Główny Szlak Sudecki i bonus 4.07.-13.07.2011

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Główny Szlak Sudecki i bonus 4.07.-13.07.2011

Postautor: seb_135 » 02-08-2011 15:07

prolog

Jako że startować mamy ze Świeradowa, do Remka muszę się dotłuc PKP. Załatwiwszy na miejscu wszystko i zabrawszy psa, wsiadam w Regio 15:55 na Wrocław. Rozpoczynam kolejną wyprawę, która zmieni moje patrzenie na świat. We Wrocławiu wita mnie nowy układ dworca i wielki rów z wodą w korytarzu. W przerwie między pociągami zdążam do Arkad, gdzie kupuję spodenki z jonami srebra i w ogóle, dużo różnych rzeczy. Pociąg na Jelenią, przemianowany ostatnio na IR, przyjeżdża z 70-minutowym spóźnieniem, później stoi jeszcze piętnaście na peronie. Zdążam w tym czasie poczytać zakupione WPROST i krew mnie zalewa gdzieś w okolicach cytatów z internetowych eulogii na cześć żyjących i nieżyjących Prawych i Sprawiedliwych. Szkoda słów i nie chce mi się wchodzić w szczegóły. Aż z wrażenia chyba pójdę niedługo zagłosować. Tak czy owak, do Janowic docieram z dwuipółgodzinnym opóźnieniem, dzięki czemu Remek, który skończył już pracę, może mnie odebrać. Przyjeżdżamy do domu z silnym postanowieniem, że:

remek: nie możemy pić. to nauczka po ostatniej wyprawie.

Zjadamy na kolację wspaniały żurek i szaszłyki, by… Wyjąć półtora litra dziadkowego jabcoka i obrócić w jakąś godzinę. Nagrywamy Niemanie i kładziemy się spać około 2:30, by bardzo wyspani wyruszyć na jutrzejszy spacer.

poniedziałek 4 lipca

Piąta godzina. Dwie i pół godziny znikło nie wiadomo gdzie. Remek jeszcze zapisuje się na studia, zjadamy żurek, wsiadamy z Remka tatą w samochód, który powiezie nas do Świeradowa. Tam wysiadamy u spod dworca i ruszamy na podbój, by przypieczętować swą znajomość Sudetów polskich.
Poranek jest, bo jakże by inaczej, deszczowy. W sklepie kupujemy wody, makaron, kostki rosołowe. Na starcie tracimy kilkanaście minut na zawieszanie plakatów Przeglądu, ale później już żwawo ruszamy obok Czeszki i Słowaczki w stronę Stogu Izerskiego. Nie mija pół godziny a obaj mamy już przemoczone buty. Moje zaczynają też delikatnie obcierać, co będzie istotną częścią tej opowieści. W schronisku na Stogu jesteśmy już totalnie przemoczeni, w ogóle jest powtórka z zeszłego roku. Rozwieszamy plakaty, poczyniam daremne próby ochronienia stóp przed niszczycielskim wpływem butów i idziemy dalej zmagać się z bardzo Podmokłą. Do Wysokiego Kamienia aura utrzymuje się średnia i idziemy „jedną wielką kałużą”. Niespecjalnie usatysfakcjonowany naszą obecnością gospodarz (nic nie zamawiamy), staje jednak na wysokości zadania, częstuje wrzątkiem i pozwala zawiesić plakat. Schodzimy schodami i drogą do Szklarskiej, gdzie robimy zakupy, ale nie w tym co rok wcześniej sklepie, bo on okazuje się zamknięty. Wygrywam colę i biorę pierwszy ibuprom. Na Halę Szrenicką wspinamy się jeszcze całkiem nieźle. Tam pani straszy nas mandatem za psa i wygania czem prędzej, by ugościć kwaterującą się wycieczkę. Dziwne to schronisko jakieś, taki moloch. Muszę się kiedyś tam przespać i poznać je od środka. My, w powoli zapadającym zmierzchu i przy coraz mocniej dmącym wietrze, przeganiającym chmurę w tę i z powrotem, docieramy nad Śnieżne Kotły i dalej Czarną Przełęcz, gdzie jakaś para zajęła naszą zeszłoroczną wiatę. Koło Petrovej Boudy napotykamy trójkę czeskich dzieci, grających w grę terenową. Remek jednak ciągle uparcie twierdzi, że zejdziemy dziś do Karpacza a mi się już nie chce o to kłócić. Dochodzimy do Odrodzenia, gdzie po zdjęciu buta widzę na skarpetkach krew. Moje stopy coraz bardziej przypominają folię bąbelkową, jak to trafnie obrazuje Remek. Piwo z sokiem jest błogosławione. Pani za barem pyta czy jesteśmy pewni, że chcemy jeszcze gdzieś dzisiaj wychodzić. Decydujemy się zejść kilkaset metrów w stronę Borowic, by nie spać w KPNie i rozbijamy namiot. Znaczy, Remek rozbija a ja cierpię i jestem potulny. Miejsce jest dość nachylone, więc w nocy zjeżdżamy a w nogach tworzy się kałuża. Nad ranem wiatr wyrywa tropik i Remek wybiega go ratować. Wszystko to nie rokuje jakoś super.

wtorek 5 lipca

Rano decyduję, że w tych butach nigdzie już nie zajdę, więc muszę kupić w Karpaczu inne. Na razie wlokę się strasznie, kuśtykając i będąc wyprzedzanym przez mnóstwo ludzi. To jest strasznie upokarzające. Zejście szlakiem przez Łomniczkę nie jest przyjemne. Odcinek ten i kilka innych, rozlewa się w plamę bólu, więc nie pamiętam dokładnie. W centrum Karpacza kupuję Sandały Posłańca Bogów. W ciągu kilkunastu minut zalewają się krwią i ropą z pękających odcisków. Zjadamy obiad „U Bacy”, gdzie Misiek dostaje kotleta i placki ziemniaczane i, by odbić wcześniejsze wleczenie, naprawdę mocno lecimy przez podkarpackie górki. Docieramy do Mysłakowic, robimy zakupy i ruszamy przez Mrowiec w stronę Skalnika. Idziemy strasznie słabo oznakowanym szlakiem, gdzie Remek potyka się o kamień i prawie spada w przepaść, pociągnięty przez swój wielki plecak. Gdy w Bukowcu Remek rozwiesza plakat, panowie w dresach pytają czy szukamy schroniska i co tam słychać w świecie a później omalże nie rozjeżdżają czyhającego na Kofu psa. Idziemy w stronę Wilczyska, w źródełku Jola obmywamy się i kawałek dalej rozbijamy namiot. Wypijamy po piwie na dobranoc i Remek zasypia z zapaloną czołówką.

środa 6 lipca

Nad ranem dochodzimy do Małej Ostrej, gdzie siadamy, by zjeść spokojnie śniadanie i nagrać pierwsze wspomnienia a dalej zejść w stronę Szarocina. Misiek jest mrówkojadem. Po drodze lekko się gubimy, idąc kilkaset metrów niewłaściwą odnogą. Na miejscu siadamy przed sklepem i wygrywamy dwa lody. Bonus uzyskany dzięki sandałom powoli przestaje obowiązywać i potworny ból powraca.
Podróż jest metaforą życia. Celem życia jest śmierć. Wszystko sprowadza się do znajdowania celów pośrednich, doświadczania swej drogi na bieżąco. Jak zmieniają się cele z permanentnych na tymczasowe w życiu, tak dla mnie z szumnego „przejścia GSSu”, celem stało się stawianie następnego kroku. Pokonywanie i przełamywanie bólu. Nie ma granic, nie ma barier, nie ma wielkich idei. Jesteś ty i każdy twój następny krok. Jest krew, ropa, pot, łzy, brud i Remka koszulka. Zwłaszcza, jeśli śpi się pod namiotem.
Remek opowiada, że za zmuszenie do wejścia na Świerczynę, znajomi zbluzgali go jakiś czas temu. Kawałek dalej rozumiem już czemu. Podchodzi się strasznie a ja zmęczony bólem, naprawdę cierpię. Zwłaszcza, że dochodzi ból zastałych z dawien dawna goleni. W końcu jednak docieramy na szczyt, skąd ładny widok na zalew Bukówka i Góry Kamienne. Schodząc, po raz pierwszy niemalże płaczę z wściekłości i bólu, gdyż zdaję sobie sprawę, że wlokę się potwornie i zawalam. Na domiar złego, w Paprotkach podbiega do nas, puszczony wolno przy otwartej bramie malamut i zaczynają się z Miśkiem gryźć. Remek i Kofu odciąga a ja, naładowany dodatkowo frustracją, przypierdalam malamutowi nogą, ciągnąc kop aż z uda, co go otrzeźwia na moment. W tym czasie podbiega właściciel, krzycząc „ej, tylko nie kamieniem”. Coś tam odpyskowuję. Przez moment pachnie jakąś bójką, ale rozchodzimy się w swoje strony. Wchodzimy na Zadzierną, gdzie zjadamy spóźniony obiad z herbatą a Remek odczuwa pierwsze objawy rozstroju żołądka. Z niewiadomych przyczyn decydujemy się jednak nie wykąpać w Bukówce i lecimy dalej w stronę Lubawki. Po drodze cierpię już straszliwie, jednak wpadam na pomysł, aby założyć trzy pary skarpet, co pozwala zniwelować ból do stopnia umożliwiającego utrzymanie dość niezłego tempa. W Lubawce robimy zakupy i, nie znalazłszy otwartej knajpy, wychodzimy przez Góry Krucze w stronę Krzeszowa. Remka rozstrój żołądka odbiera mu sporo sił i zostaje ostatecznie sfinalizowany gdzieś w Leszczynowym Wąwozie. Wspinamy się na okoliczne górki i, gubiąc fatalnie wyznakowany szlak, rozbijamy namiot na dosyć kamienistej ziemi i idziemy spać. Moje stopy wyglądają jak wyjęte z piekarnika. Ból, choć wydawałoby się to niemożliwe, nasila się jeszcze.

czwartek 7 lipca

Uczę się chodzić. Czuję się jak niemowlę, które uczy się stawiać pierwsze kroki. W dodatku potykam się o linkę namiotu. Piekarnik na noc nie został wyłączony, maści też niewiele dały. Mam największy jak na razie kryzys. Zaczyna mi brakować pomysłów. Odnajdujemy zgubiony po drodze GSS i, mijając Betlejem i ziemie opactwa, docieramy do Krzeszowa. Dom Pielgrzyma, w którym mieliśmy nadzieję się umyć, okazuje się sklepem z pamiątkami. Zasiadam na ławce pod, zamkniętą jeszcze, knajpą i postanawiam przebić wszystkie odciski i zobaczyć co się stanie. Przebijam więc, zasmarowywuję, zaklejam plastrami, zakładam trzy pary skarpet i, po kilku naprawdę potwornych krokach, czuję, że już będzie lepiej. Jednak muszę się zebrać, żeby wstać. W ogóle, czuję się podle, bardzo jasno zdaję sobie sprawę, jak bardzo przez ostatni czas osłabłem w stosunku do tego, kim kiedyś byłem. Podziękowania tutaj dla Remka, który podnosi mnie na duchu i stwierdza twardo, że nigdzie dalej sam nie idzie i mam przestać pierdolić. Remek nie chce już drugiego piwa, ale ja stwierdzam:

seb: jak się nie napierdolę, to się nie ruszę.

Więc dostaję drugie, łykam szybko i, najpierw kuśtykając a później coraz już żwawiej, wyruszam. Na Górze św. Anny zwiedzamy mały remontowany kościółek i lecimy aż do postoju w Grzędach, gdzie siadamy na bocznej dróżce, by zjeść rosół i nagrać drugą część opowieści. Oczywiście kilka minut później chce tam wjechać samochód, więc musimy uciekać na bok. Zaczynam zauważać, że jestem już nieco szczuplejszy, krew krąży jakby szybciej, że wracam do formy. Remek się do tej wypraw naprawdę mocno przygotował a ja jakby przeliczyłem się nieco. Wraz z krwią, ropą, potem i łojem wypływa ze mnie naprawdę mnóstwo toksyn.
Z Grzęd ruszamy w stronę Lesistej Wielkiej, która okazuje się naprawdę mocną zapowiedzią Gór Kamiennych, jest potwornie stroma i, jak sama nazwa wskazuje, absolutnie bezdrzewna, więc smażymy się w trzydziestostopniowym upale. Od początku wyprawy opowiadam Remkowi cuda o czereśniowym Opacie – piwie serwowanym w restauracji Leśne Źródło w Sokołowsku i to jest nasz cel priorytetowy na dzień. Zejście z Lesistej jest straszne, prowadzi rynienką deszczową, wypełnioną kamieniami i patykami. Idzie mi się tragicznie i znowu zostaję z tyłu, drugi raz klnąc na czym świat stoi. Remek upada i wykręca sobie kolano. Kończy nam się woda. Z wywieszonymi językami docieramy do asfaltu i, minąwszy skrzyżowanie przed wiaduktem, idziemy do Sokołowska i, odbijając nieco od szlaku, z wyschłymi na wiór gardłami, zamawiamy Opata. Pierwszy leci na ugaszenie pragnienia, więc zamawiamy drugiego i, oglądając pstrąga albinosa i jedzącego na leżąco psa, deliberujemy nad wszystkim i niczym. Przeganiamy panią z ławki swoim grubiaństwem. Przepraszam! Było bardzo przyjemnie, ale trzeba się zbierać, bo czeka Bukowiec. Na podejściu idę od drzewa do drzewa, z pękającymi goleniami. Gubię mapę, więc zostawiam plecak i pokonuję wcześniejszą drogę ponownie. Mapy nie znajduję, ale przynajmniej robię sobie półtorej Bukowca. Jednak bez plecaka wchodzi się nawet dosyć przyjemnie. W końcu docieramy na grań. Latają nad nami miliardy much, nagrywamy film z łanią. Dalej ciśniemy w stronę Andrzejówki, śpiewając głośno utwory Comy. Mijamy poszerzoną ostatnio kopalnię malafiru. Schodzimy, by zaraz się wspiąć i przez pole pokrzyw, które jest złudzeniem, docieramy na miejsce. Bierzemy prysznic kosztujący pięć złotych, ale jest on błogosławieństwem. Zeskrobujemy z siebie wiele warstw brudu i jesteśmy jak nowonarodzeni. Kupujemy mapę, która ma nam zastąpić zgubioną i, znalazłszy lekko tylko nachyloną polankę, rozbijamy namiot. Przed snem jeszcze siedzimy wreszcie nad ogniskiem przy herbacie i kiełbasie. Wieje wiatr, gwiazdy są blisko, stopy wracają do normy powoli. Wreszcie zaczynam patrzeć z humorem i optymizmem w przyszłość.

piątek 8 lipca

Remek chce wstać wcześnie. To się robi już tradycją. Remek co wieczór mówi, że chce wstać wcześnie, więc nastawia budzik, bym go wyłączył po pierwszym sygnale i móc spać dalej. Zbieramy obozowisko i, nie mając już wody, ruszamy w stronę Rybnicy. Mija nam Rogowiec, w Rybnicy nie ma knajpy, więc idziemy, dość stromym podejściem w stronę Jedliny, gdzie mamy poczekać na dołączającą do nas Martę. Po drodze jeszcze Remek dokonuje zamachu na swoją kostkę i boi się wstać, żeby nie okazało się, iż ją skręcił. Jednak, po kilku krokach kuśtykania, rusza normalnie. Początkowo jeszcze trochę odstaję, ale widząc, że wyprzedza mnie Marta, zagryzam zęby i mobilizuję się do szybszego tempa. Przeprawa przez Sowie jest dosyć dziwna. Czuję się nieswojo, bo nie znam tego pasma. Opryskujemy się na owady przywiezionym przez Martę specyfikiem, co ratuje nas od zostania zjedzonymi żywcem. Szlakiem przez lasy i pola, znowu dając popisy wokalne, docieramy w miejsce, z którego już widać Wielką Sowę. Jest wietrznie i chłodno. Dalej Rzeczka, podejście i ucieczka przed wycieczką dzieci. Schroniska Orzeł a później Sowa, gdzie jest Opat, ale chwilowo go nie ma, bo się skończył. Na szczycie Wielkiej Sowy wspólne zdjęcie z psem-heroldem i marsz głównym grzbietem Sowich w stronę przeł. Jurgowskiej. Po drodze jeszcze zatrzymujemy się na popas, gdzie Remek zjada półtorej chleba. Trasa właściwie bez historii, zresztą to charakterystyczne dla Sowich, że mijają jakoś bez większych atrakcji. Do Zygmuntówki docieramy dość wcześnie, ale od początku już wiemy, że wsiąkniemy na dłużej. Zasiadamy przy piwie i kanapkach i siedzimy tak dobrych parę godzin. Wspaniałe miejsce, godne polecenia każdemu. gdy zbierają się pozostali turyści, wdajemy się w rozmowę z gospodarzami a Misiu dostaje wspaniałą kolację z kości i krupniku. Gdy musimy się zebrać, czynimy to ciężkim sercem, obiecując sobie wrócić na dłużej, najlepiej jeszcze w tym roku. Wpisujemy się do księgi pamiątkowej. „Na trasie GSS, na drodze ku sobie samemu…”. Zważywszy na fakt, że w międzyczasie zapadł zmierzch, nie wędrujemy już daleko. Wspinamy się na grań gdzieś w okolicach Rymarza i, rozbiwszy na noc, rozpalamy ognisko. Marta odnajduje sens życia, ale rano nie może go sobie przypomnieć. Siedzimy w powoli opadającej rosie, wpatrzeni w blask ogniska. Zjadamy kolację i, w zwiększonym gronie, pakujemy do namiotu. Dla Marty musi to być traumatyczne, bo ja własnego smrodu nie mogę znieść a smród Remka przyprawia wręcz o ból głowy. Noc przebiega bez większych atrakcji.

sobota 9 lipca

Rano nie pozwalam na zjedzenie śniadania w namiocie, by nie mitrężyć czasu. Kawałek dalej odnajdujemy przyjemną polankę, gdzie najpierw przeganiają nas mrówki wezwane mocą Króla Mrówek, ale ostatecznie udaje nam się dotrzeć do miejsca popasu. Zjadłszy śniadanie ruszamy na dalsze zmaganie z Sowimi, wchodzimy na wieżę widokową na Kalenicy. Mijamy wiele wiat i gnamy, by zdążyć na autobus ze Srebrnej Góry, który ma zabrać Martę. Ta zaczyna słabnąć, więc Remek zabiera jej plecak, co odegra jeszcze pewną rolę w tej opowieści. Mijamy Przełęcz Woliborską i, przez kolejne szczyty – Szeroką, Malinową – docieramy do Przełęczy Srebrnej. Tam Marta próbuje nas skłonić do wiarołomstwa tj. zejścia ze szlaku, by szybciej znaleźć się w Srebrnej, jednak wyśmiewamy ten pomysł i idziemy wzdłuż fortu. W trwającym od kilkunastu już minut bezdrzewnym skwarze schodzimy drogą w stronę centrum. Zasiadamy w Willi Hubertus, gdzie jest wiele różnych rodzajów Opata i nakładające się przemęczenie powoduje, że upijamy się dosyć solidnie. W ogóle zauważam, że spadek masy ciała znacząco obniża moją tolerancję alkoholu. Bardzo długo deliberujemy nad dalszą trasą. Remek tradycyjnie utrzymuje, że zdążymy w wiele miejsc, w które nie mamy szans zdążyć.
Zebrawszy się ze schroniska, odbijamy od szlaku, by dotrzeć do dworca PKS. Okazuje się, że wszystkie autobusy już odjechały dawno temu, jednak kilka osób czeka na mającą się pojawić za dwadzieścia minut taksówkę i godzą się zabrać ze sobą Martę. Jednak, podczas gdy robimy zakupy, taksówka odjeżdża. Marta, siłą rzeczy, musi dojść z nami do Ścinawki. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak wrócić na szlak i walczyć dalej. Po kilkuset metrach Remek zaczyna zdradzać pewne objawy osłabienia, jednak początkowo je bagatelizuje. W końcu, gdy nie jest w stanie już iść, zarządza postój, siada i odpływa. Widać, że cierpi straszliwie, wodzi błędnym wzrokiem wokół. Gdy zaczynam już szukać miejsca na nocleg, wyrzuca z żołądka nieco balastu i trochę wracają mu kolory i siły. Przechodzimy jeszcze kilka kilometrów, starą odnogą szlaku, bo nowej nijak nie da się znaleźć. A więc przez kolejne stada psów w Nowej Kłodzkiej Wsi oraz Czerwieńczycach. Remek ciągle idzie jak na ścięcie, kilka razy kładąc się na ziemi bez sił. Ostatecznie na łące za Czerwieńczycami, trochę zbyt wcześnie względem planu, rozbijamy się na noc.

remek: przekozaczyłem…

Kładzie się na łące przykryty kurtką i walczy z udarem. Co jakiś czas tylko moczę mu chustę na czoło i czekamy co będzie dalej. Wykorzystuję nadprogramowy czas na odpoczynek, pielęgnację powoli już gojących się stóp i kolację. Rozbijamy namiot i idziemy w końcu spać, licząc, że następny dzień przyniesie jakąś odmianę. W nocy jednak jeszcze najpierw atakuje nas burza, a później przestrasza przejeżdżający nieopodal i świecący bardzo jasno traktor. Remek wychodzi na rekonesans własnego zdrowia. Od tej pory już decydujemy się zawsze mieć mokrą chustę na głowie.

niedziela 10 lipca

Po przebudzeniu przechodzimy przez Wzgórza Noworudzkie i docieramy do Słupca, dzielnicy Nowej Rudy. Tam robimy zakupy w Intermarche, zjadamy jabłka, wypłacam pieniądze. Podejście najpierw asfaltem a później schodami na Kościelec trochę daje w kość, ale chcemy zdążyć na pociąg w Ścinawce i nadrobić wczorajszą obsuwę, więc nie pozwalamy sobie na odpoczynek. Marta zaczyna cierpieć z powodu odcisków i zwalnia solidnie, ale nienajgorzej docieramy do Ścinawki. Tam siedzimy chwilę na dworcu i porozmawiawszy chwilę z napotkanym chłopcem, ruszamy w stronę Gór Stołowych. Robię zakupy a Remek doznaje rozczarowania pod knajpą. Idziemy kilka kilometrów przez spalone słońcem pola, aż dochodzimy do Wambierzyc. Remek wygląda z koszulką na głowie jak rosyjski kosmonauta, ja jak Beduin. Tam wreszcie kupujemy sobie porządny obiad i nieco obmywamy w toalecie. Wygrywamy też kolejnego loda. Wychodzimy przez łąki za Wambierzycami w stronę Karłowa. Na Golcu mijamy wycieczkę dzieci z podstawówki. Mijamy Skalne Grzyby. Drzemy ryja, wykorzystując już praktycznie cały repertuar Comy. Decydujemy, że już dalej nie chce nam się iść, a i tak kilka godzin nadrobiliśmy. W nocy rozpętuje się nad nami potworna burza. Musimy wziąć psa do namiotu i zakrywać mu uszy przez grzmotami. Błyskawice prześwietlają namiot jak rentgen, deszcz wali ciężkimi strugami. W nocy też przekrzywia się i zawala namiot.

poniedziałek 11 lipca

Nad ranem nie jest za przyjemnie, brniemy przez mżawkę w stronę Karłowa, który osiągamy dużo szybciej niż wskazują szlakowskazy. Droga dojazdowa już jest wybudowana, jednak ciągle straszą na niej ciężkie maszyny. Misiek zaprzyjaźnia się z Bernardynem. W Zajeździe Karłów zjadamy pierogi i wypijamy, nomen omen, Carlsberga. Na grzbiecie Stołowych w stronę Skalnika ponownie totalnie przemaczamy buty. Pies wykonuje przewrót w bok. Docieramy do Błędnych Skał, których nazwa okazuje się o tyle słuszna, że wchodzenie tam było błędem. Okazuje się, że idziemy pod prąd, z wielkimi plecakami, które nijak nie mieszczą się w przejściach i muszę trzymać swój ręką, drugą trzymając psa. To straszliwa udręka. Muszę się prześlizgiwać, opierając o skały łokciem. Jakby tego było mało, co rusz mijają nas kolejne wycieczki. Na przemian chwalą psa albo ganią nas. A więc:

jakaś kobieta: no czemu wy idziecie pod prąd? bez bilecików się chciało wejść, tak?
seb: (solidnie podirytowany) przyszedłem tu ze Świeradowa, w dupie mam te skały, głupia babo!

W końcu udaje się wydostać z labiryntu, czem prędzej zmieniam skarpetki, by uniknąć kolejnego rozmoknięcia stóp. Schodzimy do Kudowy. Tam siadamy w restauracji „Amfora”, gdzie zjadamy na obiad żurek i barszcz z krokietem. Rozmawiamy chwilę z właścicielką, która później daje psu wielką kość. Kupuję sobie koszulkę w sklepie z odzieżą używaną. Po popasie robimy jeszcze zakupy i kierujemy się w stronę Dusznik-Zdroju przez Jerzykowice, a później kilkukrotnie zagradzające szlak płoty, które musimy pokonać górą. Za Dańczowem, pod wiaduktem kolejowym jest ogromny dół z wodą, więc po tym, jak Remek wpada weń, ja przechodzę górą, kalecząc się pokrzywami i przedzierając przez chaszcze. Dalej widzimy kawałek szlaku, którym szliśmy kilka miesięcy wcześniej. Mijamy stadko młodych byczków, także szczyt Grodczyna i schodzimy przez łąki do Dusznik. Tam zakupy w Biedronce i marsz w stronę centrum. Mijam miejsce, z którego kiedyś, powodowany niestrawnością, wracałem przed czasem. Coraz bardziej zadziwieni zagłębiamy się w Duszniki, bo to naprawdę ładne miasto. Mijamy rynek a później park, gdzie napijam się wody z uzdrowiska. Dalej siadamy w knajpie, gdzie we dwóch najadamy się jedną pizzą i piwem. Pizza naprawdę wspaniała. W ogóle, Duszniki polecam każdemu i będę musiał tam wrócić na dłużej. Obok Kolorowej Fontanny szlak nagle drastycznie skręca w dżunglę. Jest sobie park, jest sobie cywilizacja a tu nagle gąszcz. Przez następnych kilkanaście minut wspinamy się stromą ścieżką, zakosami, by trafić na Jamrozową Polanę, gdzie rozbijamy namiot. Kofu przegania jakieś zwierzęta. Rozbijamy się w naprawdę świetnym miejscu, pod drzewem, które z rana daje zbawczy cień. Na gałęziach drzewa rozwieszamy gnijące ubrania.

wtorek 12 lipca

Coraz bardziej już wyluzowani i pewni swoich możliwości, trochę mitrężymy czasu rano. Jednak dzięki temu schną nam ubrania i możemy spokojnie zjeść śniadanie. Jeszcze kawałek pniemy się na Kozią Halę przez jakieś lasy, by wyjść na asfalt. Następne kilkadziesiąt kilometrów właściwie bez historii. Smażymy się na drodze, co jakiś czas tylko mocząc chusty na głowie. Dochodzimy do Zieleńca, gdzie popasamy pod sklepem i umawiam się z Eco na KROPKĘ w Głuchołazach za parę dni. Widzimy też toczące się na „Orlicy” prace a z informacji uzyskanych od pracowników wynika, iż zostanie ona otwarta ponownie w okolicach września. Mijamy dorożkę z koniem a w Lasówce nawiedzony dom i wiatę, w której kiedyś spaliśmy. Jeszcze tylko Rozdroże pod Uboczem i Spalona a w niej „Jagodna” tuż-tuż. Po drodze zagłębiamy się w rozmowie i gubimy, więc nadkładamy kilkanaście minut. Na miejscu zjadamy, oczywista, ruskie i bierzemy prysznic. Odpocząwszy, wyruszamy jeszcze kawałek asfaltem, a później przez łąki na Ponikwa, gdzie rozmawiamy chwilę z kumatym i miłym staruszkiem, który widać, że chciał zatrzymać nas na dłużej. Wychodzimy na łąki w stronę Długopola i, widząc szalejącą nad Stołowymi burzę, rozbijamy namiot. Remkowi nie chce się zrobić multiwitaminy (sic!) i lekko ścieramy się o potwornie śmierdzącą już jego koszulkę. Niedługo potem słyszymy ryk dzika i zastygamy przez kilka minut, jednak ten nie okazuje się w bojowym nastroju. Do rana śpimy bez przeszkód.

środa 13 lipca

Rano byle szybciej schodzimy do Długopola, gdzie na kilka rat robimy zakupy, a później siadamy pod domem zdrojowym, by zakupione sprawunki spożyć. Zostawiam na żywopłocie swoją chustę na głowę i muszę po nią wracać. Parę przechodzących osób chwali psa. Wspinamy się podejściem na stację kolejową, na której nieco się kręcimy w kółko szukając szlaku. Odnalazłszy ów, brniemy przez zagajniki i pola, słabo oznakowanym szlakiem, w stronę Wilkanowa. Ze stopami coraz lepiej, chodzę niemalże normalnie. Gdzieś w polu widzimy nadchodzących z naprzeciwka dwóch piechurów.

remek: o, widać, że napieracze.

Podchodzimy bliżej, powitalna gadka-szmatka i co się okazuje? Że Remek nie będzie mógł się pochwalić naszym przebiegiem, bo? Panowie idą z Ustrzyk do Jakuszyc. Jurek i Bartek (jeśli dobrze zapamiętałem) mają już w nogach 500 km! Wymieniamy się uwagami o obuwiu różnych rodzajach nawigacji, stanie szlaków i pogodzie, robimy pamiątkowe zdjęcia i, obdarzając wzajemnym błogosławieństwem, rozchodzimy w swoje strony.
Ale to nie koniec wyjątkowych spotkań na ten dzień! Otóż, kilka kilometrów dalej, widzimy rozpaczliwie próbującą wyjechać z dziury półciężarówkę. Szybko zrzucamy plecaki i rzucamy się do pomocy. Po chwili huśtania i bujania udaje się tęże wypchnąć, a kierowca (Tomek (?)), który okazuje się dość wpływowym pszczelarzem, obdarowuje nas ramką miodu. Remek montuje ją na plecak i, po chwili dalszej rozmowy, idziemy dalej.
W Wilkanowie postój pod sklepem i, dalej przez pola, gdzie oznakowanie jest już zaiste beznadziejne i przez pole, najpierw rzepaku a później pszenicy, w stronę Iglicznej i Sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej. Podejście ciężkie, ale z racji, że stopy mam już zaleczone i jestem kilka kilogramów lżejszy, utrzymuję Remkowe tempo i wchodzimy na przełęcz naprawdę zmęczeni, z oczami zalanymi potem. Docieramy do schroniska, gdzie zjadamy frytki i dowiadujemy się, iż w Międzygórzu jednak nie ma bankomatu. To dosyć istotne, gdyż zostaje nam 10 (słownie: dziesięć) polskich nowych złotych. Odpoczywamy po wysiłku, bo chyba się jednak nieco przeforsowaliśmy. Schodzimy do Wodospadu Wilczki, naprawdę ładnego, który mimo już trzeciego pobytu w Międzygórzu, dopiero pierwszy raz widzę. Później do Międzygórza, gdzie nigdzie nie można płacić kartą, więc nie napijemy się żadnego z widocznych na zdjęciu piw. Koniec końców, robimy zakupy za swe skromne fundusze i siadamy na wylocie miejscowości by zjeść miód, który się był, powodowany wstrząsami i upałem, na Remka plecak rozlał. Remek jest „w krainie miodem płynącej”, „bardzo zły”. Najpierw więc:

remek: patrz, wykrawasz kawałek plastra, żujesz i później wypluwasz wosk, ja tak zawsze w domu robię.
seb: (robi to) ło kurwa, jakie to słodkie! … jak Ty możesz to normalnie jeść?
remek: (wypluwa trzeci kawałek) dobra, ja też już nie mogę.

Ile się da zjadamy a resztę pakujemy od przepołowionej butelki i zaklejamy szczelnie workami i taśmą izolacyjną, co by się nie rozlało więcej. Remek ustanawia rekord w rzucie kratką do potoku, by nie przywołać do Międzygórza chmar pszczół, os i much. Pod Śnieżnik podchodzimy, znowu, naprawdę mocno. Trasę na 2.15 h robimy w półtorej. W schronisku tylko na chwile siadamy i Remek rozwiesza plakat, by chwilę później wyruszyć w stronę Żmijowca i dalej śpiewać utwory comy i gdzie pierwszy raz w życiu udaje mi się utrzymać cały refren z „Grawitacji” Roguca utrzymać we właściwej tonacji. Zjadamy też nieco jagód. Na Przełęczy Żmijowej Remek już chce spać, ale przekonuję go by jednak do tej Przełęczy Puchaczówka dotrzeć. Okazuje się powoli, że obtarłem sobie lekko pachwinę, więc tempo znowu mi spada. Na Czarnej Kopie gubimy szlak, trochę na siebie krzyczymy, i schodzimy przecinką, ale ostatecznie docieramy do Drogi Izabeli (Albrechta?) i rzeczonej przełęczy. Na miejscu zastajemy wiatę przystankową, pod którą początkowo rozbijamy namiot, jednak, jak przytomnie stwierdzam, płynie pod nią rynienka, która lada moment wypełni się wodą, więc przenosimy się na nieodległą łąkę. Na przełęcz podjeżdżają pijani ludzie, którzy dużo krzyczą. W nocy znów zapraszam psa do namiotu, bo potwornie wali żabami i piorunami, kilkaset (?) metrów od nas. Błyskawice ponownie prześwietlają płótno namiotu jak rentgen. Tej nocy doświadczamy chyba trzech burz, kolejno po sobie.

czwartek 14 lipca

Budzi nas beczenie owiec. Zbieramy się dość szybko, niesieni myślą o Jedzeniowym Eldorado. Jednak co się okazuje? Okazuje się, że w nocy wiatr porwał mapę. To trochę komplikuje nam życie, gdyż przed dotarciem na Przełęcz pod Chłopkiem, gubimy się dwa razy, jednak nie na długo. Zaczyna, ale zaraz przestaje padać. Mijając Kąty Bystrzyckie, przez łąki, docieramy do Lądka-Zdroju, jednak najpierw przechodząc obok kompostowni, która strasznie śmierdzi. W związku z wspomnianym wczoraj problemem finansowym, na miejsce docieramy bardzo głodni. Widząc stację benzynową, jesteśmy bezwzględnie szczęśliwi. Kupujemy cole i hot-dogi oraz dokonujemy porannej toalety. Następnie dochodzimy do Rynku, gdzie wypłacamy pieniądze w kiosku dzięki usłudze Visa Cashback, fajna rzecz. Tam też kupujemy mapę Gór Złotych. Przechodzimy przez cały Lądek, by dotrzeć do pizzerii, w której jedliśmy kiedyś. Nie jest źle, ale w porównaniu z pizzą w Dusznikach mało która ma teraz szanse. Podładowujemy też telefony i aparat. Rozleniwiamy się potwornie i podładowujemy baterie własne. Remek chyba nawet na jakiś czas zasypia. Zebrawszy się, wracamy na Rynek i robimy zakupy.
Obok strzelnicy, gdzie właśnie akurat strzelają, ruszamy w stronę Przełęczy pod Konikiem i Wójtkówki, gdzie wisi ogłoszenie o zagubionych owcach. Dalej Orłowiec i Stadnina Jesionów, gdzie rozmawiamy chwilę z właścicielem.

remek: a tam Jawornik, lekko będzie.

Nie jest. Jest stromo i ciężko. „Tempem, o które bym się nie podejrzewał”. Naprawdę czuję się coraz lepiej. Schodząc do Złotego Stoku rozprawiamy o swoich piłkarskich wyczynach i rozpoznaję miejsce, gdzie kiedyś byłem na wycieczce klasowej – w Złotym Jarze. W centrum Złotego Stoku znowu obszczekują nas psy a pod sklepem menel chce, abyśmy oddali mu swoje plecaki. Remek robi się bojowy, ale rozchodzi się po kościach. Dalej wychodzimy przez las, na rogatkach siadam by chwilę pogadać i wypić piwo. Później szlak prowadzi zakosami, przez prywatną posesję i bardzo psychodeliczną, bardzo starą drogą. Gubimy się w lesie, a gdy od Remka głowy odbija się szerszeń, decydujemy się rozbić byle gdzie i szukać dalej rano. Pada na łąkę z wysoką trawą.

piątek 15 lipca

Zgodnie z podejrzeniami, zrobiliśmy kółko. Rano wychodzimy na drogę w okolicach Błotnicy, mijamy ją i tniemy asfaltem w stronę upragnionego Paczkowa. Tam, tryumfując, zjadamy po hamburgerze na Rynku, udajemy się do Informacji Turystycznej, gdzie jednak zbyt dokładnych informacji co do przebiegu szlaku w stronę Opawskich nie otrzymujemy. Jednakowymi asfaltowymi drogami mijamy Unikowice i Lisie Kąty. Później droga przez pola na Ujeździec. Upał daje się we znaki nam i psu. Jednak jemu nawet bardziej zaczynają dawać się we znaki obtarte poduszeczki. W pewnym momencie stwierdza, że to pierdoli i kładzie się, odmawiając współpracy. Robimy więc postój by go napoić i nakarmić i jakoś ruszamy dalej. Jednak po jakimś czasie decyduję się go nieść a Remek przejmuje mój plecak.

seb: przesiadam się z 10 kg na 20, a Ty z 15 na 25.

W oddali majaczą Opawskie. Pies jednak nie lubi być niesiony, po jakimś czasie zaczyna się wyrywać i decyduje iść sam. Podobnymi drogami docieramy do Trzeboszowic, Piotrowic i Kałkowa. Tutaj przerwa. Bar „Bażant” już na pierwszy rzut oka nam się podoba, więc wpadamy i zamawiamy piwo. Dostajemy wrzątek, by zrobić sobie wreszcie zupy. Gdy zjadamy, właścicielka sama podchodzi i proponuje, że umyje nam menażkę! Lekko onieśmieleni dziękujemy i, rozmawiając jeszcze chwilę, Ruszamy w dalszą drogę. Tutaj mamy dość dużą różnicę zdań na temat obrania dalszej drogi, bo mapa sugeruje, że dalej szlak nie jest oznakowany. Prowadzi przez pola – nie ma gdzie znaczków umieścić. Rozumiem też już dlaczego ten fragment nie jest włączany we właściwy GSS - po prostu nie jest górski. I bardzo łatwo się na nim pogubić. Daję się przekonać by szukać tej trasy, jednak gdy utykamy w polu bez pomysłu – schodzimy na asfalt i w Jarnołtowie dochodzimy do granicy, wzdłuż której prowadzi droga do Głuchołaz. Z rzeczonej drogi widzimy rzadkie zjawisko – z jednej strony zachodzące słońce, z drugiej – wschodzący księżyc.
W pewnym momencie zza zakrętu wypada samochód i omalże nie przejeżdżając Remka i Kofu.
Dalej zaczyna się robić naprawdę ciężko. Przy zapadającym zmierzchu docieramy do Velkich Kunetic i dalej ciśniemy w stronę Mikulovic i, mamy nadzieję, Głuchołaz. Mamy nadzieję, bo wychodzimy z zasięgu mapy. Idziemy już piętnastą (?) godzinę. A do Głuchołaz chcemy zdążyć na wspomnianą wcześniej KROPKĘ, gdzie czekają na nas znajomi.
W pewnym momencie zatrzymuje się koło nas samochód:

kierowca: przepraszam, jak stąd do Pragi?
remek: stary, oni są lepsi od nas!

Wszyscy wybuchamy śmiechem. Nie ma to jak spotkać krajan na obczyźnie! Idziemy zalaną światłem księżyca drogą. Później popełniamy straszny błąd i nadkładamy kilka kilometrów. Zaczynamy działać sobie na nerwy. Remek bardzo stara się mnie podnieść na duchu, używając argumentów niezgodnych z rzeczywistością:

remek: za chwilę będziemy.
seb: stary, wiem ile to jest sześć kilometrów.

Było nie było, odnajdujemy tablicę z mapą i bardzo niewyraźnie zaznaczonym miejscem „tu jesteś” i, trochę zgadując, idziemy przez coraz bardziej przerażające miejsca, by dotrzeć do granicy. Tam już całkiem na czuja wchodzimy w krzaki, później lasek, później łąkę i pole. Przez pole przedzieramy się kilkaset metrów. Jakieś twarde, suche łodygi, przez które nie da się iść. Jeden więc idzie tyłem, taranując, a drugi prowadzi psa przez powstały tunel. Zmieniając się tak, docieramy do asfaltu. Przedzieramy się przez świerki, jeżyny, paprocie i pokrzywy, wyskakujemy na drogę. Decydujemy się iść „o tam!” i po minięciu kilkuset metrów widzimy tablicę z napisem „Głuchołazy”. Przez chwilę nie mogę uwierzyć. Już tak dawno nie czułem nad sobą tej opieki, że aż trudno to ogarnąć.
Jeszcze z pół godziny idziemy w stronę pola koncertowego. Jest druga w nocy, więc muzyka niebawem cichnie, na rozmowie z Eco i janowickimi wolontariuszami spędzamy czas do świtu i ruszamy dalej. Tutaj jednak okazuje się, że Misiek już po prostu nie może iść, kuleje na wszystkie nogi. Chwilę stoimy bezradnie, ale nie chcemy go zamęczać.

remek: męska decyzja, wracamy.

Rozkładamy się na noc w namiocie, chcąc rano zdecydować co dalej. Do snu przygrywają nam i śpiewają zgromadzeni wokół.

sobota, 16 lipca

Rano pies dalej nie może chodzić, więc decyzja jest jedna – na plecy i na PKS. Proponują nam, że zajmą się nim na czas pokonania Opawskich, ale po takim czymś się kompana nie zostawia, więc obieramy kierunek na autobus. Remek ponownie bierze mój plecak a ja niosę monarchę aż do dwora. Z każdym krokiem robi się coraz cięższy. Na śniadanie zjadamy po parę pączków i mkniemy, tak się składa, że przez Prudnik, do Opola. Tam kąpiel i oblewanie wyprawy w towarzystwie Marty, Oli i Witka.

Przy okazji tej relacji, chciałem serdecznie podziękować maciejowemu, na którego relacji w znacznym stopniu opieraliśmy się, planując własne przejście. Naszkicował nam szkielet trasy i było to naprawdę bardzo pomocne. Dzięki!

zdjęcia: https://picasaweb.google.com/lupasebastian/GSS2011
"following our will and wind we may just go where no one's been"

grafolog
tramp
Posty: 20
Rejestracja: 01-06-2009 17:48
Lokalizacja: Rudavwood

Postautor: grafolog » 02-08-2011 16:57

wyprawa, która zmieniła mnie jako człowieka. dzięki Seb, dzięki Kofu, dzięki Marta!

Maciejowy, wyglądało to mniej więcej tak:

R: gdzie dziś doszedł M?
S: tu i tu.
R: dobra to zrobimy to i jak będą jeszcze siły to trochę podciągniemy, aby mieć zapas.

bądź tworzyłem plany nie do zrealizowania.
w każdym razie twój rys dał dużo wewnętrznego spokoju. dziękuje.

Awatar użytkownika
gosper
łazik
Posty: 59
Rejestracja: 28-02-2011 14:00
Lokalizacja: DKL

Postautor: gosper » 02-08-2011 18:18

Zacnie Panowie, naprawdę zacnie! Wasze zmagania z samymi sobą przypomniały mi film Czekając na Joe (swoją drogą polecam). Trochę sie powyzywacie jednak wzajemnie się mobilizujecie, tego będzie mi najbardziej chyba brakować podczas mojego obejścia za tydzień. Może się tez uśmiechnę do Maciejowego, skoro tak Wam pomógł jego opis :)
Gratuluję...
"Patrzyli na te same góry, na te same drzewa, ale każde z nich widziało je inaczej..." — Paulo Coelho

buba1
bardzo stary wyga
Posty: 4950
Rejestracja: 18-11-2008 10:01

Re: Główny Szlak Sudecki i bonus 4.07.-13.07.2011

Postautor: buba1 » 02-08-2011 22:36

seb_135 pisze:i będąc wyprzedzanym przez mnóstwo ludzi. To jest strasznie upokarzające


oj tam oj tam... mnie tam wszyscy wyprzedzaja i jakos sie tym upokorzona nie czuje... czy szybszy znaczy lepszy?? :roll:

seb_135 pisze:Misiek jest mrówkojadem.


a to sprytna psinka! a ludzie mowia ze dla psa trzeba duzo zarcia nosic.. a tu prosze :) jeszcze powinien wam przynosic upolowane zające i bażanty :)

seb_135 pisze:Uczę się chodzić. Czuję się jak niemowlę, które uczy się stawiać pierwsze kroki.


to jest niepojete... niby teraz taka technika, gacie ze srebrem wymyslaja a wygodnych butow zrobic nie potrafia :evil:

seb_135 pisze:a w Lasówce nawiedzony dom i wiatę, w której kiedyś spaliśmy.


ooo, co to za historia?? :)

seb_135 pisze:remek: o, widać, że napieracze.

Podchodzimy bliżej, powitalna gadka-szmatka i co się okazuje? Że Remek nie będzie mógł się pochwalić naszym przebiegiem, bo? Panowie idą z Ustrzyk do Jakuszyc.


a juz myslalam ze w rumunskich karpatach zaczynali ;)
"ujrzalam kiedys o swicie dwie drogi, wybralam ta mniej uczeszczana - cala reszta jest wynikiem tego, ze ja wybralam.. "

na wiecznych wagarach od zycia...

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Postautor: seb_135 » 03-08-2011 14:43

w Karkonoszach bardziej mi chodziło o to, że wiedziałem, że nam zawalam tempo a Remek gdzieś szedł hen, hen.

a co do nawiedzonego domu - kiedyś w nocy szliśmy przez Lasówkę, szukając noclegu. znaleźliśmy opuszczony dom, ale wyglądał jakby miał odwrócony krzyż na froncie. później okazało się, że to tylko przekrzywiona deska, ale wrażenie było straszne ;-)
spaliśmy kawałek dalej we wiacie.
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Awatar użytkownika
gosper
łazik
Posty: 59
Rejestracja: 28-02-2011 14:00
Lokalizacja: DKL

Postautor: gosper » 03-08-2011 17:08

Jako że kopię ciągle w sieci szukając informacji o GSS tuż przed swoim wyjściem na szlak trafiłem na (nie)ciekawą dla mnie informację. Okazuje się jednak, że PTTK oficjalnie uznaje za GSS szlak ze Świeradowa do Prudnika, a "Zgodnie z regulaminem PTTK, odznaka za przejście GSS należy się tylko po wizycie w Prudniku". Zbieranie odznak i dokumentacja czegokolwiek ma dla mnie mało ważne znaczenie, ważniejsze sa doznania innego szczebla, jednak chciałem zaliczyć szlak w całości, a nie uśmiecha mi się błądzenie gdzieś w polach przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów... I mam zagwozdkę :/
"Patrzyli na te same góry, na te same drzewa, ale każde z nich widziało je inaczej..." — Paulo Coelho

grafolog
tramp
Posty: 20
Rejestracja: 01-06-2009 17:48
Lokalizacja: Rudavwood

Postautor: grafolog » 03-08-2011 17:29

z całym szacunkiem ale odznaka za zdobycie GSS brzmi jak certyfikat wejścia na górę Śnieżka za 5,50 zł. nie jestem zwolennikiem, moją największą zdobyczą są zdjęcia i bąble na stopach.

jednak co do tych łąk. To nie jest ciężkie, ale trzeba mieć dokładną mapę tego terenu, kompas i jakieś rozpoznanie (przeanalizuj ten fragment na różnych podglądach w sieci). My po zgubienie wszystkiego szliśmy wedle zasady 'jak nie wiadomo którędy to czerwonym' i wyłożyliśmy się na tym okropnie bo czerwony znikł z ostatnim drzewem.

a i ostrzeżenie. Po przejściu nic już nie jest takie samo. Nachodzą Cię takie momenty, że wziąłbyś plecak, wyszedł i wrócił za 2 tygodnie, ot tak, bo chcesz.

Awatar użytkownika
maciejowy
łazik
Posty: 55
Rejestracja: 17-04-2011 23:16
Lokalizacja: Legnica

Postautor: maciejowy » 03-08-2011 18:17

przyjemna lektura, gratuluję przejścia szlaku !!! :)

Przy okazji tej relacji, chciałem serdecznie podziękować maciejowemu, na którego relacji w znacznym stopniu opieraliśmy się, planując własne przejście. Naszkicował nam szkielet trasy i było to naprawdę bardzo pomocne. Dzięki!


ciesze się bardzo, że moja relacja pomogła Wam w pokonaniu tej trasy. I niech służy każdemu który zdecyduje się wyruszyć w "tę małą podróż życia":)

wyprawa, która zmieniła mnie jako człowieka. dzięki Seb, dzięki Kofu, dzięki Marta!


zgodzę się z Tobą, po powrocie do domu czułem się jakoś inaczej... :)

Jako że kopię ciągle w sieci szukając informacji o GSS tuż przed swoim wyjściem na szlak trafiłem na (nie)ciekawą dla mnie informację. Okazuje się jednak, że PTTK oficjalnie uznaje za GSS szlak ze Świeradowa do Prudnika, a "Zgodnie z regulaminem PTTK, odznaka za przejście GSS należy się tylko po wizycie w Prudniku". Zbieranie odznak i dokumentacja czegokolwiek ma dla mnie mało ważne znaczenie, ważniejsze sa doznania innego szczebla, jednak chciałem zaliczyć szlak w całości, a nie uśmiecha mi się błądzenie gdzieś w polach przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów... I mam zagwozdkę :/


dla mnie osobiście za Paczkowem to już nie GSS, pola, pola i ni to ciekawe ni atrakcyjne takie nijakie :)

Red-Angel
podróżnik
Posty: 186
Rejestracja: 25-12-2010 23:26
Lokalizacja: Wrocław

Postautor: Red-Angel » 03-08-2011 21:31

seb_135 pisze:Dziwne to schronisko jakieś, taki moloch. Muszę się kiedyś tam przespać i poznać je od środka.
Nie warto, spałem 8.07 i nie polecam.
seb_135 pisze:Przechodzimy jeszcze kilka kilometrów, starą odnogą szlaku, bo nowej nijak nie da się znaleźć.
By dojść do nowego przebiegu szlaku trzeba przejść przez drewniany most, a następnie skręcić w lewo i podejść kawałek. Ale fakt, oznaczenie w tym miejscu nie jest najlepsze (mam wrażenie, że ktoś ukradł tabliczke).Ten zmieniony odcinek szlaku jest dłuższy o 1,5km od starego przebiegu.
To jest ten drewniany most z widokiem w stronę asfaltu:
Obrazek
seb_135 pisze:Tej nocy doświadczamy chyba trzech burz, kolejno po sobie.
Tak, tej nocy były 3 burze i to bardzo intensywne.

Świetna wycieczka, rewelacyjnie opisana. Zdjęcia jeszcze przede mną, ale też zapowiadają się ciekawie :)

grafolog pisze:a i ostrzeżenie. Po przejściu nic już nie jest takie samo. Nachodzą Cię takie momenty, że wziąłbyś plecak, wyszedł i wrócił za 2 tygodnie, ot tak, bo chcesz.
Owszem, ja również mogę się podpisać pod tym ostrzeżeniem, chociaż wg mnie to jest tylko na plus :P

Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Postautor: seb_135 » 03-08-2011 21:38

przeszliśmy tym mostem i kilkaset metrów wszystkimi odnogami dróg, ale nic nie znaleźliśmy. poszliśmy zatem za mapą.
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Andrzej z Gór Opawskich
łazik
Posty: 68
Rejestracja: 02-04-2011 20:55
Lokalizacja: Prudnik

Postautor: Andrzej z Gór Opawskich » 08-08-2011 20:44

Gratuję przejścia lwiej części GSS. To kawał drogi. Zapraszam na końcówkę, czy też początek GSS w Górach Opawskich - z Prudnika do Głuchołaz.

Marioosh
turysta niedzielny
Posty: 6
Rejestracja: 30-09-2011 19:33
Lokalizacja: Gdańsk

Postautor: Marioosh » 30-09-2011 19:42

Witam. A ja właśnie w ostatni poniedziałek pomyślnie ukończyłem GSS i moja samotna wędrówka nie obfitowała w tak krwawe przygody jak wasza. Przede wszystkim nie miałem większych problemów z nogami - byłem lekko zaskoczony, gdy czytałem w waszej relacji o krwi, pęcherzach, ropie... Może to zasługa tego, że przez 15 dni włóczęgi miałem tylko 2 dni deszczowe, ale dla mnie ten szlak to był spacerek, aż sam byłem zdziwiony, że "zrobiłem" go na tak dużym luzie. Może trzeba się było do tej wyprawy lepiej przygotować? Pozdrawiam!
Mariusz

skiboy
obieżyświat
Posty: 604
Rejestracja: 02-10-2008 21:24
Lokalizacja: jelenia gora

Postautor: skiboy » 30-09-2011 20:37

Marioosh pisze:Witam. A ja właśnie w ostatni poniedziałek pomyślnie ukończyłem GSS i moja samotna wędrówka nie obfitowała w tak krwawe przygody jak wasza. Przede wszystkim nie miałem większych problemów z nogami - byłem lekko zaskoczony, gdy czytałem w waszej relacji o krwi, pęcherzach, ropie... Może to zasługa tego, że przez 15 dni włóczęgi miałem tylko 2 dni deszczowe, ale dla mnie ten szlak to był spacerek, aż sam byłem zdziwiony, że "zrobiłem" go na tak dużym luzie. Może trzeba się było do tej wyprawy lepiej przygotować? Pozdrawiam!
Tytuł strony to "Relacje z wypraw" może byś coś więcej napisał oprócz przechwałki.

Marioosh
turysta niedzielny
Posty: 6
Rejestracja: 30-09-2011 19:33
Lokalizacja: Gdańsk

Postautor: Marioosh » 01-10-2011 19:09

Proszę bardzo, właśnie przed chwilą zamieściłem na "Relacjach z wypraw" moją relację p.t. "Główny Szlak Sudecki, wrzesień 2011", nie jest to na pewno jakieś literackie arcydzieło, bardziej aptekarski opis, ale w końcu nie ma przymusu czytania. Nie skończyło się więc na przechwałkach. Pozdrawiam!
Mariusz


Wróć do „Relacje z wypraw”