w poszukiwaniu zimy- Karkonosze 29.12.2011.
: 30-12-2011 22:22
W poszukiwaniu zimy i zimowych górskich szlaków.
Cel: zlokalizować zimę.
Atrakcje towarzyszące: dobra zabawa.
Plan wykonany.
Co prawda śniegu po pas nie zastałam, ale jak na pierwszy kontakt z białym puchem w tym sezonie- nie było źle. Meldując się o 9.30 w Karpaczu szukamy wolnej miejscówki na zatłoczonych parkingach. Po mieście przechadzają się sylwestrowi turyści w poszukiwaniu jakichś atrakcji na kolejny dzień. Szybko przemierzamy oblodzone chodniki Karpacza i meldujemy się pod Wangiem.
Śnieg nawet jest! Szok!!! Czyli jednak zima nie jest tylko wirtualna! Kata za zimą nie przepada. No zmarzlak jestem! Ale góry zimową porą odwiedzić muszę. Bo góry zimową porą wyglądają zupełnie inaczej. Jakby ktoś przykrył je starannie białą kołdrą i ułożył do snu. Tylko wiatr hula i odbija się od zboczy i skał...
Turystów co niemiara. Ale cóż- taki okres. Marudzić nie będę. Sama wybrałam taki termin. Tuż za szlabanem koło Wang okazuje się, że szlak oblodzony masakrycznie. Powoli przyzwyczajam się do kontaktu z lodem. Przez pierwsze 5 min chodzę pokracznie jak kaczka. Ale potem nabieram śmiałości i wprawy. Co prawda zamiast górskich pantofli lepsze okazałby się pospolite buty z jakimiś przyssawkami, ale takich akurat nie mam w moim ekwipunku. Zaczynam też analizować sposoby zejścia, bo wejście wejściem- w górę zawsze jest łatwiej. Ale w dół po kompletnej szklance??? znając moje możliwości akrobacji i braku równowagi to będę leżeć co chwila. I co tam jakieś kijki, jakieś protektory na butach. Na mnie to nie działa. Ja jestem typ specjalny
No, może raki dałyby radę w moim przypadku, ale to już jak dla mnie rozwiązanie rodem z technologii hi-tec. A ja prostych rozwiązań szukam. I jako proste, nieskomplikowane narzędzie zamarzył mi się worek z sianem. Na nim najlepiej pokonuje się trasy w dół- miękko pod tyłkiem a i sterowanie dobre
Niestety ale jestem zawiedziona asortymentem sklepów górskich bo nie posiadają czegoś takiego na stanie! Mają jakieś liny, jakieś rakiety śnieżne, czekany, kijki i inne niestworzone sprzęty. Ale taka podstawa do zimowego zjazdu w dół jest im obca....
No ale żeby zejść, trzeba najpierw wejść. Ta prosta zasada obowiązuje w każdych górach. My niespiesznie drepczemy do Samotni. Po drodze 15 przerw na foty, na wygłupy i niezliczone "przerwy chusteczkowe". Nie będzie mi chyba dane tej zimy uwolnić się od chusteczek.
Tuż pod Samotnią odkrywam dziwne praktyki "naśnieżania drogi". Zawsze myślałam, że drogi się odśnieża a tu proszę!!! No ale przy takiej szklance praktyka naśnieżania była jak najbardziej uzasadniona! Wszak po śniegu idzie się zdecydowanie lepiej niż po lodzie. A że turystów sporo w okresie międzyświątecznym to i obsłucha schroniska postanowiła pomóc turystom co by za często nie musieć ich z tego lodu zbierać. Jak już wam kiedyś pisałam, moim zdaniem w górach oprócz sprzętu ważne są 3 przymioty naszego ciała -długie nogi, długie i chwytne ręce i miękka pupa- wszystko najlepiej połączone spójnikiem "i" - i tym razem w zimie najlepiej sprawdza się to trzecie
W Samotni rozsiadamy się ze smakołykami. Potem dalej w górę przy wzmagającym się wietrze. Docieramy do Strzechy Akademickiej i dalej w górę na równię pod Śniezką. Wieje coraz mocniej, chwilami niewiele widać. Na szczęście nie ma mega mrozu ( temp. w okolicach -5 st) więc jest mi nawet ciepło
Wygłupy po drodze dodatkowo rozgrzewają. Na samej równi nie ma już tłumów. Spotykamy kilku turystów taszczących tobołki już chyba na sylwestra pod Śnieżką, kilku przedziera się przez wicher "spacerowo". Prawdziwe turystyczne sylwestrowe tłumy zniechęcone pogodą zostały chyba jednak w Karpaczu. Śnieżka za zasłoną chmur. Krajobraz spowity chmurami- raz ciemne i groźne. Za chwilę jakby odpuszczają, by pokazać nam skrawki słońca gdzieś tam w dole. Choinki tym razem niespowite w biały puch, targane wiatrem kiwają się to w jedną stronę, to w drugą. Marzę o słońcu. O połyskującym w promieniach krajobrazie. Jasnej bieli dookoła. Tym razem jednak góry w zimowym wydaniu były ciemne i groźne. Ale taki krajobraz też ma klimat.
W schronisku pod Śnieżką raczymy się naszymi smakołykami. Rozgrzewa czekolada z pomarańczą i chili. Do tego suszone jabłka. Na Śnieżkę nie wchodzimy- jest za późno, i jak dla nas za bardzo oblodzona. Nam wystarczą krajobrazy, walka z lodem i wiatrem. To też ma swój urok. Nie zawsze trzeba stać na szczycie.
Po wyjściu ze schroniska wiatr jeszcze bardziej się wzmaga. Rzuca śniegiem i śnieżna zadymka zaciekle uderza kłującym śniegiem w twarz. Byle w dół. Woki z sianem pozostają dalej tylko w sferze marzeń. Już zmroku docieramy do Karpacza. Nie było słońca i cudnych obrazków jak z albumu. Ale były inne. Góry w każdej postaci są MAGICZNE. Nawet z mgłą i chmurami. Liczy się przygoda i klimat. Kocham góry -właśnie za przestrzeń, horyzont i MAGIĘ.
Te mniejsze i te wysokie. Te łagodne i te poszarpane. Zimą i latem. Kolorową jesienią i soczyście zieloną wiosną. Z plecakiem i uśmiechem. Sama i w towarzystwie. Na różne sposoby.
Każdy następny wypad będzie już po prostu...inny.
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/113981061407850402114/20111229KarkonoszeWPoszukiwaniuZimy#
Cel: zlokalizować zimę.
Atrakcje towarzyszące: dobra zabawa.
Plan wykonany.
Co prawda śniegu po pas nie zastałam, ale jak na pierwszy kontakt z białym puchem w tym sezonie- nie było źle. Meldując się o 9.30 w Karpaczu szukamy wolnej miejscówki na zatłoczonych parkingach. Po mieście przechadzają się sylwestrowi turyści w poszukiwaniu jakichś atrakcji na kolejny dzień. Szybko przemierzamy oblodzone chodniki Karpacza i meldujemy się pod Wangiem.
Śnieg nawet jest! Szok!!! Czyli jednak zima nie jest tylko wirtualna! Kata za zimą nie przepada. No zmarzlak jestem! Ale góry zimową porą odwiedzić muszę. Bo góry zimową porą wyglądają zupełnie inaczej. Jakby ktoś przykrył je starannie białą kołdrą i ułożył do snu. Tylko wiatr hula i odbija się od zboczy i skał...
Turystów co niemiara. Ale cóż- taki okres. Marudzić nie będę. Sama wybrałam taki termin. Tuż za szlabanem koło Wang okazuje się, że szlak oblodzony masakrycznie. Powoli przyzwyczajam się do kontaktu z lodem. Przez pierwsze 5 min chodzę pokracznie jak kaczka. Ale potem nabieram śmiałości i wprawy. Co prawda zamiast górskich pantofli lepsze okazałby się pospolite buty z jakimiś przyssawkami, ale takich akurat nie mam w moim ekwipunku. Zaczynam też analizować sposoby zejścia, bo wejście wejściem- w górę zawsze jest łatwiej. Ale w dół po kompletnej szklance??? znając moje możliwości akrobacji i braku równowagi to będę leżeć co chwila. I co tam jakieś kijki, jakieś protektory na butach. Na mnie to nie działa. Ja jestem typ specjalny
No ale żeby zejść, trzeba najpierw wejść. Ta prosta zasada obowiązuje w każdych górach. My niespiesznie drepczemy do Samotni. Po drodze 15 przerw na foty, na wygłupy i niezliczone "przerwy chusteczkowe". Nie będzie mi chyba dane tej zimy uwolnić się od chusteczek.
Tuż pod Samotnią odkrywam dziwne praktyki "naśnieżania drogi". Zawsze myślałam, że drogi się odśnieża a tu proszę!!! No ale przy takiej szklance praktyka naśnieżania była jak najbardziej uzasadniona! Wszak po śniegu idzie się zdecydowanie lepiej niż po lodzie. A że turystów sporo w okresie międzyświątecznym to i obsłucha schroniska postanowiła pomóc turystom co by za często nie musieć ich z tego lodu zbierać. Jak już wam kiedyś pisałam, moim zdaniem w górach oprócz sprzętu ważne są 3 przymioty naszego ciała -długie nogi, długie i chwytne ręce i miękka pupa- wszystko najlepiej połączone spójnikiem "i" - i tym razem w zimie najlepiej sprawdza się to trzecie
W Samotni rozsiadamy się ze smakołykami. Potem dalej w górę przy wzmagającym się wietrze. Docieramy do Strzechy Akademickiej i dalej w górę na równię pod Śniezką. Wieje coraz mocniej, chwilami niewiele widać. Na szczęście nie ma mega mrozu ( temp. w okolicach -5 st) więc jest mi nawet ciepło
W schronisku pod Śnieżką raczymy się naszymi smakołykami. Rozgrzewa czekolada z pomarańczą i chili. Do tego suszone jabłka. Na Śnieżkę nie wchodzimy- jest za późno, i jak dla nas za bardzo oblodzona. Nam wystarczą krajobrazy, walka z lodem i wiatrem. To też ma swój urok. Nie zawsze trzeba stać na szczycie.
Po wyjściu ze schroniska wiatr jeszcze bardziej się wzmaga. Rzuca śniegiem i śnieżna zadymka zaciekle uderza kłującym śniegiem w twarz. Byle w dół. Woki z sianem pozostają dalej tylko w sferze marzeń. Już zmroku docieramy do Karpacza. Nie było słońca i cudnych obrazków jak z albumu. Ale były inne. Góry w każdej postaci są MAGICZNE. Nawet z mgłą i chmurami. Liczy się przygoda i klimat. Kocham góry -właśnie za przestrzeń, horyzont i MAGIĘ.
Te mniejsze i te wysokie. Te łagodne i te poszarpane. Zimą i latem. Kolorową jesienią i soczyście zieloną wiosną. Z plecakiem i uśmiechem. Sama i w towarzystwie. Na różne sposoby.
Każdy następny wypad będzie już po prostu...inny.
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/113981061407850402114/20111229KarkonoszeWPoszukiwaniuZimy#