Marsz dobromierski czyli mała wyprawa z dużą dawką historii
: 07-06-2012 12:56
W poniedziałek 4 czerwca przypadała 267. rocznica bitwy pod Strzegomiem i Dobromierzem. Z tej okazji postanowiłem dokładnie w tym dniu zwiedzić teren, gdzie w 1745 r. rozegrała się największa bitwa wojen śląskich stoczona na terenie Śląska (największą w ogóle bitwą tych wojen była batalia pod Pragą w 1757 r.). Wzięło w niej udział łącznie 120 tysięcy żołnierzy: z jednej strony koalicyjna armia sasko-austriacka, z drugiej – dowodzona przez króla Fryderyka II - armia pruska.
Wystartowałem z Wrocławia o godzinie 7.20. W busie odświeżałem sobie przebieg wydarzeń z 4 VI 1745 r. czytając monografię bitwy pióra Roberta Kisiela.
Wiem, że to bardzo brzydko się chwalić, ale nie mogę się powstrzymać: posiadam egzemplarz tej książki z dedykacją od autora
Jest to pamiątka lekcji historii z 6 III 2002 r., którą prowadził w moim LO pan Kisiel. Nawet zachowałem sobie zeszyt z notatkami z owej lekcji.
O godzinie 8.17 (historycznie rzecz biorąc 267 lat wcześniej o tej porze było w zasadzie po bitwie
) wysiadłem z busa w Strzegomiu. Pierwszym celem tego dnia była Krzyżowa Góra (353 m n.p.m.), najwyższy szczyt Wzgórz Strzegomskich.
Nazwa wzięła się oczywiście od krzyża, umieszczonego na szczycie w 1850 r., upamiętniającego bitwę.
Po 24 minutach od opuszczenia busa stanąłem na szczycie, pokonując po drodze 103 kamienne schody, prowadzące z przełęczy między Górą Krzyżową a Górą św. Jerzego.
Pogoda tego dnia nie była zbyt dobra – po niebie pełzły zawieszone nisko szare deszczowe chmury. We Wrocławiu mżyło, w drodze do Strzegomia także. Krzyżowa Góra jest dobrym punktem widokowym na okolicę, ale niestety warunki atmosferyczne znacznie pogarszały widoczność.
Czuć powiew historii...
Strzegom stanowił najdalej na wschód wysunięty punkt pola bitwy z 1745 r. W owym czasie w mieście tym i w pobliskiej wiosce Graby (obecnie część Strzegomia) znajdowały się najlepsze przeprawy przez rzekę Strzegomkę, co było istotne dla armii pruskiej, która we wczesnych godzinach rannych 4 VI 1745 r. (między 3.30 a 4.00) po przeprawieniu się przez w/w przeszkodę wodną zaatakowała oddziały saskie. Tu małe wyjaśnienie. Jak już wspomniałem, podczas bitwy Prusacy walczyli z koalicyjną armią, którą tworzyły oddziały saskie oraz austriackie. Skrzydło saskie znajdowało się w rejonie Strzegomia, a austriackie pod Dobromierzem. Prusacy najpierw zaatakowali Sasów, a po ich pobiciu przyszła kolej na Austriaków. Zachowując chronologię zacząłem swą wyprawę od skrzydła saskiego
Na szczycie Krzyżowej Góry byłem jakiś kwadrans, po czym zszedłem na przełęcz. Postanowiłem wejść też na sąsiednią Górę św. Jerzego, na którą jednak nie prowadzi taka złożona ze schodów „autostrada” jak na Dach Wzgórz Strzegomskich. Spróbowałem wejść po ścieżce prowadzącej wprost z przełęczy.
Jako że była stroma, a ostatnimi czasy sporo padało, po kilku krokach zacząłem zjeżdżać. Tędy się nie dało. Znalazłem jednak wejście z innej strony i wąską ścieżką dotarłem do takiego oto miejsca w pobliżu szczytu.
Na sam szczyt nie dotarłem, bo był bardzo zarośnięty a przedzieranie się przez mokre krzaki jakoś mnie nie nęciło...
Schodząc z powrotem na przełęcz sfotografowałem jeszcze tą oto studzienkę.
Jest to zapewne wejście do supertajnego podziemnego kompleksu z czasów II wojny światowej, przy którym bledną słynne podziemia w Górach Sowich („Riese”). Ponieważ celem mojej wyprawy były miejsca związane z wydarzeniami o 200 lat wcześniejszymi, zrezygnowałem z wejścia i zyskania wiecznej sławy odkrywcy jednej z największych wojennych tajemnic Dolnego Śląska. Zresztą nie wiadomo, czy aby tam na dole nie siedzieli Niemcy, którzy nie wiedzieli, że od ich zejścia pod ziemię w 1945 r. sytuacja na zewnątrz uległa dość zasadniczym zmianom. Jak bym im wytłumaczył, że teraz jesteśmy sojusznikami?
Z przełęczy podążyłem za niebieskim szlakiem. Droga okrążała Górę św. Jerzego, a po pewnym czasie w prawo odbijała ścieżka, a za nią szlak. Było ślisko, tak więc trzeba było schodzić ostrożnie (i tak kilka razy wpadałem w mały poślizg). Po wyjściu z lasu mym oczom ukazał się przekaźnik, a na prawo od niego zabudowania wsi Żółkiewka.
Na tym to właśnie terenie doszło do starcia Prusaków z Sasami.
Wzgórze Jedlice (351 m). Za nim znajduje się teren byłego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z okresu II wojny światowej.
Idąc w stronę Żółkiewki obejrzałem się za siebie. Widać było górę Szeroką (340 m – z nadajnikiem) oraz Górę św. Jerzego.
Doszedłem do Żółkiewki i dłuższą chwilę dumałem nad mapą, próbując wymyślić, jak mam iść dalej. W końcu poszedłem prosto, a następnie skręciłem w lewo idąc w stronę wsi Kostrza. Po pokonaniu 90-stopniowego zakrętu znalazłem się na tym rozdrożu.
gdzie odbiłem na Godzieszówek. Nazwa ta zapisała się bardzo krwawo w historii bitwy – na polach wokół tej miejscowości pochowano połowę wszystkich poległych, ponad dwa tysiące! Były to m.in. ofiary walk o mokradła o niemieckiej nazwie Gule, w terenie częściowo zalesionym, poprzecinanym licznymi rowami i strumieniem Parowa. O drogę, którą się aktualnie poruszałem, znajdującą się na podmurowanej grobli, także toczyły się walki.
Wędrówce odcinkiem Żółkiewka-Godzieszówek towarzyszyły akustyczne atrakcje w postaci wycia syren w kamieniołomach koło Kostrzy, po których następowały strzelania.
Widok na kamieniołomy koło Kostrzy. Niestety, pogoda psuła widoki.
Tablica z boku drogi. Skąd, jak i kiedy tu trafiła?
Za plecami zostawiałem Żelazowską Górę (266 m), również związaną z bitwą.
Po obu jej stronach wycofywały się z Żółkiewki w kierunku Kostrzy dwa oddziały saskiej piechoty, atakowane przez pruską jazdę. Jeden szczęśliwie dotarł do swoich, ale drugi nie miał tyle szczęścia. Ok. 400 grenadierów saskich zostało otoczonych przez pruską konnicę. Przed bitwą Fryderyk II kazał nie dawać pardonu Sasom. „Befehl ist Befehl!“ Dla 350 grenadierów z wspomnianego oddziału 4 VI 1745 r. był ostatnim dniem ich życia. Tylko kilkudziesięciu dostało się do niewoli. Jeden z oficerów pruskiego regimentu huzarów Natzmera napisał później o „demonicznej żądzy krwi”, która ogarnęła kawalerzystów (a niektórzy twierdzą, że wojna uszlachetnia ludzkie charaktery!). Pamiątką po tym zdarzeniu była funkcjonująca do 1945 r. nazwa topograficzna „Totenweg” – „Droga martwych”...
Droga, którą szedłem w stronę Godzieszówka, przecinała las. Na jego skraju zauważyłem na jednym z drzew jakąś tabliczkę. Zaciekawiony podszedłem bliżej.
Big Brother is watching
Przy drodze było też kilka słupków, a na jednym z nich data “1936”.
Po dotarciu na rozstajne drogi nieopodal Godzieszówka skręciłem w lewo, maszerując w stronę Strzegomia. Nie była to nawigacyjna pomyłka – kilkaset metrów dalej w niewielkim zagajniku po lewej stronie drogi stał niegdyś pomnik upamiętniający poległych w bitwie żołnierzy austriackich i saskich.
Z oryginalnego pomnika (z tyłu) nie zostało niemal nic.
Z boku jeszcze te fragmenty.
W 2000 r. ustawiono obok głaz z tablicą. Zapomniano (?) jednak o Sasach!
Jeden z dębów przy pomniku. Ciekawe, czy pamięta czasy bitwy?
Przy pomniku zrobiłem sobie przerwę śniadaniową oraz znów dumałem z mapą w dłoni nad dalszą marszrutą. Ostatecznie zdecydowałem się na prostą jak strzelił bitą drogę łączącą Godzieszówek z Tomkowicami.
Między tymi dwoma wsiami w czasie bitwy długie szeregi pruskiej i austriackiej piechoty przez okrągłą godzinę wystrzeliwały się nawzajem.
Na tych polach miała miejsce romantyczna rzeź piechoty
Mniej więcej w połowie drogi znajduje się przejazd kolejowy. W tym miejscu w czasie bitwy (wtedy oczywiście nie było jeszcze torów
) stał pruski regiment dragonów Bayreuth. Dzięki sprzyjającemu splotowi okoliczności wykonał on najsłynniejszą w dziejach jazdy pruskiej szarżę, w trakcie której dosłownie rozniósł austriacką piechotę - rozjechał 20 batalionów fizylierów i 14 kompanii grenadierów, wziął 2,5 tysiąca jeńców i zdobył 5 armat. Jakby tego było mało, łupem dragonów padło 67 chorągwi austriackiej piechoty (podczas bitwy wszystkie pozostałe pruskie regimenty zdobyły łącznie tylko 9 sztandarów i chorągwi)! Ten olbrzymi sukces regiment okupił stratą zaledwie 94 żołnierzy (w tym 28 zabitych). Po bitwie Fryderyk II powiedział dowódcy dragonów, że nie każda stronica historii Rzymu zawiera opis takiego czynu, jakiego on dokonał.
Pruski monarcha skomponował po bitwie na cześć regimentu „Hohenfriedeberger Marsch” (w tłumaczeniu na polski – „Marsz dobromierski”; stąd nazwa relacji
), który po dzień dzisiejszy znajduje się w repertuarze niemieckiej muzyki wojskowej.
Gdy stałem w tym jakże historycznym miejscu, moją uwagę absorbowały głównie zarośnięte tory kolejowe, a szczególnie brak pewnego ich odcinka.
Ciekawe, ile „chłopcy-palnikowcy” dostali w skupie złomu?
W Tomkowicach wyszedłem przy kościele (właśnie jest dobudowywana do niego wieża) i zacząłem marsz przez tą wieś.
„Wsi takiej nie znajdziesz nigdzie”
Zaraz za wsią zobaczyłem obok drogi krzyż – zapewne ustawiony w miejscu tragicznego wypadku drogowego.
W oddali widać już było (obok Dobromierza) górę Wieżycę z wieżą widokową oraz biegnącą u jej podnóża drogę krajową numer 5.
Tyle razy przejeżdżałem obok Wieżycy w drodze w Karkonosze, ale nie miałem okazji zawędrować na jej szczyt. Teraz taka okazja się nadarzyła. Do Dobromierza był jednak jeszcze spory kawałek. Zastanawiałem się ile jeszcze będę piłował po asfalcie, nim tam dotrę, gdy usłyszałem nadjeżdżający z tyłu samochód. Nie wiem czemu pomyślałem, że się zatrzyma. Istotnie – czarny Volkswagen Garbus (nowego wzoru) zatrzymał się, a kierowca spytał, czy mnie podrzucić. Bardzo chętnie!
Co prawda ów kierowca jechał tylko do Jugowej, ale postanowił mnie podrzucić do stacji benzynowej przy samym Dobromierzu. Chyba trzy razy po drodze dziękowałem
Skorzystałem też z okazji by spytać o dostępność wieży widokowej na Wieżycy. Okazało się, że jest w prywatnych rękach, ale dostępna, a kierowca wytłumaczył mi dokładnie jak do niej dojść.
Dobromierz to małe miasteczko, jedno z tych gdzie czas się zatrzymał.
Główna ulica wznosi się pod górę
Minąłem rynek, szkołę, basen, przeszedłem kładką nad „krajową piątką” i obok domów skręciłem w prawo w stronę wieży.
Nie zdążyłem wejść w las porastający wierzchołek, gdy minął mnie samochód. Jak się domyślałem, jechał nim właściciel wieży. Przypuszczenie okazało się słuszne. Tuż po godzinie 12 wkroczyłem do wieży w towarzystwie pana Edwarda Hałdasia.
Za wstęp nic się nie płaci, można za to nabyć pocztówkę (są dostępne cztery rodzaje). Ja zdecydowałem się na taką
Samo wzgórze jest oczywiście związane z bitwą. 2 czerwca 1745 r. odbyła się na nim narada wodzów: austriackiego (książę Karol Lotaryński) i saskiego (książę Sachsen-Weissenfels) oraz generalicji. Nazajutrz odbyła się tam kolejna narada, po której wojska koalicji otrzymały rozkaz zejścia z gór na nizinę.
Widoczność nie była rewelacyjna. Pan Hałdaś stwierdził, że nie widać ani Chełmca, ani Wielkiej Sowy.
Na I kondygnacji wieży leżały na parapetach kawałki niemieckich tablic z nazwiskami poległych w wojnach mieszkańców powiatu bolkowskiego. Tablic tych, które znajdowały się na zewnątrz wieży, było niegdyś pięć. Upamiętniały ofiary wojny 1813 r., wojny z Danią (1864), z Austrią (1866), z Francją (1870/71) oraz I wojny światowej. Jak się nietrudno domyślić, zostały rozbite po II wojnie światowej. Większość mojej rozmowy z panem Hałdasiem dotyczyła właśnie tych tablic. W wolnych chwilach stara się on dopasować jakoś kawałki i je posklejać, ale układanie tych „puzzli” zajmie mu na pewno wiele lat...
Miałem mocne postanowienie, by do Strzegomia wrócić „z buta”, Szlakiem Ułanów Legii Nadwiślańskiej wzdłuż rzeki Strzegomki. Uprzedzając nieco wypadki powiem, że z buta to bym chętnie potraktował osobę, która wyznakowała odcinek rzeczonego szlaku między Serwinowem a Strzegomiem!
Wcześniej jednak miałem okazję podziwiać most, którego fragment chyba kiedyś rozebrano i zastąpiono kładką dla pieszych
oraz zaporę zbiornika retencyjnego na Strzegomce
A teraz wróćmy na szlak. Z Dobromierza do Serwinowa było OK. Jednakże potem zaczęły się schody...
Widzicie gdzieś tu szlak? Nie? Ja też nie widziałem!
Marsz w mokrym zbożu lub chaszczach to naprawdę umiarkowana przyjemność.
Co pewien (dłuższy) czas na drzewie znajdowałem wypłowiałe znaki.
Pan Hałdaś, gdy mu powiedziałem, jak zamierzam iść do Strzegomia, stwierdził, że będę musiał spory odcinek maszerować ruchliwą drogą krajową nr 5. Teraz już wiedziałem, o co mu chodziło. Na wysokości Małego Modlęcina dałem za wygraną i skręciłem w lewo, do szosy. Wzdłuż drogi, możliwie jak najdalej od jezdni, maszerowałem do Strzegomia, modląc się w duchu, by jakaś pani-kierowca nie zagadała się z koleżanką o nowej sukience, bo przybędzie na poboczu nowy krzyż...
Aby ominąć choć kawałek „piątki” przeszedłem przez wieś Granica, a potem skręciłem w prawo do wsi Stawiska, gdzie napotkałem znajome znaki Szlaku Ułanów Legii Nadwiślańskiej (hura :>) i za nimi, przez Graby, wmaszerowałem do Strzegomia, mijając po drodze nowy i absolutnie pusty cmentarz komunalny (znaczy – bez grobów; tylko mur i kilka lamp wzdłuż alejek w środku).
Ładny kamienny most na Strzegomce w Grabach
Zmierzając w stronę dworca PKS przekonałem się, że po 1989 r. zapomniano na ulicy Dolnej usunąć niektóre tabliczki z numerami domów
Strzegomskie Planty
Tuż po 15.30 dotarłem na strzegomski PKS (który jakiś czas temu zmienił lokalizację), by po niecałym kwadransie wsiąść do autobusu, który zabrał mnie do Wrocławia.
Wycinek mapy z fragmentem pola bitwy
Na koniec mały bonus – fotografie dwóch obrazów znajdujących się w Muzeum Militarno-Historycznym w Dreźnie przedstawiające sceny związane z bitwą
Carl Röchling (1855-1920), Pruski batalion grenadierów bije saską Gwardię
Wilhelm Camphausen (1818-1885), Dragoni Bayreuth prezentują Fryderykowi II zdobyte chorągwie

Wystartowałem z Wrocławia o godzinie 7.20. W busie odświeżałem sobie przebieg wydarzeń z 4 VI 1745 r. czytając monografię bitwy pióra Roberta Kisiela.
Wiem, że to bardzo brzydko się chwalić, ale nie mogę się powstrzymać: posiadam egzemplarz tej książki z dedykacją od autora
Jest to pamiątka lekcji historii z 6 III 2002 r., którą prowadził w moim LO pan Kisiel. Nawet zachowałem sobie zeszyt z notatkami z owej lekcji.
O godzinie 8.17 (historycznie rzecz biorąc 267 lat wcześniej o tej porze było w zasadzie po bitwie
Nazwa wzięła się oczywiście od krzyża, umieszczonego na szczycie w 1850 r., upamiętniającego bitwę.
Po 24 minutach od opuszczenia busa stanąłem na szczycie, pokonując po drodze 103 kamienne schody, prowadzące z przełęczy między Górą Krzyżową a Górą św. Jerzego.
Pogoda tego dnia nie była zbyt dobra – po niebie pełzły zawieszone nisko szare deszczowe chmury. We Wrocławiu mżyło, w drodze do Strzegomia także. Krzyżowa Góra jest dobrym punktem widokowym na okolicę, ale niestety warunki atmosferyczne znacznie pogarszały widoczność.
Czuć powiew historii...
Strzegom stanowił najdalej na wschód wysunięty punkt pola bitwy z 1745 r. W owym czasie w mieście tym i w pobliskiej wiosce Graby (obecnie część Strzegomia) znajdowały się najlepsze przeprawy przez rzekę Strzegomkę, co było istotne dla armii pruskiej, która we wczesnych godzinach rannych 4 VI 1745 r. (między 3.30 a 4.00) po przeprawieniu się przez w/w przeszkodę wodną zaatakowała oddziały saskie. Tu małe wyjaśnienie. Jak już wspomniałem, podczas bitwy Prusacy walczyli z koalicyjną armią, którą tworzyły oddziały saskie oraz austriackie. Skrzydło saskie znajdowało się w rejonie Strzegomia, a austriackie pod Dobromierzem. Prusacy najpierw zaatakowali Sasów, a po ich pobiciu przyszła kolej na Austriaków. Zachowując chronologię zacząłem swą wyprawę od skrzydła saskiego
Na szczycie Krzyżowej Góry byłem jakiś kwadrans, po czym zszedłem na przełęcz. Postanowiłem wejść też na sąsiednią Górę św. Jerzego, na którą jednak nie prowadzi taka złożona ze schodów „autostrada” jak na Dach Wzgórz Strzegomskich. Spróbowałem wejść po ścieżce prowadzącej wprost z przełęczy.
Jako że była stroma, a ostatnimi czasy sporo padało, po kilku krokach zacząłem zjeżdżać. Tędy się nie dało. Znalazłem jednak wejście z innej strony i wąską ścieżką dotarłem do takiego oto miejsca w pobliżu szczytu.
Na sam szczyt nie dotarłem, bo był bardzo zarośnięty a przedzieranie się przez mokre krzaki jakoś mnie nie nęciło...
Schodząc z powrotem na przełęcz sfotografowałem jeszcze tą oto studzienkę.
Jest to zapewne wejście do supertajnego podziemnego kompleksu z czasów II wojny światowej, przy którym bledną słynne podziemia w Górach Sowich („Riese”). Ponieważ celem mojej wyprawy były miejsca związane z wydarzeniami o 200 lat wcześniejszymi, zrezygnowałem z wejścia i zyskania wiecznej sławy odkrywcy jednej z największych wojennych tajemnic Dolnego Śląska. Zresztą nie wiadomo, czy aby tam na dole nie siedzieli Niemcy, którzy nie wiedzieli, że od ich zejścia pod ziemię w 1945 r. sytuacja na zewnątrz uległa dość zasadniczym zmianom. Jak bym im wytłumaczył, że teraz jesteśmy sojusznikami?
Z przełęczy podążyłem za niebieskim szlakiem. Droga okrążała Górę św. Jerzego, a po pewnym czasie w prawo odbijała ścieżka, a za nią szlak. Było ślisko, tak więc trzeba było schodzić ostrożnie (i tak kilka razy wpadałem w mały poślizg). Po wyjściu z lasu mym oczom ukazał się przekaźnik, a na prawo od niego zabudowania wsi Żółkiewka.
Na tym to właśnie terenie doszło do starcia Prusaków z Sasami.
Wzgórze Jedlice (351 m). Za nim znajduje się teren byłego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen z okresu II wojny światowej.
Idąc w stronę Żółkiewki obejrzałem się za siebie. Widać było górę Szeroką (340 m – z nadajnikiem) oraz Górę św. Jerzego.
Doszedłem do Żółkiewki i dłuższą chwilę dumałem nad mapą, próbując wymyślić, jak mam iść dalej. W końcu poszedłem prosto, a następnie skręciłem w lewo idąc w stronę wsi Kostrza. Po pokonaniu 90-stopniowego zakrętu znalazłem się na tym rozdrożu.
gdzie odbiłem na Godzieszówek. Nazwa ta zapisała się bardzo krwawo w historii bitwy – na polach wokół tej miejscowości pochowano połowę wszystkich poległych, ponad dwa tysiące! Były to m.in. ofiary walk o mokradła o niemieckiej nazwie Gule, w terenie częściowo zalesionym, poprzecinanym licznymi rowami i strumieniem Parowa. O drogę, którą się aktualnie poruszałem, znajdującą się na podmurowanej grobli, także toczyły się walki.
Wędrówce odcinkiem Żółkiewka-Godzieszówek towarzyszyły akustyczne atrakcje w postaci wycia syren w kamieniołomach koło Kostrzy, po których następowały strzelania.
Widok na kamieniołomy koło Kostrzy. Niestety, pogoda psuła widoki.
Tablica z boku drogi. Skąd, jak i kiedy tu trafiła?
Za plecami zostawiałem Żelazowską Górę (266 m), również związaną z bitwą.
Po obu jej stronach wycofywały się z Żółkiewki w kierunku Kostrzy dwa oddziały saskiej piechoty, atakowane przez pruską jazdę. Jeden szczęśliwie dotarł do swoich, ale drugi nie miał tyle szczęścia. Ok. 400 grenadierów saskich zostało otoczonych przez pruską konnicę. Przed bitwą Fryderyk II kazał nie dawać pardonu Sasom. „Befehl ist Befehl!“ Dla 350 grenadierów z wspomnianego oddziału 4 VI 1745 r. był ostatnim dniem ich życia. Tylko kilkudziesięciu dostało się do niewoli. Jeden z oficerów pruskiego regimentu huzarów Natzmera napisał później o „demonicznej żądzy krwi”, która ogarnęła kawalerzystów (a niektórzy twierdzą, że wojna uszlachetnia ludzkie charaktery!). Pamiątką po tym zdarzeniu była funkcjonująca do 1945 r. nazwa topograficzna „Totenweg” – „Droga martwych”...
Droga, którą szedłem w stronę Godzieszówka, przecinała las. Na jego skraju zauważyłem na jednym z drzew jakąś tabliczkę. Zaciekawiony podszedłem bliżej.
Big Brother is watching
Przy drodze było też kilka słupków, a na jednym z nich data “1936”.
Po dotarciu na rozstajne drogi nieopodal Godzieszówka skręciłem w lewo, maszerując w stronę Strzegomia. Nie była to nawigacyjna pomyłka – kilkaset metrów dalej w niewielkim zagajniku po lewej stronie drogi stał niegdyś pomnik upamiętniający poległych w bitwie żołnierzy austriackich i saskich.
Z oryginalnego pomnika (z tyłu) nie zostało niemal nic.
Z boku jeszcze te fragmenty.
W 2000 r. ustawiono obok głaz z tablicą. Zapomniano (?) jednak o Sasach!
Jeden z dębów przy pomniku. Ciekawe, czy pamięta czasy bitwy?
Przy pomniku zrobiłem sobie przerwę śniadaniową oraz znów dumałem z mapą w dłoni nad dalszą marszrutą. Ostatecznie zdecydowałem się na prostą jak strzelił bitą drogę łączącą Godzieszówek z Tomkowicami.
Między tymi dwoma wsiami w czasie bitwy długie szeregi pruskiej i austriackiej piechoty przez okrągłą godzinę wystrzeliwały się nawzajem.
Na tych polach miała miejsce romantyczna rzeź piechoty
Mniej więcej w połowie drogi znajduje się przejazd kolejowy. W tym miejscu w czasie bitwy (wtedy oczywiście nie było jeszcze torów
Pruski monarcha skomponował po bitwie na cześć regimentu „Hohenfriedeberger Marsch” (w tłumaczeniu na polski – „Marsz dobromierski”; stąd nazwa relacji
Gdy stałem w tym jakże historycznym miejscu, moją uwagę absorbowały głównie zarośnięte tory kolejowe, a szczególnie brak pewnego ich odcinka.
Ciekawe, ile „chłopcy-palnikowcy” dostali w skupie złomu?
W Tomkowicach wyszedłem przy kościele (właśnie jest dobudowywana do niego wieża) i zacząłem marsz przez tą wieś.
„Wsi takiej nie znajdziesz nigdzie”
Zaraz za wsią zobaczyłem obok drogi krzyż – zapewne ustawiony w miejscu tragicznego wypadku drogowego.
W oddali widać już było (obok Dobromierza) górę Wieżycę z wieżą widokową oraz biegnącą u jej podnóża drogę krajową numer 5.
Tyle razy przejeżdżałem obok Wieżycy w drodze w Karkonosze, ale nie miałem okazji zawędrować na jej szczyt. Teraz taka okazja się nadarzyła. Do Dobromierza był jednak jeszcze spory kawałek. Zastanawiałem się ile jeszcze będę piłował po asfalcie, nim tam dotrę, gdy usłyszałem nadjeżdżający z tyłu samochód. Nie wiem czemu pomyślałem, że się zatrzyma. Istotnie – czarny Volkswagen Garbus (nowego wzoru) zatrzymał się, a kierowca spytał, czy mnie podrzucić. Bardzo chętnie!
Co prawda ów kierowca jechał tylko do Jugowej, ale postanowił mnie podrzucić do stacji benzynowej przy samym Dobromierzu. Chyba trzy razy po drodze dziękowałem
Dobromierz to małe miasteczko, jedno z tych gdzie czas się zatrzymał.
Główna ulica wznosi się pod górę
Minąłem rynek, szkołę, basen, przeszedłem kładką nad „krajową piątką” i obok domów skręciłem w prawo w stronę wieży.
Nie zdążyłem wejść w las porastający wierzchołek, gdy minął mnie samochód. Jak się domyślałem, jechał nim właściciel wieży. Przypuszczenie okazało się słuszne. Tuż po godzinie 12 wkroczyłem do wieży w towarzystwie pana Edwarda Hałdasia.
Za wstęp nic się nie płaci, można za to nabyć pocztówkę (są dostępne cztery rodzaje). Ja zdecydowałem się na taką
Samo wzgórze jest oczywiście związane z bitwą. 2 czerwca 1745 r. odbyła się na nim narada wodzów: austriackiego (książę Karol Lotaryński) i saskiego (książę Sachsen-Weissenfels) oraz generalicji. Nazajutrz odbyła się tam kolejna narada, po której wojska koalicji otrzymały rozkaz zejścia z gór na nizinę.
Widoczność nie była rewelacyjna. Pan Hałdaś stwierdził, że nie widać ani Chełmca, ani Wielkiej Sowy.
Na I kondygnacji wieży leżały na parapetach kawałki niemieckich tablic z nazwiskami poległych w wojnach mieszkańców powiatu bolkowskiego. Tablic tych, które znajdowały się na zewnątrz wieży, było niegdyś pięć. Upamiętniały ofiary wojny 1813 r., wojny z Danią (1864), z Austrią (1866), z Francją (1870/71) oraz I wojny światowej. Jak się nietrudno domyślić, zostały rozbite po II wojnie światowej. Większość mojej rozmowy z panem Hałdasiem dotyczyła właśnie tych tablic. W wolnych chwilach stara się on dopasować jakoś kawałki i je posklejać, ale układanie tych „puzzli” zajmie mu na pewno wiele lat...
Miałem mocne postanowienie, by do Strzegomia wrócić „z buta”, Szlakiem Ułanów Legii Nadwiślańskiej wzdłuż rzeki Strzegomki. Uprzedzając nieco wypadki powiem, że z buta to bym chętnie potraktował osobę, która wyznakowała odcinek rzeczonego szlaku między Serwinowem a Strzegomiem!
Wcześniej jednak miałem okazję podziwiać most, którego fragment chyba kiedyś rozebrano i zastąpiono kładką dla pieszych
oraz zaporę zbiornika retencyjnego na Strzegomce
A teraz wróćmy na szlak. Z Dobromierza do Serwinowa było OK. Jednakże potem zaczęły się schody...
Widzicie gdzieś tu szlak? Nie? Ja też nie widziałem!
Marsz w mokrym zbożu lub chaszczach to naprawdę umiarkowana przyjemność.
Co pewien (dłuższy) czas na drzewie znajdowałem wypłowiałe znaki.
Pan Hałdaś, gdy mu powiedziałem, jak zamierzam iść do Strzegomia, stwierdził, że będę musiał spory odcinek maszerować ruchliwą drogą krajową nr 5. Teraz już wiedziałem, o co mu chodziło. Na wysokości Małego Modlęcina dałem za wygraną i skręciłem w lewo, do szosy. Wzdłuż drogi, możliwie jak najdalej od jezdni, maszerowałem do Strzegomia, modląc się w duchu, by jakaś pani-kierowca nie zagadała się z koleżanką o nowej sukience, bo przybędzie na poboczu nowy krzyż...
Aby ominąć choć kawałek „piątki” przeszedłem przez wieś Granica, a potem skręciłem w prawo do wsi Stawiska, gdzie napotkałem znajome znaki Szlaku Ułanów Legii Nadwiślańskiej (hura :>) i za nimi, przez Graby, wmaszerowałem do Strzegomia, mijając po drodze nowy i absolutnie pusty cmentarz komunalny (znaczy – bez grobów; tylko mur i kilka lamp wzdłuż alejek w środku).
Ładny kamienny most na Strzegomce w Grabach
Zmierzając w stronę dworca PKS przekonałem się, że po 1989 r. zapomniano na ulicy Dolnej usunąć niektóre tabliczki z numerami domów
Strzegomskie Planty
Tuż po 15.30 dotarłem na strzegomski PKS (który jakiś czas temu zmienił lokalizację), by po niecałym kwadransie wsiąść do autobusu, który zabrał mnie do Wrocławia.
Wycinek mapy z fragmentem pola bitwy
Na koniec mały bonus – fotografie dwóch obrazów znajdujących się w Muzeum Militarno-Historycznym w Dreźnie przedstawiające sceny związane z bitwą
Carl Röchling (1855-1920), Pruski batalion grenadierów bije saską Gwardię
Wilhelm Camphausen (1818-1885), Dragoni Bayreuth prezentują Fryderykowi II zdobyte chorągwie
