Góry Złote ze znacznym odchyleniem na Rychlebske hory
: 02-06-2012 15:49
I w końcu mi się udało! Zdobyłem Borówkową
Po nieprzespanej nocy (taka praca) wsiadam w pociąg do Wrocławia, następnie PKS do Złotego Stoku i jestem w górach! Szybko odnajduje zielony szlak graniczny i zagłębiam się w zielonej dziczy. Szlak miejscami niemal cały zarośnięty jest świeżą trawą i chaszczami, do tego jest straszny upał, parno, pot leje się ze mnie strumieniami, wszystko się do mnie przykleja, a oczami wyobraźni widzę na sobie dziesiątki tysięcy kleszczy (zaraz obok nieprzebranych zastępów pająków).
Cóż.
Docieram około godziny osiemnastej na szczyt. Rozpalam ognisko, smażę kiełbache (och, jak ja to lubię), po chwili przychodzi Gosia - znajoma pracująca w nadleśnictwie. Rozmawiamy, pijemy piwo, podziwiamy widoki z wieży. Gosia wraca do siebie, a ja idę spać. I to tyle jeżeli chodzi o pierwszy dzień. Jestem lekko wstawiony i totalnie niewyspany.
Pobudka. Myślałem że wstanę ambitnie wcześnie rano, jednakże zmęczenie robi swoje. Wyruszam na szlak po dziesiątej, zaraz przed tym jak na Borówkową wchodzą pierwsi "kijkowicze" z poniższo-okolicznych pensjonatów uzdrowiskowych. Cel - Javornik po czeskiej stronie, oraz ruiny zamku Rychleby. Gdy docieram do miasteczka robię zakupy, znajduję odpowiednią dla moich gust i kieszeni knajpę (ach, kocham te małomiasteczkowe meliny) i koło szesnastej wyruszam do ruin, przed którymi znajduję całkiem sympatyczna wiatę z punktem widokowym gratis obok.
Jest naprawdę super. Piękna pogoda (chłodniej już niż dnia poprzedniego), las, zwierzęta i świadomość, że jest się samym dookoła - uwielbiam to. W nocy budzą mnie tylko jakieś grasujące obok stworzenia. Jak na złość przychodzą mi na myśl ghule - poniżej jakiś kilometr mijałem starą kapliczkę i resztki cmentarza, uff. Czasami żałuję, że tak dużo czytam.
Cóż.
Pobudka dnia następnego. Mam do zrobienia sporo kilometrów, jeżeli chcę zdążyć do Lądka-Zdroju na PKSa do Wrocławia. Ale udaje mi się. Po drodze zwiedzam ruiny zamku Rychleby (ach Ci raubritterzy!), mijam granice, podziwiam widoki z Trojaka i ląduje w Lądku. Mam jeszcze chwilkę czasu, przybijam pieczątki w oddziale PTTK i informacji turystycznej, wypijam piwko i powrót do domu...
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/1157835289 ... lebskeHory
Cóż.
Docieram około godziny osiemnastej na szczyt. Rozpalam ognisko, smażę kiełbache (och, jak ja to lubię), po chwili przychodzi Gosia - znajoma pracująca w nadleśnictwie. Rozmawiamy, pijemy piwo, podziwiamy widoki z wieży. Gosia wraca do siebie, a ja idę spać. I to tyle jeżeli chodzi o pierwszy dzień. Jestem lekko wstawiony i totalnie niewyspany.
Pobudka. Myślałem że wstanę ambitnie wcześnie rano, jednakże zmęczenie robi swoje. Wyruszam na szlak po dziesiątej, zaraz przed tym jak na Borówkową wchodzą pierwsi "kijkowicze" z poniższo-okolicznych pensjonatów uzdrowiskowych. Cel - Javornik po czeskiej stronie, oraz ruiny zamku Rychleby. Gdy docieram do miasteczka robię zakupy, znajduję odpowiednią dla moich gust i kieszeni knajpę (ach, kocham te małomiasteczkowe meliny) i koło szesnastej wyruszam do ruin, przed którymi znajduję całkiem sympatyczna wiatę z punktem widokowym gratis obok.
Jest naprawdę super. Piękna pogoda (chłodniej już niż dnia poprzedniego), las, zwierzęta i świadomość, że jest się samym dookoła - uwielbiam to. W nocy budzą mnie tylko jakieś grasujące obok stworzenia. Jak na złość przychodzą mi na myśl ghule - poniżej jakiś kilometr mijałem starą kapliczkę i resztki cmentarza, uff. Czasami żałuję, że tak dużo czytam.
Cóż.
Pobudka dnia następnego. Mam do zrobienia sporo kilometrów, jeżeli chcę zdążyć do Lądka-Zdroju na PKSa do Wrocławia. Ale udaje mi się. Po drodze zwiedzam ruiny zamku Rychleby (ach Ci raubritterzy!), mijam granice, podziwiam widoki z Trojaka i ląduje w Lądku. Mam jeszcze chwilkę czasu, przybijam pieczątki w oddziale PTTK i informacji turystycznej, wypijam piwko i powrót do domu...
Zdjęcia:
https://picasaweb.google.com/1157835289 ... lebskeHory