Góry Stołowe i Broumovske Steny 4-6.11.2011

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Góry Stołowe i Broumovske Steny 4-6.11.2011

Postautor: seb_135 » 24-11-2011 20:50

Niby zawsze było tak, że jakość relacji wzrastała wprost proporcjonalnie do czasu, który upłynął od napisania poprzedniej (wykluczając może pierwszą, bo była pewnie do dupy a upłynął czas od urodzenia mego do napisania jej). Wykluczając też inne, które się po prostu nie udały. Tak czy owak.

Tradycją staje się najwyraźniej, iż listopadowy wyjazd jest zarezerwowany dla nas, abyśmy mogli, docierając dalej do siebie nawzajem, szukać pozostałości światła w gasnącym na zimę świecie. Podoba mi się idea pokazywania Marcie części mnie, której od jakiegoś czasu nawet nie potrafię już ogarnąć. I części świata, którego nie potrafię już zrozumieć. Im bardziej dorastam, tym bardziej nie umiem przyjąć jednoznacznej postawy odnośnie swojego stosunku do szukania gór. Właściwie to jest w ogóle szersze, nie wiem jak się ustosunkować do własnego życia. Przejście wywaliło sporo rzeczy do góry nogami. Jak coś może jednocześnie zyskiwać na znaczeniu i tracić? Jak coś może zyskiwać na spójności poprzez pogłębianie chaosu?
Ale kończąc tę niezrozumiałą, nieprzyzwoicie osobistą wiwisekcję.

Dnia 4 listopada roku pańskiego 2011 rozpoczyna się polowanie na jesień. Choć...
Właściwie to zaczyna się poprzedniego wieczora, kiedy opijam w Staromiejskiej, nareszcie, zdanie egzaminu na prawo jazdy. Świat jest wtedy słuszny a ja kładę się z myślą, że wszystko będzie dobrze.
Marta dzwoni do mnie nawet na kilka minut przed budzikiem, przerażona, że zapiłem i nie dam rady się zebrać. Ja jednak wykazuję się niebywałym hartem ducha, zapewniam, że zdążę i wrzucam do plecaka wybrane wieczorem, cokolwiek bezładnie i nieprzemyślanie, niezbędne rzeczy, które jednak, już trzeźwiejszym okiem patrząc, przebieram i dobieram pozostałych, a zapomnianych jakimś zbiegiem okoliczności na śmierć. Pies patrzy na mnie zniesmaczony i wymagający, zda się, iż mówi: "no weź mnie, k***a, ze sobą wreszcie". Jak mówi tak robię i wraz z przybyłą w międzyczasie Martą wyruszamy na dworzec. Ją z kolei zaczyna łapać migrena, więc człapiemy sobie "skrajnie wyczerpani a przecież jest rano!". Kofu ciągnie, ku przygodzie, jak sądzę.
Wydanie biletu, tradycyjnie, wymaga wygibasów językowych. A, właśnie. Orientuję się, że mam niepodbitą legitymację i decyduję się, dla uniknięcia kłopotów, jeździć na bilecie normalnym w promocji "Ty i Raz, Dwa, Trzy". Wydanie biletu:

seb: studencki i normalny w promocji Ty i Raz Dwa Trzy do Kłodzka Miasta przez Wrocław na Regio i bilet dla psa.

trochę trwa, ale pociąg i tak się spóźnia, więc nie stanowi to problemu.
Podróż do Wrocławia mija niezauważona, na miejscu idziemy do apteki w Arkadach, a później biegniemy, o zgrozo!, na pociąg do Kłodzka. Tam znajdujemy wolny boks, w którym bezceremonialnie i wolny od trosk, zasypiam, by przebudzić się w okolicach Ławicy z silnym postanowieniem, że chcę do domu, gdzie kołdra będzie ciepła a pociągu mniej.
Wysiadamy na Kłodzku Głównym, bo dalej pociąg nie jedzie. Okazuje się, że na trasie do Kudowy kursuje autobus zastępczy PKP, jednak, z racji, że zapomniałem kagańca, nie wpuszczają nas tam z psem. Muszę więc oddać kupiony przed chwilą bilet i zdążyć na szynobus do Miasta. Znowu bieganie, mniam. Swoją drogą, dowiaduję się, że linia do Dusznik będzie już w następnym rozkładzie jazdy reaktywowana, co potwierdzają późniejsze obserwacje restaurowanych torów.
Mam problem z zakwalifikowaniem niewzięcia kagańca jako swój błąd, więc dochodzi do średniej sprzeczki. Podróż trwa raptem kilka minut i już jesteśmy w Mieście. Stamtąd to idziemy do weterynarza zdobyć kaganiec i tabletki na odrobaczenie psa przy okazji. Okazuje się, że pani weterynarz posiada dwa jednakowe, więc mówiąc: "dostałam za darmo, to za darmo oddam" daje nam go bez zapłaty. Dziękuję bardzo!
Czas pozostały do odjazdu autobusu do Dusznik spędzamy w znajomej wszystkim knajpce nad Piastem. Decyduję się kupić już bilety na powrót, żeby później mieć to już z głowy. Dopijamy i udajemy się na PKS, który jedzie chyba najbardziej okrężną istniejącą drogą:

seb: dobra, zjebałem z tym kagańcem, już byśmy tam byli od trzech godzin.

Dotarłszy na miejsce zmierzamy przez Rynek do Zdroju, by zobaczyć, iż kolorowa fontanna, którą chciałem Marcie pokazać, jest już nieczynna i zająć miejsce w bardzo klimatycznej knajpce i zjeść pizzę. Plan na dziś to dotarcie "Pod Muflona", robiąc jeszcze po drodze zakupy i obserwując Kofu czającego się na kota. Marta opowiada o rzeczach świecących w nocy. Pokazuję też drogę w stronę Jamrozowej Polany, na której spaliśmy z Remkiem jakiś czas temu.
Z centrum Dusznik, stromą drogą obok bardzo przerażającej figury świętego, wspinamy się by dotrzeć do schroniska. Na miejscu ani żywej duszy, jak się początkowo zdaje. Obchodzimy miejsce dookoła, słysząc próbę przygotowującego się na następny wieczór zespołu. W końcu dzwonię do skutku i wychodzi gospodarz. Miejscowy pies, Muflon, i Kofu, nie lubią się jednak, więc lokujemy się w pokoju bez dłuższego zwiedzania. Odbywa się nawet walka, w którą, jako właściciele, zostajemy, chcąc nie chcąc, zaangażowani. Miejsce jest bardzo przytulne, jednak puste i potwornie zimne. Bierzemy jeden zestaw pościeli, jednak widząc jak wąskie są łóżka zaczynamy wątpić. Noc jest ciężka i dosyć niewygodna. Odsypiamy trudy podróży przez kilkanaście godzin, jednak nie wstajemy wcale specjalnie wypoczęci. Nawet nad ranem budzę się i proponuję, żeby już pójść jednak zostaję bezczelnie zignorowany. Przez całą noc kaloryfer ma swoje wzloty i upadki, jednak generalnie jest ledwie letni.

Nad ranem wydobywamy się z całkiem skołtunionej pościeli, zjadamy śniadanie i opuszczamy gościnne progi, gonieni jeszcze przez chwilę przez Muflona. Schodzimy z powrotem do Zdroju, robimy zakupy, wypijamy trochę zdrojowej wody i zaczynamy się wspinać, najpierw do bardzo nieczynnej stacji PKP a później przez pola (m.in. pełne barszczu Sosnowskiego) na Złotno i w stronę Rusa. Mijamy kolejne zgraje psów a dalej gubimy się nieco, by patrzeć jak liście spadając na konie i by niemalże zapaść się w moczary. I by patrzeć jak pies się czochra. I by w końcu dotrzeć do Parku Narodowego Gór Stołowych, gdzie zwierzyna jest dzika acz monitorowana i psa bezwzględnie trzymam już na uwięzi. Pokonujemy problemy z oddychaniem i, wspiąwszy się torem dawnej kolejki kamieniołomowej, mijamy urwisko, w drodze ku Wielkiemu Torfowisku Batorowskiemu. Mało torfowym jednakże okazuje się ono w porównaniu z tym w okolicach Zieleńca. Skręcamy na asfaltową drogę, by jakiś czas jeszcze nią zmierzać ku Karłowowi. Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, do celu zmierzamy w ostatnich, jaskrawojesiennych promieniach. Tam pokazuję Marcie gdzie jest Szczeliniec i że zań chcemy dziś dojść. Znosi to ciężko, ale póki co skupiamy się tylko na dotarciu do Zajazdu Karłów, by tam odpocząć. Na miejscu zjadamy pierogi i nakłaniam Martę na niwelujące ból piwo. Zastanawiamy się też co robić z resztą tego pięknie rozpoczętego dnia. Widząc obecny stan rzeczy proponuję obejść jednak Szczeliniec i najprostszą drogą udać się do Pasterki. Marta jednak, pokrzepiona jadłem i napitkiem, stwierdza, że raz, iż chce zobaczyć labirynt na szczycie a dwa, że jak już tu jesteśmy, to fajnie by było zdobyć Szczeliniec do Korony. Wyruszamy więc zbudowaną całkiem niedawno drogą obok zaprzyjaźnionego bernardyna i też nieco odrestaurowanymi schodami zmierzamy ku platformie podszczytowej i schronisku. Ciekawa rzecz, że byłem już na szczycie kilka razy, a bodajże raz za to płaciłem, bo zawsze stawiałem się albo bardzo wcześnie rano albo, jak teraz, już za ciemnej strony dnia. Inna sprawa, że naprawdę to polecam, bo np. przejście Piekiełka po ciemku to ciekawa rzecz.
Z labiryntu wychodzimy u stóp schodów, więc jesteśmy znów praktycznie w punkcie wyjścia. Wybieramy więc drogę okalającą Szczeliniec Mały i z parkingu przez nadpasterskie pola schodzimy do centrum Pasterki. Mijamy DW Szczelinka, w którym będziemy mieć jeszcze przygody oraz dom z psem Mozartem. Docieramy do PTTK Pasterka, gdzie, zgodnie z zapowiedzią, nie ma ani miejsca na igłę. Kłębią się wokół uczniowie spędzający tamże zieloną czy innego koloru szkołę. Pech, że wypili nam nie tylko całego Opata, ale też całe piwo w ogóle. Było nie było, płacimy za nocleg i oddalamy się stronę DW Szczelinka, gdzie mają nam "przydzielić jakąś dwójkę".
Docieramy na miejsce, obchodzimy dookoła, szukając wejścia. W końcu, drogą eliminacji, uznajemy jedne z drzwi za wejście i tamże dzwonimy. Brak reakcji. Chwila niepewności, ale że klamka ustępuje, to wchodzimy do środka, robiąc możliwie dużo hałasu, żeby kogoś sobą zainteresować. Nikt się jednak ciągle nie pojawia. Pukam po drzwiach i odnajduję wreszcie człowieka, który jednak okazuje się także lokatorem i wysyła mnie do "pokoju na piętrze", gdzie odnajdę dozorcę. Nie odnajduję nikogo. Wybieramy więc dość przytulny pokój, ciągle ostentacyjnie hałasując i licząc, że ktokolwiek się nami zainteresuje. Próżne to nadzieje, nie pomagają bardzo długie prysznice ni szczekanie psa. Zważywszy na fakt, że kaloryfery nie działają, dla odmiany, wcale, zakładamy na noc wiele warstw ubrań i przykrywamy czym tylko się da. Listopadowe noce w górach to nie byle co. Kofu równie ostentacyjnie demonstruje swe niezadowolenie z perspektywy spania na lodowatej posadzce, gryząc nasz koc. Rozkładam mu więc na podłodze swą koszulkę, co satysfakcjonuje go choć trochę. Resztę nocy spędzamy nieniepokojeni przez cokolwiek poza zimnem i światłem latarni umiejscowionej na wysokości naszego okna.

Rano dalej jest bardzo zimno, jednak słońce powoli zaczyna rozgrzewać świat, więc gramolimy się spod kołder, bo przyjęliśmy jednak bardziej ambitny wariant, tj. by jeszcze dziś przejść przez Broumovskie Steny i zdążyć na pociąg do Ścinawki na 16. Wyruszywszy o dziewiątej, na przejście 25 km mamy, jak łatwo policzyć, siedem godzin. Zjadamy w Pasterce śniadanie, patrząc jak uczniowie zbierają się do odjazdu i słuchając opowieści przewodnika m. in. o Jacku Fastnachcie, poprzednim dzierżawcy schroniska na Śnieżniku. Ponoć było to tak, że, będąc z kolegami z liceum na wycieczce, wspięli się na szczyt dużo szybciej, wyprzedzając wychowawczynię. Ta, dotarłszy w zasięg głosu, miała krzyknąć: "złaź stamtąd, albo zostaniesz tu na zawsze". No i, się okazało, został. Ile w tym prawdy nie wiem, ale ponoć historię tę można usłyszeć z kilku niezależnych źródeł. Tak czy owak, ciekawa opowieść. Spotkany turysta radzi też jak podtuczyć psa. Zjadłszy, wyruszamy i natychmiast po przejściu granicy już wiemy, że nie będziemy żałować obranej trasy, gdyż ta prowadzi przez malownicze wąwozy i skalne miasteczka. Trafiamy na czas polowania, napotkani co rusz myśliwi patrzą na nas spod oka i nie są specjalnie zadowoleni z obecności psa w okolicy. Ten jednak, prowadzony na smyczy, nie sprawia kłopotu nikomu poza mną.
Dalej docieramy do Martinkovic, gdzie uderza nas po raz kolejny różnica pomiędzy Polską przygraniczną a przygranicznymi Czechami. W każdym gospodarstwie kilka krów, koni, owiec, wszystko ładne, zadbane, droga prosta jak stół. Jak to się dzieje? U nas ponoć nic się nie da zrobić. Zawsze zabija mi to ćwieka. W Otovicach przypałętuje się do nas miejscowy pies i towarzyszy do momentu, aż podjeżdża poń właściciel.
Decydując się, że mamy jeszcze chwilę czasu, wstępujemy do knajpy na frytki i Staropramen i nabieramy sił. Wielkości porcji w polskiej i czeskiej knajpie za te same pieniądze nie ma nawet co porównywać. Zregenerowawszy się nieco, mając na uwadze goniący czas, wyruszamy w stronę granicy w Tłumaczowie, by nabyć po butelce czereśniowego Opata na drogę i dalej iść ku torom. Słońce chyli się powoli ku zachodowi, zalewając świat złotą jesienią. Pogoda udała nam się w ten weekend fenomenalna. Marta zaczyna coraz bardziej cierpieć z powodu odcisków, jednak nie mamy wyjścia, do Ścinawki musimy dotrzeć. Przez ostatnią godzinę odliczam już tylko kilometry i patrzę nerwowo na zegarek, jednak udaje nam się zdążyć kilkanaście minut przed czasem. Szynobus przyjeżdża załadowany po brzegi, ledwie udaje się wsiąść. Wracali skądś wielką grupą? Nigdy nie widziałem w tych rejonach tak załadowanego pociągu. W Kłodzku Głównym wyswobadzamy się z tłoku, jednak to nie koniec zabawy, bo przecież wszyscy ci ludzie też jadą dalej. Resztę drogi do Wrocławia spędzamy też, w większym czy mniejszym, tłoku i duchocie wspartej rozgrzaniem grzejników pod siedzeniami do temperatury trzydziestu stopni, tak na oko. No, nie na oko. We Wrocławiu idziemy na stację benzynową rzucić coś na ząb, a później ładujemy, już w trochę mniej zatłoczony, pociąg na Opole.

zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/1102905917 ... y46112011#
"following our will and wind we may just go where no one's been"

Wróć do „Relacje z wypraw”