Cóż.
Docieram około godziny osiemnastej na szczyt. Rozpalam ognisko, smażę kiełbache (och, jak ja to lubię), po chwili przychodzi Gosia - znajoma pracująca w nadleśnictwie. Rozmawiamy, pijemy piwo, podziwiamy widoki z wieży. Gosia wraca do siebie, a ja idę spać. I to tyle jeżeli chodzi o pierwszy dzień. Jestem lekko wstawiony i totalnie niewyspany.
Pobudka. Myślałem że wstanę ambitnie wcześnie rano, jednakże zmęczenie robi swoje. Wyruszam na szlak po dziesiątej, zaraz przed tym jak na Borówkową wchodzą pierwsi "kijkowicze" z poniższo-okolicznych pensjonatów uzdrowiskowych. Cel - Javornik po czeskiej stronie, oraz ruiny zamku Rychleby. Gdy docieram do miasteczka robię zakupy, znajduję odpowiednią dla moich gust i kieszeni knajpę (ach, kocham te małomiasteczkowe meliny) i koło szesnastej wyruszam do ruin, przed którymi znajduję całkiem sympatyczna wiatę z punktem widokowym gratis obok.
Jest naprawdę super. Piękna pogoda (chłodniej już niż dnia poprzedniego), las, zwierzęta i świadomość, że jest się samym dookoła - uwielbiam to. W nocy budzą mnie tylko jakieś grasujące obok stworzenia. Jak na złość przychodzą mi na myśl ghule - poniżej jakiś kilometr mijałem starą kapliczkę i resztki cmentarza, uff. Czasami żałuję, że tak dużo czytam.
Cóż.
Pobudka dnia następnego. Mam do zrobienia sporo kilometrów, jeżeli chcę zdążyć do Lądka-Zdroju na PKSa do Wrocławia. Ale udaje mi się. Po drodze zwiedzam ruiny zamku Rychleby (ach Ci raubritterzy!), mijam granice, podziwiam widoki z Trojaka i ląduje w Lądku. Mam jeszcze chwilkę czasu, przybijam pieczątki w oddziale PTTK i informacji turystycznej, wypijam piwko i powrót do domu...
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/1157835289 ... lebskeHory