O 9.20 wsiadam do pociągu do Dzierżoniowa, prawie dwu godzinna jazda mija szybko. Studiuję jeszcze trochę mapę. Zamierzam wyruszyć z Rościszowa, do którego albo dojadę jakimś miejskim autobusem, albo złapie stopa bądź dojdę piechotą. W Dzierżoniowie jestem po 11, wychodzę ze stacji i przed oczyma widzę nadjeżdżający autobus nr 15 do Kamionek. Nie myśląc długo wsiadam do niego i jadę, ale w przeciwna stronę niż powinienem
Pierwotnie moja trasa miała wyglądać tak:
Rościszów - Wielka Sowa - Sokolec - Jedlińska Kopa (735m) - Jedlinka - ruiny zamku Rogowiec - PTTK Andrzejówka - Kostrzyna(906m) - Mieroszów - Łączna - Chełmsko Śląskie - Leszczówka - Lubawka - Bukówka - Zadzierna(724m) - Miszkowice - Rozdroże pod Łysociną - Przełęcz Okraj - Śnieżka (1602m)
Z racji tego że chciałem wyrobić się w te 24 godziny po drodze modyfikuję troszkę trasę, ale o tym później. Zliczając czasy z mapy wyszło, że dotarcie na Śnieżkę zajmie mi 25 h 35 min, doliczyć do tego jeszcze wszystkiego rodzaju postoje i "zmęczenie materiału" po pewnym czasie zapowiada się walka z czasem
Z Kamionek idę żółtym szlakiem. Pogoda idealna do wędrowania nie za ciepło za zimno. Za Starą Jodłą zmieniam szlak na niebieski i nim dochodzę na Wielką Sowę. Wejście dobrze mnie rozgrzało. Widoczność była rewelacyjna więc wchodzę na wieżę widokową, racząc się zastanym widokiem. Dalej kawałek trasy prowadzić będzie GSS-em. Dość szybko schodzę na Przełęcz Sokolą i opuszczam Rzeczkę idąc ciągle czerwonym szlakiem. Dalej droga nie będzie wybitnie trudna, więc zmieniam buty na sandały dając odpocząć trochę stopom. Mijam Grządki, przed Jedlińska Kopą wchodzę na niebieski szlak prowadzący do Głuszycy. Przechodząc koło powiedzmy to małych zbiorników wodnych, myślę napije się wody. Zrzucam plecak patrzę… i w moich myślach rozbrzmiewa głośne O KURWA !!! gdzie są moje skarpetki?
W Głuszycy atakuje market w celu uzupełnienia zapasów. Dalej żółtym szlakiem, aż do samego schroniska PTTK Andrzejówka. Po drodze mijam jeszcze miejscowość Grzmiąca, gdzie droga prowadzi ciągle pod górę. Mieszkańcy w zimie muszą mieć przerąbane. Zaczynam wchodzić w kierunku ruin zamku Rogowiec, na trasie niespodziewanie wyskakują przede mną... krowy:) Niekoniecznie wiedziałem co zrobić bo patrzyły się na mnie tak "dziwnie":) wymijam je szerokim łukiem i jestem już na Rogowcu. Zaprawdę zacne widoki rozciągają się z tego miejsca. Czas goni więc ruszam dalej, kolejnym zwierzęciem spotkanym na szlaku jest młoda sarenka. Powoli wyciągam aparat i zbliżam się by cyknąć lepsze zdjęcie, ach jeden ruch za dużo i spłoszona ucieka. Kilkaset metrów dalej sytuacja się powtarza, tylko tym razem na drodze staję mi samiec sarny. Zbliżam się do niego, ale ten nie koniecznie chciał uciekać. Sytuacja wyglądała tak, że gdy zbliżałem się na kilka metrów ten odskakiwał trochę do przodu i tak w kółko Macieja. Po 15 minutach mój leśny przewodnik zostawia mnie a ja melduje się w Andrzejówce, licząc na jakiś gorący posiłek.
Jest już ciemno, wyciągam czołówkę i dalej maszeruję niebieskim szlakiem. Powoli wchodzę na górę Suchawa, z której widać światła z okolicznych miejscowości. Szkoda tylko, że drewniana wieża widokowa nie spełnia swoich funkcji - belki z podłogi są połamane, bądź ich w ogóle nie ma. Ja pierdziele zejście z góry jest masakryczne... teraz w górę na Kostrzynę. Tam Maciej zasiada sobie na szczycie i chwilę patrzy w niebo, które było czyste, gwieździste i księżyc też pięknie świecił... aż tu nagle słyszę, że mi coś w krzakach się rusza i zbliża do mnie. Ależ wtedy była panika:) nie wiedziałem co ze sobą, ciemno jak w dupie a tu nagle coś lezie w moją stronę, moją bronią została butelka z wodą, z wrażenia nie pamiętam co krzyczałem wtedy:). Po chwili konsternacji idę dalej nie dość, że zejście jest masakryczne to wydawało mi się że to "coś":) ciągle lezie za mną, gacie były pełne
Wychodzę na drogę krajową nr 35, jak się cieszę, że teraz trochę płaskiego terenu będzie. Na rogatkach Mieroszowa mijam patrol policji który zatrzymywał każde auto - kto by się spodziewał policji z suszarką o tej porze. Przyszła gęsta mgła i cholerne zimno. A z gorącej herbaty z termosu nici bo nie dokręciłem korka i wszystko zimne. Dostaje sms-a od Łucji, która miała iść ze mną ale jak wiemy zawsze "coś"
Z Przełęczy Okraj na Śnieżkę wg mapy zostało niecałe 3 godzin. Ruszam czerwonym szlakiem przez Czechy, szybko opadam z nóg a może bliższe prawdy będzie, że pokusa skorzystania z możliwości wygrzania się na słońcu wzięła górę
Mijam Sowią Przełęcz, już niedaleko. Chciałem iść Czarnym Grzbietem ale za schroniskiem Jelenka wisi tablica z napisem że niebezpieczny teren, nie wiem o co chodzi nic więcej nie jest napisane. Idę więc przez Czechy zielonym szlakiem, mijam jakiegoś czeskiego pracownika bodajże parku narodowego. Nie rozumiałem nic co do mnie mówił
Z racji idealnych warunków turystycznych ilość ludzi będących na szczycie była niewyobrażalna, po gorącą herbatę w kawiarni nie miałem co się ustawiać kolejka była długaaa. Siadam ja sobie na skraju góry w miejscu gdzie ludzi było jakoś mniej cieszę się rozciągającymi się widokami. Melduję wykonanie zadania w domu. Ludzi coraz więcej jak mrówek, czas wracać do domu. Zostałbym ale ludzi za dużo krzyczą, piszczą biegają...
Zmęczony jak diabli, obolały decyduję że dojdę na Kopę i stamtąd zjadę kolejka linową do Karpacza. W sumie to był mój pierwszy raz... jak jadę kolejką
O 12:55 miałem z Białego Jaru autokar do domu, zdążyłem na ostatnią chwilę.
Przyjmuję, że trasa miała ok. 75 kilometrów, jakby ktoś dysponował innym dokładniejszym kilometrażem to będę wdzięczny.
Fajna przygoda, trochę „atrakcji” po drodze, zdecydowanie brakowało kogoś z boku, ale może następnym razem znajdzie się ktoś chętny:)
Link do galerii ze zdjęciami:
https://picasaweb.google.com/maciekkolo ... directlink