Cichy świat pogranicza
: 18-08-2015 08:05
Tym razem będzie krótko i bez nadmiernego eksponowania wątków historycznych
Jako że szlaków w polskich Sudetach, których jeszcze nie przemierzyłem, zostało dość mało, postanowiłem powędrować tam, dokąd znakowane szlaki nie prowadzą. Celem stało się pogranicze Gór Wałbrzyskich, Kaczawskich oraz Rudaw Janowickich.
W sobotni poranek, tuż po godzinie 8, wysiadłem z pociągu na stacji w Sędzisławiu. Towarzyszyły mi dwie Ole. Zignorowaliśmy stojący na torze obok szynobus do Trutnova i ruszyliśmy asfaltową drogą w stronę niezbyt odległego przejazdu kolejowego. Po przejściu przez tory przemaszerowaliśmy przez wieś i na jej końcu odbiliśmy na północny-wschód w wyraźną drogę wiodącą doliną anonimowego potoku, biegnącą niemal równolegle do opuszczonej asfaltowej drogi. W ten sposób przecięliśmy z południa na północ masyw Krąglaka.
Wyszliśmy z lasu na zachód od wsi Gostków. Zachowując ciągle ogólny kierunek „północ” wspinaliśmy się (początkowo idąc na przełaj, później polną drogą) na zbocza góry Kokosz (662 m), skąd mieliśmy pierwsze tego dnia widoki na nieco dalsze okolice.
Góry były jednak zamglone – zbierało się na jakieś opady, a może i burzę, którą straszono w prognozach. Skoro o straszeniu mowa – kierowaliśmy się w stronę Góry Duchów. Taką intrygującą nazwę topograficzną znalazłem na mapie. Wzniesienie ma 612 m wysokości. Na niektórych mapach góra nosi równie ciekawą nazwę Truskolas (Las truskawek?). Podążając przez łąkę zbliżaliśmy się do południowych zboczy rzeczonej góry. Po wejściu w porastający ją las zaczęły się problemy. Wskutek suszy z większości rosnących tam młodych drzew bukowych opadły liście. Bukowe listowie jest wyjątkowo śliskie, trzeba się więc było zdrowo namęczyć podczas wspinaczki. Wreszcie dotarliśmy do leśnej drogi, która doprowadziła nas na przełęcz między Górą Duchów a bezimiennym wzniesieniem na zachód od niej, znajdującym się w tym samym masywie. Planowaliśmy wejść na szczyt, ale leśna gęstwina skutecznie nas do tego zniechęciła. Pomaszerowaliśmy więc dalej leśną drogą do drogi krajowej nr 5. Po krótkim marszu poboczem tejże weszliśmy na łąki ciągnące się po jej zachodniej stronie, próbując osiągnąć nieczynną linię kolejową Marciszów-Bolków. Udało się, choć nie uniknęliśmy przedzierania się przez chaszcze. Po linii kolejowej zostały podkłady, bo szyny zniknęły (ciekawe, ile ważyły w skupie złomu)? Mieliśmy maszerować tędy aż po wiadukt nad Wojenną Drogą, ale wkrótce chaszcze stały się dokuczliwe. Wypatrzyłem po lewej biegnącą równolegle leśną drogę, na którą się przenieśliśmy. Chyba dobrze się stało, bo wąwóz, w którym znajdowała się linia kolejowa, przemienił się niebawem w nasyp, a sam wiadukt – zniknął (chyba ważył na skupie jeszcze więcej niż szyny). Zostały przyczółki.
Następną atrakcją na trasie miały być skałki na stokach bezimiennej góry wysokości 652 m, na południowy-wschód od szczytu Poręba (671 m). Udało się nam dotrzeć do jednej ich grupy (tam był postój), ale zniechęceni perspektywą kolejnego przedzierania się przez chaszcze zdecydowaliśmy się trzymać południowo-zachodniego zbocza góry 652. W ten sposób wkrótce opuściliśmy las i przez łąki dotarliśmy pylistą drogą do południowego skraju wsi Pastewnik. Upał był całkiem solidny i 2 kilometry po asfalcie, które teraz przeszliśmy, dały w kość. Dziewczyny zdecydowały się nawet na szukanie ochłody w przepływającym przez wieś potoczku. Na skrzyżowaniu dróg złapaliśmy zielony szlak, który doprowadził nas do głównej atrakcji tego dnia – ruin zamku Niesytno w Płoninie.
Jakiś czas temu dowiedziałem się o jego remoncie, także sądziłem, że może będzie go dało się zwiedzić. Otóż nie! Od tubylca dowiedzieliśmy się, że remont trwa już 2 lata, ale jest planowany na 5, także... Próbowałem obejść warownię jakąś ścieżką (bardzo efektowną, bo nad urwiskiem skalnym – dodatkowo coś żmijopodobnego przepełzło mi tuż pod nogami), podczas gdy dziewczyny wolały odpoczywać nieopodal bramy. Stamtąd mieliśmy już tylko 5 km do stacji PKP w Ciechanowicach.
Przeszliśmy przez miejscowość Świdnik (ale nie tą od zakładów PZL), mijając m.in. dwa kościoły (obok jednego zachował się pomnik upamiętniający mieszkańców, którzy zginęli na wojnie francusko-pruskiej 1870/71)
oraz zachodząc do sklepu, w którym każdy z naszej trójki nabył obiekt swoich marzeń (a jakie mogą być marzenia w upalny dzień, łatwo się domyśleć). Żeby niepotrzebnie nie nadkładać drogi i nie katować się asfaltem, zboczyliśmy na polno-leśną drogę, która doprowadziła nas do Ciechanowic.
Żeby nie było, że relacja jest wyprana z historii (a to by było do mnie niepodobne), parę słów o tej miejscowości. Rudelstadt (bo tak za Niemca nazywały się ta wieś), przez kilkadziesiąt lat swej kilkusetletniej historii było wolnym miastem górniczym. Ów dawno miniony czas owej największej chwały miał miejsce w drugiej połowie XVIII wieku. Leżące u południowych zboczy Gór Ołowianych miasto żyło z eksploatacji ich naturalnych bogactw. Tu właśnie, podobnie jak w odległej o zaledwie 4 km Miedziance, wydobywano wówczas miedź (niemiecka nazwa Miedzianki – Kupferberg – oznacza „Miedziana Góra”). Los obszedł się z Ciechanowicami łaskawiej niż z sąsiadami – miejscowość nie uległa zanikowi. Mało kto z turystów dziś tam zagląda (tak po prawdzie – nie za bardzo jest co oglądać). Położone po drugiej stronie Bobru Góry Ołowiane skrywają w swym wnętrzu dziesiątki kilometrów dawnych wyrobisk górniczych z kilku wieków (wg mojego znajomego ich łączna długość wynosi 300 km!), będące efektem wieloletniej pracy tutejszych górników. Do części z nic podobno można wejść na własną rękę...
Na stacji PKP zjawiliśmy się równo godzinę przed odjazdem pociągu. Rozłożyliśmy się na trawiastym peronie w cieniu drzewa, ale wkrótce słońce zniknęło za nadciągającymi chmurami burzowymi. Burza jednak nawiedziła odległą o kilkanaście kilometrów Jelenią Górę, a w Ciechanowicach tylko trochę popadało.
Kultywując tradycje PKP pociąg się spóźnił, na szczęście tylko kilka minut. Tak oto wyprawa dobiegła końca.
W sobotni poranek, tuż po godzinie 8, wysiadłem z pociągu na stacji w Sędzisławiu. Towarzyszyły mi dwie Ole. Zignorowaliśmy stojący na torze obok szynobus do Trutnova i ruszyliśmy asfaltową drogą w stronę niezbyt odległego przejazdu kolejowego. Po przejściu przez tory przemaszerowaliśmy przez wieś i na jej końcu odbiliśmy na północny-wschód w wyraźną drogę wiodącą doliną anonimowego potoku, biegnącą niemal równolegle do opuszczonej asfaltowej drogi. W ten sposób przecięliśmy z południa na północ masyw Krąglaka.
Wyszliśmy z lasu na zachód od wsi Gostków. Zachowując ciągle ogólny kierunek „północ” wspinaliśmy się (początkowo idąc na przełaj, później polną drogą) na zbocza góry Kokosz (662 m), skąd mieliśmy pierwsze tego dnia widoki na nieco dalsze okolice.
Góry były jednak zamglone – zbierało się na jakieś opady, a może i burzę, którą straszono w prognozach. Skoro o straszeniu mowa – kierowaliśmy się w stronę Góry Duchów. Taką intrygującą nazwę topograficzną znalazłem na mapie. Wzniesienie ma 612 m wysokości. Na niektórych mapach góra nosi równie ciekawą nazwę Truskolas (Las truskawek?). Podążając przez łąkę zbliżaliśmy się do południowych zboczy rzeczonej góry. Po wejściu w porastający ją las zaczęły się problemy. Wskutek suszy z większości rosnących tam młodych drzew bukowych opadły liście. Bukowe listowie jest wyjątkowo śliskie, trzeba się więc było zdrowo namęczyć podczas wspinaczki. Wreszcie dotarliśmy do leśnej drogi, która doprowadziła nas na przełęcz między Górą Duchów a bezimiennym wzniesieniem na zachód od niej, znajdującym się w tym samym masywie. Planowaliśmy wejść na szczyt, ale leśna gęstwina skutecznie nas do tego zniechęciła. Pomaszerowaliśmy więc dalej leśną drogą do drogi krajowej nr 5. Po krótkim marszu poboczem tejże weszliśmy na łąki ciągnące się po jej zachodniej stronie, próbując osiągnąć nieczynną linię kolejową Marciszów-Bolków. Udało się, choć nie uniknęliśmy przedzierania się przez chaszcze. Po linii kolejowej zostały podkłady, bo szyny zniknęły (ciekawe, ile ważyły w skupie złomu)? Mieliśmy maszerować tędy aż po wiadukt nad Wojenną Drogą, ale wkrótce chaszcze stały się dokuczliwe. Wypatrzyłem po lewej biegnącą równolegle leśną drogę, na którą się przenieśliśmy. Chyba dobrze się stało, bo wąwóz, w którym znajdowała się linia kolejowa, przemienił się niebawem w nasyp, a sam wiadukt – zniknął (chyba ważył na skupie jeszcze więcej niż szyny). Zostały przyczółki.
Następną atrakcją na trasie miały być skałki na stokach bezimiennej góry wysokości 652 m, na południowy-wschód od szczytu Poręba (671 m). Udało się nam dotrzeć do jednej ich grupy (tam był postój), ale zniechęceni perspektywą kolejnego przedzierania się przez chaszcze zdecydowaliśmy się trzymać południowo-zachodniego zbocza góry 652. W ten sposób wkrótce opuściliśmy las i przez łąki dotarliśmy pylistą drogą do południowego skraju wsi Pastewnik. Upał był całkiem solidny i 2 kilometry po asfalcie, które teraz przeszliśmy, dały w kość. Dziewczyny zdecydowały się nawet na szukanie ochłody w przepływającym przez wieś potoczku. Na skrzyżowaniu dróg złapaliśmy zielony szlak, który doprowadził nas do głównej atrakcji tego dnia – ruin zamku Niesytno w Płoninie.
Jakiś czas temu dowiedziałem się o jego remoncie, także sądziłem, że może będzie go dało się zwiedzić. Otóż nie! Od tubylca dowiedzieliśmy się, że remont trwa już 2 lata, ale jest planowany na 5, także... Próbowałem obejść warownię jakąś ścieżką (bardzo efektowną, bo nad urwiskiem skalnym – dodatkowo coś żmijopodobnego przepełzło mi tuż pod nogami), podczas gdy dziewczyny wolały odpoczywać nieopodal bramy. Stamtąd mieliśmy już tylko 5 km do stacji PKP w Ciechanowicach.
Przeszliśmy przez miejscowość Świdnik (ale nie tą od zakładów PZL), mijając m.in. dwa kościoły (obok jednego zachował się pomnik upamiętniający mieszkańców, którzy zginęli na wojnie francusko-pruskiej 1870/71)
oraz zachodząc do sklepu, w którym każdy z naszej trójki nabył obiekt swoich marzeń (a jakie mogą być marzenia w upalny dzień, łatwo się domyśleć). Żeby niepotrzebnie nie nadkładać drogi i nie katować się asfaltem, zboczyliśmy na polno-leśną drogę, która doprowadziła nas do Ciechanowic.
Żeby nie było, że relacja jest wyprana z historii (a to by było do mnie niepodobne), parę słów o tej miejscowości. Rudelstadt (bo tak za Niemca nazywały się ta wieś), przez kilkadziesiąt lat swej kilkusetletniej historii było wolnym miastem górniczym. Ów dawno miniony czas owej największej chwały miał miejsce w drugiej połowie XVIII wieku. Leżące u południowych zboczy Gór Ołowianych miasto żyło z eksploatacji ich naturalnych bogactw. Tu właśnie, podobnie jak w odległej o zaledwie 4 km Miedziance, wydobywano wówczas miedź (niemiecka nazwa Miedzianki – Kupferberg – oznacza „Miedziana Góra”). Los obszedł się z Ciechanowicami łaskawiej niż z sąsiadami – miejscowość nie uległa zanikowi. Mało kto z turystów dziś tam zagląda (tak po prawdzie – nie za bardzo jest co oglądać). Położone po drugiej stronie Bobru Góry Ołowiane skrywają w swym wnętrzu dziesiątki kilometrów dawnych wyrobisk górniczych z kilku wieków (wg mojego znajomego ich łączna długość wynosi 300 km!), będące efektem wieloletniej pracy tutejszych górników. Do części z nic podobno można wejść na własną rękę...
Na stacji PKP zjawiliśmy się równo godzinę przed odjazdem pociągu. Rozłożyliśmy się na trawiastym peronie w cieniu drzewa, ale wkrótce słońce zniknęło za nadciągającymi chmurami burzowymi. Burza jednak nawiedziła odległą o kilkanaście kilometrów Jelenią Górę, a w Ciechanowicach tylko trochę popadało.
Kultywując tradycje PKP pociąg się spóźnił, na szczęście tylko kilka minut. Tak oto wyprawa dobiegła końca.