Strona 1 z 1

GSS + GSB + BONUS Lipiec/Sierpień 2012

: 19-10-2012 15:22
autor: gosper
Jako, że chwila wolnego czasu się pojawiła, postanowiłem podzielić się z Wami relacją z mojej tegorocznej górskiej przygody przez duże P :) Będzie to dość długa opowieść, jak mniemam w wielu aktach (ograniczenia czasowe), więc jak to było na lekcjach polskiego na wstępie krótka geneza :

POMYSŁ – tak się w życiu porobiło, że trzeba było wyjechać za granicę, padło na Holandię. Kasa tu jest, ale jedyna górka na jaką mogę się wspiąć to nadmorska wydma :/ Dla takiego łazika jak ja, który każdy wolny dzień spędzał na szlaku (w Polsce mieszkam w Dusznikach – Zdroju gdzie szlaków cała masa) to prawdziwa tragedia! Gdy nadchodził czas wakacji w głowie się kłębiło od różnych pomysłów, chciałem zrealizować je wszystkie aby nacieszyć się górami na zapas, aby przeżyć tu jakoś kolejne miesiące, jednak na coś trzeba było się zdecydować. I tak postanowiłem zrobić trzecie podejście do Głównego Szlaku Sudeckiego (pierwsze 2 nieudane) i jak sił starczy wyruszyć na Główny Szlak Beskidzki. Takie Polskie Góry w pigułce :)

PLANOWANIE – zazwyczaj w góry chodzę sam, jednak pomyślałem, że na tak długiej wyprawie przydałby się jakiś kompan, żeby nie zbzikować i nie gadać z drzewami. Zakładałem, że będzie spory problem ze znalezieniem wariata chętnego na wędrówkę przez kilkaset km, a tu się okazało, ze już w Holandii się taki znalazł – kolega z pracy. Nie mniejszy wariat, bo jak mu przedstawiłem plan, powiedział : „To skoro GSB kończy się na granicy ukraińskiej to może GSS zacząć już od niemieckiej?”.
Wyzwania lubię, więc podaliśmy sobie dłoń w geście aprobaty…

ZAŁOŻENIA – chcieliśmy poświęcić na tą wyprawę ok 4 tygodni, ale gdyby sprawa się przedłużała to nie byłby problem, urlopu mamy trochę więcej. Wędrówka od świtu do zmierzchu, w miarę możliwości jeden porządny ciepły posiłek, noclegi głównie pod namiotem, co 3-4 dni jakiś schron/agro/cokolwiek aby się ogarnąć.

REALIZACJA – Aby dotrzeć do granicy z Niemcami najpierw czeka nas autobus do Wrocławia, dalej kolejny do Zgorzelca. Tu robimy ostatnie zakupy i wsiadamy w ostatni już autobus do Radomierzyc. Na miejscu jesteśmy ok 20-tej. Wieczór piękny, ciepły, nogi aż się już rwą i nie mogą doczekać jutrzejszego dnia. Mały spacerek na granicę aby zrobić pamiątkowe zdjęcie, następnie zmierzamy w kierunku zbiornika wodnego Witka aby rozbić namiot. Po drodze na horyzoncie pojawiają się już Izery

11.07. – dzień pierwszy

Pobudka o piątej, choć w nocy były przerwy w śnie za sprawą ulewy. Wynalazek z Decathlonu jak na razie się sprawdza, choć z lenistwa nie przypięliśmy linek i pod ciężarem wody trochę osiadł. Po zjedzeniu czegoś i spakowaniu ruszamy. Dzisiejszy plan to dotarcie do Świeradowa – Zdroju, według prowizorycznych wyliczeń będzie to niecałe 40 km. Pogoda na szczęście dopisuje i idzie się przyjemnie. Niebieskim szlakiem docieramy do Zawidowa, niewielkie miasteczko graniczące z Czechami powoli budzi się ze snu. Przechodzimy je dość szybko i wędrujemy tym razem szlakiem żółtym. Prowadzi on polami aż do Leśnej, mijając po drodze Miedziane i Grabiszyce. Upał jest co raz większy, na dodatek atakują nas jakieś wściekłe fruwajce, które nie dają za wygraną nawet z najsilniejszym offem. Ja tam mam tylko kilka bąbli, Grzesiek natomiast w walce z nimi uderza się w twarz i łamie okulary. Chłopaki kontra szarańcza – 0:1…
Za Leśną napotykamy pierwszych spacerowiczów, a to za sprawą szlaku nad okoliczny zbiornik wodny oraz największą atrakcję okolicy – Zamek Czocha. Byłem kiedyś, widziałem, dziękuję… Nie lubię zamków, które funkcjonują jako hotele, szpitale etc. Niewiele dalej, na kamienistej plaży robimy sobie małą drzemkę, słońce daje mocno popalić a plecaki są jakby ciężkawe :) Po godzinie lecimy dalej przez Augustów, Giebułtów, Mroczkowice do Świeradowa. Droga w większości asfaltem, atrakcji mało, słońce pali… Czy ten dodatkowy dzień drogi miał sens? No cóż…
W Świeradowie jesteśmy jednak dość wcześnie, postanawiamy zjeść coś ciepłego, uraczyć się zimnym browarkiem i noc spędzić już na górze. Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie w parku pod tablicą Orłowicza i ostro w górę czerwonym szlakiem, który będzie nam towarzyszył przez najbliższe dni. Asfalt, Czeszka, asfalt, Słowaczka, asfalt… Dopiero na górze gęba się uśmiecha, gdy człowiek spogląda za siebie i widzi ile przeszedł! Znów jestem w Izerach, nie byłem tu wiele razy, jednak zawsze mnie tu coś ciągnie – to ciężko wytłumaczyć. Na nocleg wybieramy Polanę Izerską i na własne oczy się przekonuję, dlaczego Izery to idealne miejsce to nocnej obserwacji nieba – bajka!

12.07. – dzień drugi

Kolejna noc mocno deszczowa, wyobrażam już sobie Podmokłą… Podczas pierwszej próby przejścia Gss-u brodziłem tam jak na jakichś torfowiskach a niewiele dalej skręciłem nogę i to był szybki koniec mojej wyprawy. Decydujemy się odbić kawałek szlakiem niebieskim, nie z obawy przed zmoknięciem, ale z nadzieją na zjedzenie słynnych naleśników z jagodami w Chatce Górzystów, w której jeszcze nigdy nie miałem okazji zawitać. Na miejscu okazuje się jednak, że jesteśmy za wcześnie, wszyscy jeszcze śpią, schron jednak otwarty i możemy skorzystać z dobrodziejstwa ubikacji :) Niestety bez naleśników i gorącej herbaty szlakiem żółtym zmierzamy do Rozdroża pod Kopą, stąd już znów czerwonym przez Kopę do Stanisława – to miejsce bardzo malownicze, zawsze jak tu jestem odbijam ze szlaku aby podziwiać tą kopalnię – to podobno najwyżej położony kamieniołom w Polsce - znajduje się na wysokości ok. 1050m n.p.m. - zwany jest czasem "kopalnią w chmurach" ponieważ przez znaczną część roku wyrobisko spowijają gęste mgły. Zakład wydobywczy położony jest na górze Biały Kamień (Izerskie Garby) mającej przed eksploatacją wysokość 1088m n.p.m. Eksploatacja właściwie zamieniła wierzchołek w dziurę... Dziś już słońce tak nie pali, czasem coś mży, Od Staszka do Wysokiego Kamienia spotykamy tylko kilka osób, no ale godzina jeszcze dość wczesna. Pod schroniskiem podziwiamy panoramę Karkonoszy i cieszymy się, ze już za kilka godzin będziemy tam na górze! W schronisku raczę się czeskim Radegastem a Grzesiek kawą i świeżutką szarlotką – próbuję kawałek – faktycznie rewelacja :) Schodząc do Szklarskiej żegnamy się z Izerami, dość szybko, warto tu wrócić i spędzić więcej czasu. Ok południa jesteśmy na dole, zamawiamy obiad i studiujemy mapę. Przez okno obserwujemy jak pogarsza się pogoda – chyba ulewa jest dzisiaj nieunikniona. Jeszcze tylko szybkie zakupy i kierujemy się do góry. Do Kamieńczyka w tłumie ludzi oczywiście, choć powoli zaczyna padać i towarzystwo zaczyna uciekać. Leje może z pół godziny, potem już tylko siąpi. Mimo ciuchów przeciwdeszczowych trochę mokniemy, bo wiatr ostro zacina. Wchodzimy na Szrenicę, stąd już grzbietem przez Łabski Szczyt do Śnieżnych Kotłów, gdzie zaczyna się istny armagedon…

: 19-10-2012 16:03
autor: Human
Linki Ci nie działają.

: 19-10-2012 16:27
autor: gosper
Human pisze:Linki Ci nie działają.

Niedopatrzenie. Juz powinno być ok.

: 19-10-2012 19:32
autor: Human
O pierdziu i pomyśleć, że w Decathlonie jest tyle fajnych namiotów :)

: 19-10-2012 21:30
autor: cezaryol
gosper pisze:GSS + GSB + BONUS Lipiec/Sierpień 2012

Nieźle! Takiej akcji na tym forum chyba jeszcze nie było :!:

: 25-10-2012 09:04
autor: gosper
Lecimy dalej :)

Zrywa się potężna wichura, zaczyna walić gradem, wokół trzaskają pioruny…
Chowamy się na częściowo osłoniętych schodach stacji nadawczej TV, choć wieje tak, ze grad nawet tam dociera. Na schodach jako tako rozbijamy namiot, temperatura tak drastycznie spada, ze zawijamy się w śpiwory i czekamy…
Mija godzina, dwie… Nawałnica nie chce ustąpić. Zastanawiamy się co robić dalej. Udaje się nam też chwilę zdrzemnąć, bo ciepło w śpiworze robi swoje. Gdy po trzech godzinach się trochę uspokaja decydujemy się na powrót do schroniska na Szrenicy, bo autentycznie mamy na dzisiaj dość a godzina młoda już nie jest. W drodze ponownie mokniemy a silny wiatr próbuje mnie zrzucić gdzieś poza szlak. Okazuje się, ze dwusekundowiec z Decathlonu to istny wiatrołap! W schronisku jesteśmy wieczorem, bufet już zamknięty, szukamy właścicieli. Na Sali słychać grupę ludzi, więc walę do nich z zapytaniem kto tu rządzi – okazuje się, że to grupa młodzieży z… Holandii. Przyjechaliśmy do Polski m.in. odpocząć od tego drażniącego języka, a tu masz Ci los. Po chwili znajduje się Kobita, która prowadzi nas do pokoju. Ta przyjemność ma nas kosztować 50 zł/os. ale że mamy swoje śpiwory zostawiamy po 4 dyszki. Gorąca herbata, letni browarek i rozpoczynamy akcję pranie/suszenie. Ta noc nie obejdzie się bez polopiryny i tabletek na wyrazistość…

13.07. – dzień trzeci

Budzimy się rano, włączamy radio, karkonoska grupa GOPR podaje, że nad ranem było tylko 2 stopnie! Kurde, przecież mamy połowę lipca. Przekładamy nasze wyjście na godz. dziesiątą, żeby choć trochę powietrze zdążyło się nagrzać. Nie byliśmy przygotowani na takie warunki muszę przyznać. Tego dnia przydałaby mi się czapka i rękawiczki :)
Pogoda zmienna, raz coś siąpi, raz wychodzi słońce, nie mniej dość mocno wieje i odczucie zimna jest dość spore. Drugi już raz podczas tej wyprawy dochodzimy do Śnieżnych Kotłów. Grzesiek jest tu po raz czwarty w życiu i po raz czwarty nie jest w stanie zobaczyć piękna tego miejsca bo wszystko spowija chmuromgła. Mijamy Szyszak, dalej przez Śmielec, Śląskie Kamienie, pozostałości po Petrovce. Na Przełęczy krótki odpoczynek i wizyta w Odrodzeniu. Dalej do Słonecznika, nad stawami i równią do Domu Śląskiego. Bardzo lubię ten szlak pod względem krajobrazowym, ale już autostrada na Równi to średnia przyjemność. Pod Śnieżką zonk – okazuje się, że czerwony szlak Kotłem Łomniczki jest chwilowo niedostępny turystycznie. Po kilku zapytaniach dowiaduję się, że po ostatnich ulewach coś się poosuwało, nie jest zbyt bezpiecznie. To dopiero początek naszej wyprawy, więc ryzykować nie będziemy. Po raz kolejny robimy wycofkę i przez Kopę czarnym szlakiem schodzimy do Karpacza gdzie uzupełniamy zapasy. Dość szybko wychodzimy z miasta, bo z racji straconego wczoraj czasu dziś chcemy przejść jak najwięcej. Mijamy dziecięcy szpital alergologii i pulmunologii i dyskutujemy na temat mojej astmy, która się wzięła właśnie z nieleczonej alergii. Dalej spokojnie lasem aż do Patelni, na którą wchodzimy i przez chwilę podziwiamy widoki. Na zejściu mija nas trójka górskich rowerzystów – trzeba mieć nieźle w głowie nawalone, żeby tak pruć stromym lasem na dół :)
Dochodzimy do drogi Ściegny – Jelenia i odtąd już dzisiaj będziemy szli głównie asfaltem, nadrabiamy czas. Przechodzimy Głębock i późnym wieczorem dochodzimy do Mysłakowic. Namiot rozbijamy za miastem, na skraju lasu już w zupełnych ciemnościach. Wczoraj jak wiało wyzywałem na niego, dziś znów się cieszę, że wystarczy go wyjąć z pokrowca i rzucić na trawę. To był niezły dzień.

14.07. – dzień czwarty

Wstajemy skoro świt. Noc spokojna, nad ranem tylko trochę popadało. Szybkie śniadanie i ruszamy. Dziś chcielibyśmy dojść w okolice Krzeszowa, może trochę dalej – wszystko zależy od pogody.
Po porannym spacerze przez las wychodzimy w bardzo malownicze miejsce, gdzie droga prowadzi między stawami a na horyzoncie widać Karkonosze. Są też ruiny Opactwa i widoczne na drzewach i skałach muszle Św. Jakuba, które oznaczają polskie Camino (o tym temacie rozpiszę się nieco więcej w dalszej części opowieści). To też miejsce, które nie miło wspominam z powodu niefajnej sytuacji podczas drugiej próby przejścia GSS, w tych okolicach zgubiłem portfel a zorientowałem się dopiero na Przełęczy pod Średnicą. Gdy po kilku godzinach wróciłem tu portfel na szczęście leżał w krzakach przy drodze, z pieniędzy został opróżniony, ale dokumenty pozostały. Niemniej jednak musiałem się wtedy ze szlakiem pożegnać…

: 25-10-2012 09:41
autor: voi-vod
Ciąg dalszy poproszę.

: 28-10-2012 07:55
autor: olo23333
gosper - nie obijaj się :) dawaj ciąg dalszy :)

: 01-11-2012 13:43
autor: gosper
olo23333 pisze:gosper - nie obijaj się :) dawaj ciąg dalszy :)


Sorry, staram się jak mogę :)

Dochodzimy do Bukowca i stąd czeka nas kilka km asfaltem. Słońce zaczyna przygrzewać, dzięki czemu buty nam wysychają po porannej rosie. Znajdujemy sklep otwierany na dzwonek, czekamy aż miejscowy żul wyprosi 2 piwa na krechę u właścicielki i robimy zapasy picia i jakieś batony, następnie lekko pod górę przechodzimy wioskę. Droga w kilku miejscach fest zarośnięta, jakby nikt tędy nie chodził, a przecież relacji z gss-u czyta się dość sporo…
Kawałek asfaltem i na Przełęczy pod Średnicą odbijamy w prawo, teraz już cały czas pod górkę do Skalnika. Droga niby lekka, szerokim duktem przez las, mamy cień, ale kurna jakoś ciężkawo się robi, powoli zaczynam się zastanawiać, czy wszystko co mam w plecaku jest mi faktycznie potrzebne. Na szczycie spotykamy kilka osób, jednak większość to zbieracze jagód. Turyści zdecydowanie wolą Karkonosze jak widać. Gdy wdrapujemy się na punkt widokowy okazuje się jak ciemne chmury nadciągają w naszą stronę, więc koniec zachwytu widokami – schodzimy na dół, do Szarocina, gdzie liczymy na znalezienie jakiejś knajpy i zjedzenie czegoś ciepłego. Okazuje się, że na miejscu jest tylko sklep, więc znów zimne napoje i dalej szlakiem w stronę Lubawki. Na razie nie pada, co więcej dość mocno pali więc napoje schodzą w szybkim tempie. Przechodząc obok zalewu Bukówka strasznie korci, aby rozwalić się trochę nad wodą, pomoczyć się i napić jakiegoś zimnego browara, jednak obaj jesteśmy zdania, że taka godzina relaksu zamieniła by się w dwie, trzy a może i więcej…
Do tego odzywa się mały głód, więc bez odpoczynku uderzamy na Lubawkę. Schodząc do Bukówki mijamy przystanek autobusowy przy drodze, opowiadam Grześkowi jak rok wcześniej w nim spałem – o 3 w nocy wpadł mi tam mocno nawalony menel bo poczuł się zmęczony idąc do domu, jak już się go pozbyłem i ponownie zasypiałem, wrócił tam samochodem niemal wjeżdżając do środka przystanku z zapytaniem, czy nie zostawił tu portfela. Myślałem, że go zabiję!
Do Lubawki drogą asfaltową razem z nami idą grupki młodzieży, okazuje się, że są Dni Lubawki, jakieś koncerty. Mamy w końcu okazję zjeść coś porządnego na Rynku, jednak okna w restauracji mało nie wylecą od basów, na scenie jakaś lokalna gwiazda, która myśli, że potrafi śpiewać. Staramy się zjeść jak najszybciej i opuścić to miejsce zanim łby nam popękają :)
Na wyjściu z miasta rzucamy okiem na plakat imprezy, kurde, o 19 daje koncert Hurt! Znowu nas kusi, aby trochę się wyluzować, wypić kilka piw, poskakać przy fajnej muzyce. Po raz kolejny jednak postanawiamy trzymać się planu – mieliśmy dzisiaj dojść do Krzeszowa. Po wyjściu z miasta jest całkiem klimatyczny Wąwóz Leszczynowy, rzadko prześwitujące promienie słońca między drzewami dają niesamowity efekt, aż dziw, że nie zrobiłem tam żadnego zdjęcia.
Mijając Czarnogórę powoli dochodzimy do Krzeszowa, po drodze jeszcze Betlejem. Nie jest jeszcze specjalnie późno, ale czujemy w nogach kilometry, wiemy, ze daleko już dziś nie zajdziemy… W czynnym jeszcze sklepie pod Opactwem kupuję browarki i jakieś przekąski. Na nocleg wybieramy górkę za miastem z bajecznym widokiem na Krzeszów a na horyzoncie Karkonosze ze Śnieżką. Kładziemy się na trawie, puszki robią psssssst, jeden łyk, drugi… Podziwiamy świetny zachód słońca – dla takich chwil warto się trochę pomęczyć!

15.07. – dzień piąty

Jako, ze niedziela pozwoliliśmy sobie wstać dopiero o siódmej :) Śniadanko z widokiem tym razem na budzący się Krzeszów. Wracamy na szlak i już po chwili docieramy do Kaplicy Św. Anny – tu widok na miasto w dole i górki za nim jest jeszcze lepszy. Teraz spokojnie lasem do wsi Grzędy, pamiętam to miejsce z dzieciństwa, kiedy to z kuzynostwem chodziliśmy nad wodę z pobliskiego Boguszowa. Z drogi odbijamy w pole jak się okazuje trochę za wcześnie i błądzimy trochę, co mnie jakoś strasznie nie martwi, bo znajdują dość spore pokłady poziomek :)
Do Grześka dzwoni ojciec z zapytaniem jak nam idzie i gdzie jesteśmy, okazuje się, ze wybrał się rowerem z Jawora w Góry Sowie. Korzystając z okazji umawiamy się w Sokołowsku na wspólny obiad. Podejście pod Lesistą daje trochę popalić, ciągnie się i ciągnie. Widoki w miejscach przecinki są jednak zacne! Na górze znów spotykamy kilka osób – to dziwne, że zawsze się mijamy z ludźmi właśnie na szczytach… Zejście do Sokołowska też sympatyczne, dość stromo wąwozem, ale jakieś habazie kwitną i jest kolorowo :)
Z Panem Tatą spotykamy się przy głównej drodze na Czechy, skombinował nam gdzieś na wiosce talk i wilgotne chusteczki o które prosiliśmy – bez tego byłoby kiepsko. Sokołowsko trochę rozczarowuje, przynajmniej w moich wyobrażeniach było bardziej rozbudowane i z większą ilością kuracjuszy. Wrażenie robią ruiny spalonego sanatorium! Po krótkim wywiadzie okazuje się, że jest tu tylko jedno miejsce, gdzie można coś zjeść – Hotel Leśne Źródło oddalony pond kilometr od naszego szlaku. Jak się okazuje na miejscu warto zboczyć, bo placek po węgiersku który zamawiam jest przepyszny! Obiad i piwko skutecznie rozleniwia, rozmawiamy sobie a czas niemiłosiernie płynie. Po chyba dwóch godzinach dopiero wracamy na szlak, a Pan Tata pedałuje do domu. Dobrze wyczuł moment, bo ulewa wisi w powietrzu…
Po wyjściu z miasta natrafiamy na stary, poniemiecki cmentarz w lesie, a raczej to, co z niego pozostało – resztki mogił ledwo wystają spod leśnego runa… Podczas tej wyprawy, napotkamy wiele takich miejsc, gdzie spoczywają ludzie zapomniani, nie ważne jakiej nacji – LUDZIE… Jako, że piszę ten fragment 1 listopada nasuwa się refleksja, że to nie Święto Zmarłych, to święto hipokryzji i kupiectwa… Jarmark, na którym spokój sumienia na resztę roku można kupić za plastikową doniczkę z badziewnymi kwiatkami i znicz – większy niż innych, dłużej palący się… Święto wszystkich świętych?? Nie… Święto NASZYCH świętych, bo mijamy obojętnie opuszczone groby ludzi, o których nikt nie pamięta po śmierci…