Pogoda niestety nie jest za ciekawa - ni to na bluzę, ni to na krótki rękaw. Niebo zasnute jest chmurami i zawiewa wiaterek. Jest tak typowo jesiennie...
Zwiedzamy Ząbkowice; ratusz, wieże, ruiny zamku, robimy w międzyczasie zakupy i idziemy na szlak, który początkowo nie jest zbyt ekscytujący - prowadzi gruntową drogą przez pole na której zalegają kałuże i jest grząsko. Mijamy wioskę Tarnów, aż w końcu zagłębiamy się w las porastający Masyw Brzeźnicy w którym co rusz kryją się ruiny, ślady dawnych fortów. Na Brzeźnicy - najwyższym szczycie masywu (492 m n.p.m.) robimy mały popas gdyż rozciąga się stąd bardzo ładny widok, który byłby tym piękniejszy gdyby lepsza była pogoda. Następnie mijamy wioskę Mikołajów, trochę (bardzo) się pocimy zagłębiając się w Góry Bardzkie, aż w końcu naszym oczom ukazuje się wpierw Twierdza Srebrnogórska oraz słynny wiadukt kolejki sowiogórskiej. Wspinamy się na niego gdyż teraz zielony szlak będzie niemal do samej Srebrnej Góry szedł dawnym torem kolejki. Na wiadukcie tabliczki z zakazem wejścia, jednakże wyraźna ścieżka mówi że każdy ma gdzieś ów zakaz - to raz - a dwa na mapie mam zaznaczone iż właśnie przez wiadukt biegnie trasa dydaktyczna.
Zaraz za, mijamy drewnianą, rozsypującą się wieże niegdyś widokową oraz w moim mniemaniu dogodne miejsce na biwak (ku przyszłości), my jednakże zamierzamy rozbić się jakiś kilometr, dwa dalej - jest już koło godziny osiemnastej, na szlak wyszliśmy jakoś po dwunastej. W końcu docieramy do owego miejsca - na mapie był to punkt widokowy ale musiało to być ładne parę lat temu gdyż miejsce to - stare drewniane ławki, przechylona tablica informacyjna - porastają dookoła drzewa. I dobrze, przynajmniej czujemy się jakby bezpieczniej, przytulniej - wszelkie Zło może przyjść tylko od strony ścieżki
A w nocy mimo wszystko pada. I to mocno.
Drugi dzień nie jest jednak taki zły. Po deszczu nie ma śladu (na niebie), bo na trawie, drzewach i namiocie jest go aż za dużo. Wieje dość mocny wiaterek ale przynajmniej rozwiewa chmury, pokazuje się coraz częściej niebo. Idziemy dalej - jeszcze kawałek zielonym szlakiem, następnie trochę na szagę, mijamy kolejny wiadukt bardzo podobny do tego z dnia poprzedniego i odnajdujemy czerwony szlak. Agacior marudzi, że za dużo wypiła, mnie obciera bielizna - a wszystkie smutki i krzywdy odstawiamy na bok widząc i smakując wspaniale dojrzałych jeżyn i malin
Mimo wszystko kawałek do wsi Czerwieńszczyce wydaje mi się strasznie nudny i się okropnie wlecze. Poza tym na mapie mam wyrysowane, że GSS idzie drogą asfaltową a w rzeczywistości prowadzi przez rejony Masywu Kortunału.
W wyżej wymienionej wiosce nie znajdujemy sklepu - czyli mamy problem bo nie mamy wody. Zagaduję tubylca i nalewa nam do butelek ze studni. Problem tymczasowo rozwiązany.
A jak dalej idziemy? Ano pokonujemy Garb Dzikowca i wchodzimy do Słupiec - teraz dzielnicy Nowej Rudy, niegdyś osobnego miasteczka. Robimy zakupy, jemy obiad w barze mlecznym no i oczywiście wypijamy po piwku (a w przypadku autora tychże słów - po dwa piwka) w miejscowej knajpie.
Wspinamy się na Górę Wszystkich Świętych, po drodze mijamy szczyt Kościelec. Mieści się na niej sanktuarium poświęcone Matce Boskiej Bolesnej. Nieco dalej na właściwym szczycie stoi odremontowana wieża widokowa, zadaszone ławki, wiata - wymarzone miejsce na biwak. I mówiąc szczerze byśmy tam nocowali mimo dość młodej godziny tylko problem był taki, że miałem przy sobie jedno piwo. A jedno piwo na jeden wieczór to zdecydowanie za mało!
Z samej wieży roztaczają się wspaniałe widoki, niegdyś stało tu również w pobliżu schronisko po którym zostało parę cegieł. Szkoda.
W Ścinawce Średniej robimy dodatkowe zakupy i gdzieś na Wzgórzach Ścinawskich zamierzamy się rozbić na nocleg. Znajdujemy takowe miejsce z widokiem na Góry Stołowe i Szczeliniec - pierwotny punkt docelowy na tą wyprawę, oglądamy zachód słońca i idziemy spać - już bez ogniska, bez kiełbach, czujemy zmęczenie.
Na drugi dzień dochodzimy do Wambierzyc. I musimy wracać już do domu, gdyż Agacior jutro wcześnie rano musi być w pracy. Tak się złożyło iż idealnie pasują nam połączenia - aż za idealnie. Gdybyśmy nie zatrzymali się w Kłodzku na zwiedzanie miasta bylibyśmy już zapewne popołudniu w Poznaniu. A co byśmy robili w Poznaniu? No właśnie, trzeba korzystać z każdej godziny wolnego. Połaziliśmy zatem po Kłodzku choć do twierdzy się nie zapuszczaliśmy, popiliśmy, pojedliśmy i dopiero wówczas postanowiliśmy wrócić do domu. Znowu. Ech...
Kolejna udana wyprawa w moim i Agaciora mniemaniu. Oczywiście nie możemy się już doczekać kolejnego wypadu, tym razem jakoś po dziesiątym września, kiedy to po raz kolejny wyruszymy na Szlak Wiadomo Jaki:!:
Pozostałe zdjęcia znajdziecie tutaj: https://picasaweb.google.com/1157835289 ... PlusKOdzko
