawiam z właścicielką oddając kluczyk od pokoju i wracam w miejsce w którym skończyłem wczoraj marsz. Przede mną pojawiła się taka jedna mała, niepozorna górka. Idę powoli idę i mówię sobie w myślach: Maciek tylko się nie wywróć, tylko się nie wywróć bo będziesz cały mokry, tylko… jebut! Poślizg i leżę na ziemi:)
Przechodzę przez zaśnieżony Park Zdrojowy, by po chwili wchodzić już pod górę w stronę Koziej Hali. Ciężko jest odnaleźć oznaczenie szlaku - wszystko zasypane śniegiem, który zresztą ciągle intensywnie pada. O ile idąc lasem nie przeszkadzało mi to tak bardzo, tak na otwartej przestrzeni dokucza mi on dość mocno. W lesie zarówno przede mną jak i za mną łamie się dużo gałęzi. Bywa nawet, że jakieś drzewo łamie się i kładzie przede mną – trzeba uważać. Na Koziej Hali jestem po niespełna godzinie, wychodzę na Autostradę Sudecką i kieruje się w stronę Zieleńca. Czasami przejeżdża jakieś auto próbujące wydostać się z zaśnieżonego terenu. Raz nawet pomagam wypchać jedno auto z zaspy.
Uczucie zimna potęguje intensywny, zimny wiatr. Moje bawełniane rękawiczki szybko mokną a ręce chowam do kieszeni by je ogrzać. Pędzę do Zieleńca ile sił w nogach z myślą, że ogrzeję się w tamtejszym schronisku. Jest mi cholernie zimno, rzeczy przemokły a w pewnym momencie kurtka zwyczajnie mi zamarzła dodatkowo utrudniając przemieszczanie się. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takich warunków. W pewnym momencie zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Przed Zieleńcem widzę kilka aut niemogących podjechać pod górkę - nie mogą również cofnąć bo tam też górka. Jeden z kierowców pyta czy mam zasięg w telefonie bo chcieliby zadzwonić po jakąś odśnieżarkę. Niestety zasięgu u mnie brak, kierowca pyta gdzie idę i czy nie chce wejść do auta się ogrzać. Dziękuje i mówię, że do Zieleńca niedaleko i tam w schronisku się ogrzeję. Proponuje mi jeszcze gorącej herbaty, którą przyjmuje bardzo chętnie:).
W Zieleńcu jestem po 1,5 godzinie. Ani jednej żywej osoby. Udaję się do schroniska, łapie za klamkę i … Nic. Łomoczę we framugę i… Nic! JA PIER**LE ! Wszystko pozamykane - nie mam gdzie się ogrzać ani schować przed padającym ciągle śniegiem.
Dobra - jest jakiś przystanek. Zakładam wszystkie ciuchy jakie mam w plecaku byle było mi tylko choć odrobinę cieplej, zjadam resztki czekolady i ogrzewam dłonie. I co ? Nie pozostaje mi nic innego jak iść dalej. Co innego miałem zrobić? Słyszę dzwoniący telefon, dzwoni Szymon, pyta się jak jest u mnie i czy nie potrzebuję pomocy itp… Nie raz szedłem w takich warunkach i dawałem radę to i teraz sobie poradzę :). Kilka kilometrów za Zieleńcem przestaje padać, robi się trochę cieplej. Przed Lasówką mija mnie pług, który oczyszcza drogę z zalegającego śniegu. Dalsza droga to asfalt, asfalt i jeszcze raz asfalt i tak aż do Rozdroża Pod Uboczem, tam odbijam w leśną drogę. A śniegu było tam po kolana:). Po 6 godzinach od wyjścia ze schroniska w Dusznikach jestem przed Spaloną, gdzie mam nocować.
Wchodzę do schroniska Jagodna. Nikogo prócz mnie i obsługi w budynku nie było, dostaję kluczyk i idę rozłożyć się w pokoju. Grzejniki zimne, prądu nie uraczysz. Czyli ani ciepłej wody nie ma ani nici z obejrzenia finału Pucharu Polski między Lechem a Legią w telewizji. Standartowo zamawiam podwójne pierogi i żurek. Chylę czoło bo to są chyba najlepsze pierogi jakie do tej pory jadłem:).
Myje się w zimnej wodzie, buty wypycham papierem żeby osuszyły się trochę. Wystarczyło że przykładam głowę do poduszki i odpływam. Budzą mnie dopiero wiadomości od poznanych wcześniej Ani i Bartka z pytaniami jak sobie radzę w taka pogodę. Dzwoni też Szymon.
Piszę też do domu, że jestem cały i zdrowy.
Przychodzi wieczór a wraz z nim piękne przejrzyste niebo i jakże gwieździste. Czas się zatrzymuje - siedzę pół nocy wpatrując się w gwiazdy – uwielbiam siedzieć i gapić się w niebo:). Myślę sobie jutro będzie ładny dzień.
Prawie 270 kilometrów już za mną, czuję się coraz bardziej pewny tego że mi się uda. To miał być niby łatwy dzień a tu taka niespodzianka za oknem czekała. Teraz już mnie nic nie powstrzyma:)


Środa 4 maja – dzień 10


PTTK Jagodna – Długopole Zdrój – Igliczna – PTTK Na Śnieżniku

Budzą mnie promienie słońca wpadające do pokoju przez okno. Patrzę przez nie i widzę przepiękną słoneczną pogodę, pełno śniegu. Po prostu piękna zima… Chwila, chwila przecież to początek maja :). O 8 ma być czynny bufet, pod drzwiami do schroniska słyszę dobijającego się turystę. Jak się okazuje nie dość, że jestem jedyną osobą w całym budynku to jeszcze jest on zamknięty.
Spakowany i gotowy do wyjścia schodzę na jakieś śniadanie. Tą dobijającą osobą jest starszy pan z ogromnym plecakiem :). Pytam skąd idzie?
- Dziś z Długopola.
- Ooo… a jak drogą? - w końcu dzisiaj będę tamtędy szedł.
W odpowiedzi słyszę:
- Tutaj na asfalcie ślisko jak cholera, ale potem nie jest źle.
W dalszej rozmowie dowiaduje się, że starszy pan również przemierza GSS tylko że w drugą stronę do Świeradowa.
Przed 9 opuszczam schronisko, pogoda jest rewelacyjna, aparat nie przestaje pstrykać zdjęć. I tak jak mówił w schronisku starszy pan, na ulicy ślisko jak cholera. Robi się coraz cieplej, śnieg jest mokry. Przed Długopolem Zdrój wchodzę na ambonę a stamtąd pstrykam kilka Seri zdjęć do panoram. Widoki po prostu piękne. Przechodzę przez Długopole i kieruję się w stronę stacji PKP, przy której szlak odbija pod górę. Drogę znam tutaj doskonale. Ostatni raz byłem tutaj w listopadzie ubiegłego roku. Idąc prawie ciągle przez pole, chyba wiem skąd wzięła się nazwa Długooopole Zdrój :).
Przed Wilkanowem rozpościera się panorama na cały Masyw Śnieżnika. A szlak wychodzi na asfaltową drogę, prowadzącą do samego Wilkanowa. Mijam cmentarz i już widzę budynek Sanktuarium Marii Śnieżnej na Iglicznej (845m), gdzie niebawem dojdę.
Za Wilkanowem jest mój „ulubiony” odcinek szlaku, same pola i ja zawsze jak idę tamtędy to w pewnym momencie schodzę ze szlaku i idę na przełaj, nie wiem jakieś fatum czy co :) - tak jest i tym razem. Wejście na Igliczną bardzo ale to bardzo powolnym tempem zajmuje 25 minut. Mam dobry czas jest dopiero 14.30 na Halę pod Śnieżnikiem dojdę w 3 godziny. Zamawiam sobie obiad, i dyskutuję prawie godzinę z właścicielką.
Do pokonania zostało mi naprawdę niewiele, dzisiaj jeszcze tylko zejście do Międzygórza, po raz kolejny zahaczę o wodospad Wilczki i potem tylko wejście do schroniska. Przed samym wodospadem mija mnie bardzo liczba wycieczka szkolna, wymijam jakąś zakochaną parkę i schodzę schodami do wodospadu. Chęć zrobienia kilku/kilkunastu zdjęć z różnymi czasami otwarcia migawki jest silniejsza ode mnie i mimo, że wodospad znam dobrze i tak postanawiam iść do niego:).
Mijane wcześniej zakochańce proszą, o zrobienie im kilku zdjęć na tle wodospadu.
W Międzygórzu robie sobie jakieś drobne zakupy, oczywiście nie obyło się bez Tymbarka i jego proroczych napisów na nakrętkach :).
Ulicą Śnieżną opuszczam miejscowość, mijając nową siedzibę Goprowców.
Widzę znak do Schroniska Na Śnieżniku „1,5 godziny”, idę dalej. Jakieś 20 minut dalej kolejny znak tym razem już do schroniska Na Śnieżniku „1.45 h”, coś tutaj chyba nie pasuje- prawda?
Takich nazwijmy to głupstw na całym szlaku spotykam wiele.
Ostatnie już dziś podejście, gęba mi się sama cieszy - bo to praktycznie ostatni tak męczący dzień. Teraz to już będzie z górki. W kieszeni ciągle trzymam ten kapsel z napisem UDA SIĘ…
Spokojnie wchodzę sobie na Halę Pod Śnieżnikiem, podziwiając widoki i zachodzące słońce.
Melduje się w schronisku, gość woła 40 zł za pokój, mówię proszę odliczyć zniżki członków PTTK
- to ile to 10%
- nie 20%
- na pewno, a nie 15?
- nie 20% i już, nie daje się wykiwać
Teraz jeszcze trochę matematyki… Trochę nierozgarnięty gościu ma problem z podaniem mi kwoty jaką miałbym zapłacić za nocleg, nawet kalkulator nie mógł mu z początku pomóc:).
Byłem tu już kilka razy - ostatni nocleg skończył się tym że kilka osób biegało w nocy przy –minus 20 stopniach wokół schroniska na golasa. Ja też – a co :)?

W końcu gorąca wodą pod prysznicem:). Czysty i pachnący idę zjeść jakiś drugi obiad. W bufecie siedzą dwie osoby. Po chwili proponują bym się do nich przysiadł …
- cześć jestem Maciek
- cześć Olek a ja… ( tutaj na śmierć zapomniałem jak na imię miała dziewczyna Olka, jak się dowiem to uzupełnię braki:))

Jak zwykle zamawiam żurek i podwójne pierogi. I o ile żurek jest znośnie dobry to pierogi to totalna porażka - kupne, niedobre i nie do zjedzenia. Część z nich oddałem z powrotem do kuchni.
Z nowo poznanymi osobami siedzimy sobie i dyskutujemy. O jak fajnie jest z kimś pogadać. Jak mi brakowało kontaktu z jakimiś ludźmi:). W trakcie rozmowy schodzimy na temat zwierząt spotkanych w górach. Dziewczyna Olka mówi, że ona to by chciała jeszcze zobaczyć w górach muflona, a ja na to, że widziałem po drodze muflony i na dowód moich słów pokazuje im zdjęcia.
Olek pyta czy będę pisał jakaś relacje z przejścia szlaku, zostawia mi namiary na siebie i prosi o wysłanie jej kiedy takowa powstanie. Oboje byli bodajże z Warszawy.
Rozchodzimy się po pokojach. Próbuję usnąć, ale skutecznie przeszkadzają mi w tym, (i chyba nie tylko mi) narwane małolaty biegające po całym budynku. W sumie nie przeszkadza mi to. W głowie mam tylko jedno – myśl, że to już końcówka zostało mi raptem 50 kilometrów do przejścia. Co to jest w porównaniu z tymi pokonanymi 300 kilometrami:)?



Czwartek 5 maja – dzień 11

PTTK Na Śnieżniku – Przełęcz pod Chłopkiem – Lądek Zdrój – Orłowiec – Złoty Stok

Zapowiada się długi i męczący dzień, do przejścia 36 kilometrów, niby nic w porównaniu z tym co już przeszedłem, ale wiem, że leżący śnieg będzie skutecznie utrudniał wędrówkę. Przed 8 jestem już na szlaku. Jest cholernie zimno i dość dużo śniegu póki jest zmrożony nie sprawia on takiego problemu. Gorzej będzie później, gdy się ociepli i ten śnieg będzie topniał.
Idzie się dość ciężko, najpierw podejście na Żmijowca (1153m). Znów muszę przyznać, że czasami warto się zatrzymać i popatrzeć za siebie. Sprzyjająca pogoda sprawia, że widoki zapierają dech w piersiach. Docieram na wieżę widokową na Czarnej Górze(1205m) skąd (w co trudno uwierzyć) rozpościerają się jeszcze piękniejsze widoki.
Coś dzisiaj nie idzie mi za bardzo - mam dość duże opóźnienie względem przyjętego planu. Wszystko wina śniegu, po którym nie idzie mi się najlepiej.
W międzyczasie układam napis 300KM, bo przeszedłem 300 kilometrów:).
Tak czy inaczej myślę sobie : - Jeżeli dalej też będzie tyle śniegu to nie ma bata żebym doszedł dzisiaj do Złotego Stoku, po prostu nie dam rady.
Mijam Przełęcz Puchaczówka, Wilczyniec(877m) i dopiero przed Przełęczą Pod Chłopkiem na drodze nie ma już w ogóle śniegu. Dochodzę do Kątów Bystrzyckich. Wieś jakby obumarła - ani jednej żywej istoty. Same zrujnowane, stare domy. Ze wzgórza naliczam dwa zamieszkałe domy i jakiś kościółek.
Zbliżam się do Lądka Zdroju, szlak prowadzi mnie na rynek. Pamiętam kilka lat temu będąc tutaj na rajdzie na środku rynku spożywałem śniadanie:).
Kupuje sobie jakieś jedzenie i opuszczam zatłoczony ryneczek. Tuż za miasteczkiem, na wzgórzu korzystam z powalonych drzew i tam konsumuje zakupione wcześniej produkty. W tym momencie do Złotego Stoku pozostało około mi około 15 kilometrów jakieś 4 może 5 godzin marszu.
Trasa nie jest specjalnie trudna, we wsi Orłowiec szlak wiedzie ulicą, przed kościołem skręca w lewo. Dochodzę do Przełęczy Jaworowej i tam znowu pojawia się śnieg, ale specjalnego wrażenia na mnie już nie robi. Powolutku wchodzę na Jawornik Wielki (872m). Trochę dalej oczom ukazuje mi się przepiękna panorama rozciągająca się od Gór Sowich na zachodzie - po miasto Nysa na wschodzie. W Górach Złotych jestem pierwszy raz, kiedyś na studiach koleżanka z grupy mówiła mi, że jest tutaj pięknie. Miała rację. Czuję jednak niewielki niesmak - w miejscu, gdzie poustawiane są ławki widok przesłaniają liczne drzewa. Ale to już jest chyba normalnością, że liczne punkty widokowe, czy też wieże widokowe poprzerastane są przez drzewa ograniczające widoki z tych miejsc.
Dobrze, że na samym szczycie Jawornika Wielkiego jest ta mała wieża widokowa, a widoków z niej nic nie zasłania:)
Myślę sobie : - Teraz tylko zejść wzdłuż Złotego Potoku, Złotym Jarem do Złotego Stoku… dużo tego złota:)
Tuż przed samym miasteczkiem spotykam dziś pierwszą osobę na szlaku, którą był pracownik usuwający z drogi skutki tego gwałtownego opadu śniegu.
- spacer ? – Pyta.
- końcówka spaceru.
- a skąd idziesz?
- dzisiaj ze Śnieżnika a ogólnie to ze Świeradowa Zdroju
- o ku**a to kawał drogi zrobiłeś chłopaku, i to tak sam bez nikogo
- tak sam idę :)
Zanim wyruszam dalej chwilę rozmawiamy. W Złotym Stoku jestem pierwszy raz, ale wiem, że wrócę tutaj choćby dla tego parku linowego który mijałem :). Znajduje swoją kwaterę w której będę nocował, lokuje się w pokoju zrzucam rzeczy, siadam na łóżku i cieszę się jak głupi bo wiem, już wiem że mi się udało. Jutro zostało tylko 15 kilometrów do Paczkowa.
Na kolację idę do wskazanej przez właściciela kwatery pizzerii, bardzo klimatyczne miejsce. Biorę jedzenie ze sobą i wracam do pokoju. I tak kończy się przedostatni dzień mojej wyprawy.

Mógłbym iść dalej do Paczkowa, przejść dzisiaj te 50 kilometrów i skończyć dzień wcześniej niż planowałem, ale jest jeden mały problem. Zwyczajnie nie miałbym się jak wydostać z Paczkowa do domu. Więc na spokojnie zostawiam to na dzień jutrzejszy.


Piątek 6 maja – dzień 12

Złoty Stok – Paczków

Ostatni dzień mojej przygody z Głównym Szlakiem Sudeckim. Dziś do przejścia raptem 15 kilometrów - praktycznie po płaskim terenie. Na spokojnie około 9 wychodzę na szlak. Tabliczka mówi że do Paczkowa dojdę w 3.45 h, czas z mapy mówi natomiast że dojdę w 3.20h a ja mówię sobie, że dojdę w nieco ponad 2 godziny :). Planuje wysłać kilka pocztówek, ale nie jestem pewien czy Paczków takowe posiada, w informacji turystycznej kobieta też nie była pewna więc zachodzę pod kopalnie złota i kupuję na wszelki wypadek trochę pocztówek.
Jest piękna słoneczna pogoda. Szlak wiedzie wzdłuż drogi krajowej by zaraz za Złotym Stokiem odbić w lewo gdzie dalej prowadzi wzdłuż drogi. Cały czas od samego rana na mojej buzi gości uśmiech od ucha do ucha. Po chwili szlak odbija w las i wychodzi znowu na ulicy tylko, takiej - mniej uczęszczanej. Według mnie idiotyczne, ale… okej. Są mądrzejsi np. tacy co tyczyli szlak :). Przede mną dwie miejscowości najpierw Błotnica potem Kozielno. Idę początkowo drogą w lesie, potem do samego Paczkowa to sam asfalt. Z lewej strony widoczne są dwa duże zbiorniki wodne Topola i Kozielno. W oddali widzę już Paczków. Ale jestem z siebie dumny. Cieszę się sam do siebie. Wyciągam z kieszeni ten kapsel z napisem „UDA SIĘ” i mówię do niego nie Tymbarku nie „uda się” tylko UDAŁO MI SIE :). Paczków już coraz bliżej. Z prawej strony widzę wielu ludzi pracujących przy plantacji chmielu. Nagle moim oczom ukazuje się tabliczka z nazwą miejscowości, ależ jestem dumny z siebie…. Jak paw!
Mam taką cichą nadzieję, że może zobaczę kogoś znajomego czekającego na mnie tam na końcu szlaku, ale to tylko taka cicha nadzieja raczej nieprawdopodobne, bo wszyscy pracują.
Bardziej liczę na to że po powrocie do Legnicy przywita mnie ktoś na dworcu:).
Pierwsze co, to wpadam na pocztę w Paczkowie i pytam: pocztówki są? Są, o to super to ja poproszę 10, i tak mija mi trochę czasu zanim je wszystkie wypisałem.
A właśnie do Paczkowa doszedłem dokładnie w 2.10 h:)
Potem zmierzam ku stacji PKP, gdzie szlak się kończy. Na drzewie naprzeciw budynku stacji widzę, kropę oznaczającą koniec mojej wędrówki. Siadam na chwile pod tym drzewem i cieszę się jak małe dziecko które otrzymało wymarzoną zabawkę :).

Wracam do centrum miasteczka w poszukiwaniu jakiegoś przystanku PKS, pytam się przechodzącej kobiety - ta podprowadza mnie pod przystanek.
Okej za 30 minut mam PKS do Nysy.
W Nysie mam tyle szczęścia, że od razu podstawiono autokar do Wrocławia. Teraz ponad dwu godzinna podróż klimatyzowanym autokarem, oh jak przyjemnie:). We Wrocławiu odbiera mnie Anka, do której idę na obiad i plotki.
O 20 wsiadam do pociągu do Legnicy, spotykam kolegę ze studiów, któremu opowiadam o swojej przygodzie.
Cały czas zastanawiałem się nad tym czy ktoś przyjdzie na stacje mnie przywitać. O 21 jestem w Legnicy… i sam wracam do domu.


I tak skończyła się moja 12 dniowa przygoda z Sudetami. Mimo różnych przeciwności, mimo doskwierającej samotności i cholernemu bólowi kolan który był chyba moim największym „przeciwnikiem” każdego dnia, udaje mi się pokonać samemu 350 kilometrów przechodząc cały Główny Szlak Sudecki im. M. Orłowicza.
Była to pierwsza taka długa wyprawa w moim życiu. Zapewniam, że nie ostatnia. Jeden długodystansowy szlak mam już zaliczony, na kolejne już się przymierzam.
Myślę, że na GSS wrócę jeszcze, tylko tym razem przejdę go w drugą stronę z Paczkowa do Świeradowa. I znając już swoje możliwości 7-8 dni wystarczy mi w zupełności.

Dodam jeszcze podział trasy na odcinki i czas przejścia. Od razu podkreślam, że podany czas uwzględnia tylko i wyłącznie czas marszu (bez odpoczynków, jedzenia itp). Odległości podane w tabeli zapożyczone są z książki Zbigniewa Garbaczewskiego. Natomiast jeżeli chodzi o czas przejścia całego szlaku to wg moich map to 97.35h jak widać poniżej ja przechodzę go około 10 godzin szybciej.
Obrazek



Link do galerii ze zdjęciami:
https://picasaweb.google.com/maciekkolo ... directlink
Ostatnio zmieniony 16-06-2011 18:47 przez maciejowy, łącznie zmieniany 1 raz.

Red-Angel
podróżnik
Posty: 184
Rejestracja: 25-12-2010 23:26
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Red-Angel » 15-06-2011 23:12

Świetna wyprawa, opis rewelacyjny, przeczytałem cały za jednym razem. A teraz oglądam sobie zdjęcia (swoją drogą mam plan spróbować zmierzyć się z tym szlakiem w lipcu).

Tak z ciekawości, ile zajmowały Ci średnio dzienne odcinki trasy?

PS. Zdjęcia wraz z podpisami samodzielnie mogłyby robić za relację, bardzo fajnie się oglądało - zdjęcia też niczego sobie.

PS2. Wiesz może ile Twój plecak ważył?

Awatar użytkownika
Ariel Ciechański
obieżyświat
Posty: 846
Rejestracja: 17-11-2008 10:54
Lokalizacja: Skierniewice

Postautor: Ariel Ciechański » 16-06-2011 09:13

Chłopie!! Wielkie Gratulacje - z okazji przejścia jak i super relacji :-)

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4403
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Postautor: buba1 » 16-06-2011 11:23

maciejowy pisze:- tam stado wilków, głodnych jak chuj nie idź tam chłopaku (śmiech), chodź z nami na dół na piwo
- dziękuje za propozycje napitku


oj trzeba miec zelazna wole w takich momentach ;) ja bym sie chyba zlamala ;)

maciejowy pisze:śmieszy mnie trochę tabliczka z napisem UWAGA TEREN MONITOROWANY – wielki brat patrzy Smile.


Na wielkiej sowie tez widzielismy taki cudny napis..
az by sie chcialo takiej kamerce kamieniem porzadnie przywalic, zeby przestala sledzic ludzi w gorach..

https://picasaweb.google.com/maciekkolo ... 2705577618

ale skad ta radosc?? ja to przynajmniej tak mam , ze koniec udanego wyjazdu zawsze łaczy sie ze smutkiem, ze juz wszystko za mna i trzeba wracac do domu.. To chyba nie powod do wesolosci jak konczy sie cos fajnego..
A najwieksza radosc to jest w pierwszy dzien- gdy jeszcze wszystko ma sie przed soba.. albo jak czlowiek sie pakuje- i jeszcze nie ubywa tych pieknych chwil .. :wink:
Ostatnio zmieniony 16-06-2011 11:43 przez buba1, łącznie zmieniany 1 raz.
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3958
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 16-06-2011 11:40

buba1 pisze:ale skad ta radosc??


przeciętny człowiek w momencie osiągnięcia założonego/wymarzonego celu się cieszy, a nie smuci
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4403
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Postautor: buba1 » 16-06-2011 11:49

Pudelek pisze:
buba1 pisze:ale skad ta radosc??


przeciętny człowiek w momencie osiągnięcia założonego/wymarzonego celu się cieszy, a nie smuci


Jesli celem jest koniec wyjazdu i powrot do domu to ok...

Myslalam ze przecietny czlowiek sie cieszy jak przezywa cos fajnego i cos fajnego ma przed soba.. a nie "za soba".. Jak przebywa w pieknych okolicznosciach natury, wsrod gorskich widokow, zapachow i szumu wiatru.. Chyba ze caly wyjazd jest udręka i czlowiek sie cieszy ze sie wreszcie skonczyl..

to tak jakby najbardziej sie cieszyc w niedzielny wieczor , ze weekendowy wyjazd juz minal, juz sie go "zaliczylo" i mozna z poczuciem dobrze spelnionego obowiazku z radoscia wracac do pracy.
Bo ja to sie najbardziej ciesze w piatkowy wieczor- ale ja sie pewnie nie znam ;)


maciejowy pisze: Lubię ten stan, gdy mogę usiąść w samotności na polanie, a przed oczami mieć taki oto widok. Wsłuchiwać się z jednej strony w leśną ciszę, z drugiej strony w szum aut i pociągów. Wówczas mam poczucie szczęścia i swobody, cudownego zawieszenia nad codziennymi sprawami i problemami pozostawionymi tam na dole. Wtedy czuję, że świat należy do mnie!


bo ja to np. taki stan bardzo dobrze rozumiem!!

maciek! ale to musiala byc piekna chwila!! :D :D :D


maciejowy pisze:Wchodzę do schroniska Jagodna. Nikogo prócz mnie i obsługi w budynku nie było, dostaję kluczyk i idę rozłożyć się w pokoju. Grzejniki zimne, prądu nie uraczysz.


ooo, a ja wiele razy slyszalam skargi na to schronisko, ze jest w nim za goraco.. Moze sie przejeli i przykrecili ogrzewanie? :?

maciejowy pisze:Byłem tu już kilka razy - ostatni nocleg skończył się tym że kilka osób biegało w nocy przy –minus 20 stopniach wokół schroniska na golasa. Ja też – a co Smile?


to musial byc udany pobyt!!!! :twisted:

maciejowy pisze:Myślę, że na GSS wrócę jeszcze, tylko tym razem przejdę go w drugą stronę z Paczkowa do Świeradowa. I znając już swoje możliwości 7-8 dni wystarczy mi w zupełności


myslisz ze nie lepiej ten czas i energie poswiecic na cos nowego, nieznanego, zaskakujacego? na swiecie jest tyle nieznanych szlakow, sciezek i miejsc.. i zycia nie starczy by je wszystkie zobaczyc.. myslisz ze nie szkoda powielac cos co juz sie zna?
Ostatnio zmieniony 16-06-2011 12:07 przez buba1, łącznie zmieniany 1 raz.
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3958
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 16-06-2011 12:01

buba1 pisze:
Pudelek pisze:
buba1 pisze:ale skad ta radosc??


przeciętny człowiek w momencie osiągnięcia założonego/wymarzonego celu się cieszy, a nie smuci


Jesli celem jest koniec wyjazdu i powrot do domu to ok...

chyba nie do końca przeczytałaś relację - celem było przejście GSS, więc trudno się dziwić radości, że ten cel osiągnięto. Nie zauważyłem na tym zdjęciu informacji, że ktoś się cieszy iż wraca do domu (choć po tylu dniach w górach ja zazwyczaj się cieszę, że wracam i trochę odpocznę, aby nabrać sił na następny)

to tak jakby najbardziej sie cieszyc w niedzielny wieczor , ze weekendowy wyjazd juz minal, juz sie go "zaliczylo" i mozna z poczuciem dobrze spelnionego obowiazku z radoscia wracac do pracy.

po niektórych bardzo intensywnych weekendach ja się bardzo cieszę, iż już się kończą, bo organizm mógłby kolejnych paru dni nie przeżyć :D


Bo ja to sie najbardziej ciesze w piatkowy wieczor

ja tam zaczynam się cieszyć już koło popołudnia, a czasem już dzień wcześniej ;)
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4403
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Postautor: buba1 » 16-06-2011 12:10

Pudelek pisze:[
chyba nie do końca przeczytałaś relację - celem było przejście GSS)


to jest bardzo ciekawa rzecz do rozwazenia- czy jesli jest jakies fajne miejsce, trasa, wycieczka-- to bardziej cieszy fakt ze sie tam jest, czy swiadomosc ze sie tam bylo...
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3958
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 16-06-2011 12:28

każdego cieszy co innego, ale tutaj niewątpliwie celem było nie bycie na szlaku, ale przejście tego szlaku, co w momencie zrobienia zdjęcia właśnie się udało. Jeśli moim celem jest zdobycie góry X, to stojąc na szczycie też będę się cieszył (i to bardziej, niż przed początkiem samego zdobywania, bo wiem, że osiągnąłem swój cel), mimo, iż mam świadomość, że zaraz zacznę schodzić i pobyt w górach się kończy

analogicznie z reguły bardziej cieszę się wieczorem, że osiągnąłem tego dnia zamierzony cel, jakim było przejście danego odcinka, niż będąc w środku trasy
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4403
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Postautor: buba1 » 16-06-2011 13:18

Pudelek pisze:każdego cieszy co innego, ale tutaj niewątpliwie celem było nie bycie na szlaku, ale przejście tego szlaku, co w momencie zrobienia zdjęcia właśnie się udało. Jeśli moim celem jest zdobycie góry X, to stojąc na szczycie też będę się cieszył (i to bardziej, niż przed początkiem samego zdobywania, bo wiem, że osiągnąłem swój cel), mimo, iż mam świadomość, że zaraz zacznę schodzić i pobyt w górach się kończy

analogicznie z reguły bardziej cieszę się wieczorem, że osiągnąłem tego dnia zamierzony cel, jakim było przejście danego odcinka, niż będąc w środku trasy


Rozumiem. Acz jestem ciekawa czy przy takim podejsciu samo bycie na szlaku, wchodzenie na gore ,samo w sobie, jest przyjemne czy nie jest to istotne tzn liczy sie tylko cel koncowy? czy gdyby wyeliminowac z wyjazdu ostatni dzien- tzn dzien dotarcia do celu, to wyjazd mozna by uznac za stracony, zostawiajacy nie za dobre wspomnienia?
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "



na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
Pudelek
bardzo stary wyga
Posty: 3958
Rejestracja: 12-11-2007 17:06
Lokalizacja: Oberschlesien, Kreis Nikolei / Oppeln

Postautor: Pudelek » 16-06-2011 14:11

wyjazd jest oczywiście wartością samą w sobie i raczej nigdy nie bywa stracony (chyba, że kompletnie pokrzyżowałaby go np. pogoda) - na większości z nich nie mam jednego, konkretnego celu, który musi być zrealizowany, ale takowe bywają - jak np. w ubiegłym roku chciałem wejść na jedną górkę w Chorwacji, ale mi się nie udało, gdyż przepaście okazały się silniejsze ode mnie. Cieszę się, że tam byłem i to zobaczyłem, ale uczucie niedosytu zostało i gdzieś tam się czai, więc nie jestem całkowicie usatysfakcjonowany.

GSS ani GSB nie przechodziłem, ale sądzę, że odczucia byłyby podobne: w trakcie trasy byłbym szczęśliwy, ale moment ukończenia tego etapu napawałby mnie jeszcze większą radością i to pomimo faktu konieczności powrotu do domu (w tym przypadku z pewnością zmęczenie dawałoby się we znaki). Gdybym tego nie ukończył na pewno czułbym niedosyt albo zawód...

choć faktycznie, np. nie wyobrażam sobie cieszyć się z zakończenia podróży zagranicznej, no chyba, że miałbym cel typu "przebyć kontynent w poprzek" i po dojściu do drugiego morza skakałbym z radości, że mi się udało ;)
"Szanowny Prezydencie. Błogosławione łono, które Ciebie nosiło i piersi, które ssałeś."

https://picasaweb.google.com/110344506389073663651

http://hanyswpodrozach.blogspot.com/

Wiolcia
podróżnik
Posty: 131
Rejestracja: 07-11-2010 15:33
Lokalizacja: Kraków

Postautor: Wiolcia » 16-06-2011 15:15

Super wyprawa, gratuluję uporu i konsekwencji, choć pewnie w samotności niełatwo było. No i z przeliczenia wynika mi, że codziennie około 30 km robiłeś. Pozazdrościć kondycji! Zdjęcia dokumentujące kolejne "setki" urocze - szczególnie to z mleczami. Super wspomnienia zostaną, bo i pogoda specyficzna była - czasem słońce, czasem - śnieg :)
Pozdrawiam
Wiola

www.podrozeduze.pl

Awatar użytkownika
maciejowy
łazik
Posty: 55
Rejestracja: 17-04-2011 23:16
Lokalizacja: Legnica

Postautor: maciejowy » 16-06-2011 19:32

Red-Angel pisze:Tak z ciekawości, ile zajmowały Ci średnio dzienne odcinki trasy?

dodałem tabele z podziałem szlaku na odcinki jakie sobie wyznaczyłem z czasem ich przejścia. Z tymi odcinkami było różnie, na pewno do podanych czasów w tabeli należy dodać 1-2h (odpoczynki, jedzenie, zdjęcia itp) często siadałem sobie czy to na łąkach górach, wzgórzach i cieszyłem oczy widokami :)

Red-Angel pisze:Wiesz może ile Twój plecak ważył?


plecak ważył około 10 kg


Ariel Ciechański pisze:Chłopie!! Wielkie Gratulacje - z okazji przejścia jak i super relacji Smile


dzięki wielkie :)


buba1 pisze:ale skad ta radosc?? ja to przynajmniej tak mam , ze koniec udanego wyjazdu zawsze łaczy sie ze smutkiem, ze juz wszystko za mna i trzeba wracac do domu.. To chyba nie powod do wesolosci jak konczy sie cos fajnego..


Pudelek chyba wyjaśnił to skąd u mnie ta radość :) Od siebie dodam, że każdego dnia cieszyłem się, że udało mi się dojść tam gdzie zamierzałem, cieszyło to że z każdym dniem przechodząc dany odcinek, robiłem te "małe kroczki" które doprowadziły mnie do Paczkowa czyli do miejsca gdzie moja radość nie znała granic. I powiedzmy sobie szczerze cieszyłem się troszkę, ze wracam do domu... 12 dni samemu w górach swoje robi i zwyczajnie brakowało mi kontaktu z ludźmi :)


buba1 pisze:ooo, a ja wiele razy slyszalam skargi na to schronisko, ze jest w nim za goraco.. Moze sie przejeli i przykrecili ogrzewanie?

myślę, że to miało coś wspólnego z tym że to był ten słynny 3 maja i nawaliło wtedy tyle śniegu, że bajka. Poza tym wiesz dla jednych może być za gorąco a drugim będzie w sam raz :)


Wiolcia pisze:Super wyprawa, gratuluję uporu i konsekwencji, choć pewnie w samotności niełatwo było. No i z przeliczenia wynika mi, że codziennie około 30 km robiłeś. Pozazdrościć kondycji! Zdjęcia dokumentujące kolejne "setki" urocze - szczególnie to z mleczami. Super wspomnienia zostaną, bo i pogoda specyficzna była - czasem słońce, czasem - śnieg


dzięki wielkie, tak ta samotność doskwierała...
jeśli chodzi o pogodę to miałem całą gammę deszcz, burze, śnieg, grad, upały, cholerne zimno... ale warto było :)

Awatar użytkownika
olo23333
obieżyświat
Posty: 853
Rejestracja: 01-03-2009 14:32
Lokalizacja: Zdzieszowice

Postautor: olo23333 » 16-06-2011 21:16

Pozamiatałeś mnie swą relacją :) Gratuluje wypadu !!!

Red-Angel
podróżnik
Posty: 184
Rejestracja: 25-12-2010 23:26
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Red-Angel » 16-06-2011 21:39

maciejowy: Dzieki za odpowiedzi i tabelkę


Wróć do „Relacje z wypraw”