Pradziad Pradziad 25-26.2012

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
seb_135
wędrowiec
Posty: 394
Rejestracja: 03-02-2009 21:31
Lokalizacja: Opole

Pradziad Pradziad 25-26.2012

Postautor: seb_135 » 06-12-2012 11:41

Początek. Coś się wydawało kończyć, jednak powróciło z czterdziestokilometrową mocą. Ostatnio gdzieś na dłuższym przecioraniu się byliśmy chyba na zeszłorocznym Przejściu, w tym roku Remek złamał nogę, ja na Przejściu skręciłem kostkę, obaj jesteśmy zajęci i próbowaliśmy się umówić od trzech miesięcy. Jak się udało, to i tak się oczywiście okazało, że mamy mniej czasu niż mieliśmy mieć. Postanowiliśmy pojechać i tak. A więc:

Remek dociera do Opola 25 listopada 2012 po nocce w pracy i kilku godzinach snu w pociągu, więc już rano wygląda jak zwłoki. Żeby się nie wyróżniać też śpię cztery godziny, resztę poświęcając na tradycyjnie chaotyczne pakowanie. Serio, mógłbym się w końcu nauczyć, ale nie. Zawsze przed każdym wyjazdem panikuję, że kompletnie nie wiem, co mam zabrać. Może lista?
Anyway, po tym jak kilka minut kręcimy się w kółko poszukując nawzajem, docieramy do Empiku, celem kupienia mapy. Jej oczywiście nie ma. Ale też nie spodziewaliśmy się tego jakoś specjalnie.

seb: czyli tym razem wybieramy starą metodę.

I tak też jest, i może dlatego to jest takie miłe i nostalgiczne, że jedyny plan, jak mamy, to dostać się za granicę. Bo założyłem, że zaczynamy zwiedzać Czechy. Remek się przychyla. A później jakoś to będzie. Przy wyjeździe z Opola dolewam jeszcze oleju, po raz kolejny upominając się, żeby wymienić korek wlewu (już wymienione - przyp. autora), po hot-dogu, tankowanie i w drogę. Jako, że prowadzę, to mówię:

seb: masz tu atlas samochodowy, znajdź nam trasę.
rem (po jakimś czasie): ten Praded wygląda ciekawie.

Zaczynamy o tym rozmawiać aż tu mimochodem docieramy do Prudnika i trza decydować. Jako, że żaden inny pomysł się nie był łaskaw narodzić, to staje na Pradziadzie. Granicę przekraczamy w Konradowie, mijamy Zlate Hory i przez jesienne przełęcze docieramy do Vrbna p. Pradedem, skąd tenże wydaje się w zasięgu ale też nie o rzut beretem. Wybór okazuje się trafny. Parkujemy na stacji benzynowej i rozpoczynamy kilkunastominutową operację przebierania i przepakowywania, co rusz obszczekiwani przez Kofu, Świętego Psa Przewodnika Bushido i Strażnika Portali. Zachodzące słońce zaczyna się powoli kłaść na okolicznych górkach. Trochę się błąkamy, w końcu pytamy o drogę napotkanej pary. Ci objaśniając drogę proponują też, abyśmy pojechali autobusem

rem: ludzie uważają nasz plan za głupi, dobra nasza!

jednak dziękujemy i korzystamy ze wskazówek ("przez Karlovą Studankę") pieszych. Odnajdujemy niebieski szlak i przez nadvrbeńskie pola wychodzimy w stronę niedawno całkiem obranego celu. Droga prowadzi przez las i wspina się dość srogo pod górę, Remek niebawem zaczyna psioczyć na to, że założył trapery zamiast adidasów (rem - "spodziewałem się śniegu!; podejście jak trawers w Rudawach"). Na rozmowach o ważnych rzeczach mija nam czas i ani się spostrzegamy docieramy na Mala Hvezde, gdzie zaczyna nas łapać zmierzch i skumulowane zmęczenie. Zaczyna też być zimno, wiać i w prześwitach widzimy Pradziada zakrytego chmurami i około kilometra nad nami. To napawa poczuciem sensowności i dawna nie odczuwanego, niewielkiego wprawdzie, jednak wyzwania.
Około 17. docieramy do Karlovej Studanki, gdzie odpieramy kolejną pokusę kupienia mapy na rzecz dwóch piw i Kofoli i lokujemy się w knajpie nad Staropramenem i suchym prowiantem, bo kuchnia już jest zamknięta. Tu kolejne przebieranie, ileż to zachodu!
Gdy wychodzimy jest już całkiem ciemno i oczywiście kłócimy się nad wyborem drogi. Ostatecznie pada na zielony szlak, i gdy udaje się go już odnaleźć, pniemy się ostro pod górę przez potoki, zamarznięte potoki i zwalone drzewa. I zwalone potoki. I płynące drzewa. Nie, te dwa ostatnie nie. W końcu docieramy do osławionej (oniesławionej?) asfaltowej drogi, która przez Ovcarnie prowadzi nas w stronę szczytu. Pod sam koniec zaczyna być ciężko z pogodą, jednak spodziewaliśmy się gorszego i czujemy zawiedzeni. Widząc światło schroniska najpierw oddychamy z ulgą, jednak zaraz:

rem: stary, ktoś tam stoi.
seb: a, pewnie Pradziad.

Swoją drogą, czy to jest czeski odpowiednik Liczyrzepy? Ale wrażenie tej figury na tle latarni we mgle jest niesamowite.
Na miejscu zastajemy otwarte drzwi i pustą jadalnię. Rozkładamy się na popas a Remek nalega, żeby się przespać. Ja jednak nie mogę, bo prześladują mnie jakieś koszmary i kończę patrząc na hipnotyzujący wyświetlacz informatora o czeskiej ochronie przyrody. w końcu dzwonią budziki i, bądź co bądź pokrzepieni, zbieramy się do wyjścia. Przez cały czas nie spotykamy żywej duszy, choć ciągle mam wrażenie, że ktoś się wokół kręci. Między innymi dlatego nie mogę spać (Pradziad?). Schodzimy już całą drogę asfaltem i jest mi bardzo przykro, że Remek nie zgodził się iść przez wodospady. Zajmuje to dłużej niż wejście, ale po drodze rozmawiamy sobie o pracach i różnych takich. W Karlovej Studance robimy ostatni popas i decydujemy się nie szukać noclegu, tylko zmierzać do samochodu, by spać tam. Po drodze śpiewamy dawno niesłyszane utwory akompaniowane Remka komórką, co nasuwa takie myśli:

pozostaje w nas namiastka
w głębi tkwią kawałki innego czasu
wywołane iskrą, punktem zapalnym pod różną postacią
która przenosi w tamten świat
wtłacza w odległe wspomnienia
otacza reminiscencją i ściska w gardle

nostalgią każe zapomnieć o łapaniu dnia
nurzać
dławi ciepłą pamięcią i obezwładnia
wypłukuje cynizm co się ukradkiem stał
miarą dojrzałości

co jednak blednie później
przykryte koniecznością istnienia nadal

Konieczność w tym wypadku jest jeszcze dość ciągle odległym porankiem, jednak nieubłaganie nadchodzącym. W bardzo długo ciągnącym się Ludvikovie robimy przedostatni postój, docieramy do Vrbna, siadamy na ławce pod brzozami i siłą rzeczy rozpoczynamy podsumowania a Misiek szuka trufli. W końcu, około 4. zbieramy się na stację benzynową, gdzie pies zjada wreszcie swoje Ragout. Nie chcemy jednak tam spać i, wyjeżdżamy z miejscowości. Znajdujemy zatoczkę zaraz przy drodze, reorganizujemy układ rzeczy w samochodzie, psa pakując do bagażnika, skąd wystawia łeb przez nie całkiem położone tylne siedzenie (szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia). Remek zasypia pierwszy i bardzo chrapie. W końcu jednak obu nam daje się we znaki zmęczenie, które każe nam spać do 13.

Po przebudzeniu ruszamy w drogę powrotną, zatrzymując jeszcze na obiad w Zlatych Horach. W drodze powrotnej najpierw rozmawiamy o podróżach w wieku dziecięcym a później Remek zasypia a ja zapominam ze zmęczenia o planie ekonomicznej jazdy i chcę jak najszybciej dotrzeć do domu, gdzie jednak wcale nie idziemy spać, tylko gramy w PESa do 4. rano.

zdjęcia:

https://picasaweb.google.com/1102905917 ... ad25262012
"following our will and wind we may just go where no one's been"

cezaryol
bardzo stary wyga
Posty: 2343
Rejestracja: 23-03-2007 19:32
Lokalizacja: Opole

Postautor: cezaryol » 06-12-2012 20:14

Spacer ścieżkami Hrubeho Jesenika zawsze jest fajny :)

Awatar użytkownika
ecowarrior
stary wyga
Posty: 1008
Rejestracja: 28-10-2007 13:38
Lokalizacja: Zdzieszowice

Re: Pradziad Pradziad 25-26.2012

Postautor: ecowarrior » 08-12-2012 21:59

seb_135 pisze:Na miejscu zastajemy otwarte drzwi i pustą jadalnię.

No to mieliście farta. Z tymi otwartymi drzwiami u Czechów bywa podobnie jak u nas, czyli różnie. Raz otwarte, raz zamknięte, zależnie do jakiego schroniska się trafi. Z półtora miesiąca przed Waszym wypadem całowałem klamkę Horskej chaty Návrší :?


Wróć do „Relacje z wypraw”