Na prawym brzegu Kaczawy
: 25-08-2015 07:48
Spośród czterech pasm otaczających Kotlinę Jeleniogórską najmniej uczęszczane są Góry Kaczawskie. Kto nie lubi tłumów, lecz ciszę, powinien tam zajrzeć - zwłaszcza, że nie brak tam urokliwych zakątków. Równie warte polecenia jest Pogórze Kaczawskie. Tam właśnie postanowiłem wędrować w wolny dzień, który odebrałem za 15 sierpnia. Towarzystwo miały mi zapewnić Ola i Iza. Wędrowałem długo, więc relacja będzie krótka.
Start nastąpił w Mysłowie. Taka miejscowość przy krajowej „trójce” między Bolkowem a Jelenią Górą. Wybrałem ją nieprzypadkowo. Niemal 20 lat temu byłem tam na kolonii – w pałacu, który należał wówczas do Uniwersytetu Wrocławskiego. Obecnie obiekt jest w prywatnych rękach, co zdecydowanie mu nie służy. Nieskoszona trawa i chaszcze, tynk odpadający od ścian, odrapane okna – taki widok ukazał się moim oczom.
Z Mysłowa, po zakupach, które dziewczyny uskuteczniały w miejscowym sklepie (co znacznie opóźniło wymarsz na trasę), wspięliśmy się żółtym szlakiem do Radzimowic. Położona dość nietypowo jak na polskie Sudety, bo na górskim grzbiecie niewielka lecz malownicza osada była w przeszłości przez pewien czas wolnym miastem górniczym. Przez wieki w pocie czoła miejscowi górnicy drążyli we wnętrzu znajdującego się tuż obok Starej Góry (Altenberg – taką niemiecką nazwę nosiły Radzimowice) Żeleźniaka (664 m n.p.m.) podziemne chodniki szukając bogactw ziemi. W okolicy Radzimowic można znaleźć pozostałości tych prac. Są to m.in. hałdy oraz dwa szyby – o nazwach Arnold i Louis. Do tego drugiego mieliśmy okazję zajrzeć, znajduje się bowiem bardzo blisko niebieskiego szlaku, którym podążaliśmy od Radzimowic.
Oczywiście nie darowałem sobie i wrzuciłem do środka „miernik głębokości”. Po 5 sekundach lotu, gdy zniknął już w ciemnej otchłani, dało się słyszeć uderzenie o coś, potem miernik odbijał się jeszcze parokrotnie, aż nastała cisza. W 1908 r. szyb miał 142 m głębokości...
Oznakowanie niebieskiego szlaku między Żelaźniakiem a wsią Lipą pozostawia wiele do życzenia, ale jakoś nie pobłądziliśmy. Natknęliśmy się za to na dość nietypowy jak na Sudety drogowskaz.
Za wsią wkroczyliśmy na Pogórze Kaczawskie. Niebieski szlak odbił na północ, do jednej z atrakcji - wąwozu Lipa, w którym znajduje się rezerwat. Było tam trochę jesiennie...
Podczas wędrówki, idąc z przodu miałem okazję spotkać dwa muflony. Widywałem je dotąd tylko w Górach Sowich. Niestety nie chciały zapozować do fotografii, lecz szybko zniknęły w lesie.
Za wąwozem dziewczyny chciały zrobić postój, zatem się rozsiedliśmy na trawie. Generalnie tempo na tej wyprawie było dla mnie masakrycznie wolne – w 4 h 15 min zrobiliśmy zaledwie jedenaście kilometrów. Stanowiło to mniej niż połowę zaplanowanej trasy, a robiło się późno. Zaproponowałem zatem jej skrócenie, bo groziło nam zostanie w Jaworze na noc (ostatni bus do Wrocławia odjeżdżał po 19), na co dziewczyny przystały, a ja w duchu obiecałem sobie, że następnym razem idę w góry sam...
Wychodząc z lasu natknęliśmy się na jakiś (chyba niedawno zbudowany) ośrodek jeździecki z dość nietypowym znakiem drogowym – taki widziałem po raz pierwszy w życiu.
Za znakami zielonego szlaku weszliśmy do kolejnego wąwozu – Wąwozu Siedmica. Miejsce urokliwe, ale w życiu bym nie przypuszczał, że szlak w Sudetach może być tak zarośnięty. Miejsce nadawało się w sam raz do kręcenia scen zasadzki Vietcongu na amerykańskich żołnierzy podczas wojny w Wietnamie.
Jeden z najmniej zarośniętych odcinków szlaku w rzeczonym wąwozie
Po tym jak w szybkim tempie przebyłem wąwóz, czekałem u jego wylotu prawie kwadrans na tyły, a następnie wspólnie pomaszerowaliśmy przez Siedmicę i za znakami czarnego szlaku doszliśmy do Jakuszowej, skąd rowerowym szlakiem dobiliśmy do szlaku żółtego i nim do Jawora. Na przystanku pod zamkiem, obok targowiska, zameldowaliśmy się kwadrans przed odjazdem ostatniego busa do Wrocławia.
Wnioski na przyszłość wyciągnięte z wyprawy:
1) Samotne wędrowanie jest jednak dobrym wynalazkiem
2) Nie zawsze wrzucanie czegoś do szybu musi zakończyć się starciem z orkami (Pippin w Morii miał pecha).
3) Maczeta może się okazać przydatna przy przemierzeniu szlaków nie tylko w Beskidzie Niskim
4) Mobilizujące hasło dla wszystkich turystów, które – nie wiedzieć czemu – reklamowało kredyty na plakacie w miejscowości Lipa

Start nastąpił w Mysłowie. Taka miejscowość przy krajowej „trójce” między Bolkowem a Jelenią Górą. Wybrałem ją nieprzypadkowo. Niemal 20 lat temu byłem tam na kolonii – w pałacu, który należał wówczas do Uniwersytetu Wrocławskiego. Obecnie obiekt jest w prywatnych rękach, co zdecydowanie mu nie służy. Nieskoszona trawa i chaszcze, tynk odpadający od ścian, odrapane okna – taki widok ukazał się moim oczom.
Z Mysłowa, po zakupach, które dziewczyny uskuteczniały w miejscowym sklepie (co znacznie opóźniło wymarsz na trasę), wspięliśmy się żółtym szlakiem do Radzimowic. Położona dość nietypowo jak na polskie Sudety, bo na górskim grzbiecie niewielka lecz malownicza osada była w przeszłości przez pewien czas wolnym miastem górniczym. Przez wieki w pocie czoła miejscowi górnicy drążyli we wnętrzu znajdującego się tuż obok Starej Góry (Altenberg – taką niemiecką nazwę nosiły Radzimowice) Żeleźniaka (664 m n.p.m.) podziemne chodniki szukając bogactw ziemi. W okolicy Radzimowic można znaleźć pozostałości tych prac. Są to m.in. hałdy oraz dwa szyby – o nazwach Arnold i Louis. Do tego drugiego mieliśmy okazję zajrzeć, znajduje się bowiem bardzo blisko niebieskiego szlaku, którym podążaliśmy od Radzimowic.
Oczywiście nie darowałem sobie i wrzuciłem do środka „miernik głębokości”. Po 5 sekundach lotu, gdy zniknął już w ciemnej otchłani, dało się słyszeć uderzenie o coś, potem miernik odbijał się jeszcze parokrotnie, aż nastała cisza. W 1908 r. szyb miał 142 m głębokości...
Oznakowanie niebieskiego szlaku między Żelaźniakiem a wsią Lipą pozostawia wiele do życzenia, ale jakoś nie pobłądziliśmy. Natknęliśmy się za to na dość nietypowy jak na Sudety drogowskaz.
Za wsią wkroczyliśmy na Pogórze Kaczawskie. Niebieski szlak odbił na północ, do jednej z atrakcji - wąwozu Lipa, w którym znajduje się rezerwat. Było tam trochę jesiennie...
Podczas wędrówki, idąc z przodu miałem okazję spotkać dwa muflony. Widywałem je dotąd tylko w Górach Sowich. Niestety nie chciały zapozować do fotografii, lecz szybko zniknęły w lesie.
Za wąwozem dziewczyny chciały zrobić postój, zatem się rozsiedliśmy na trawie. Generalnie tempo na tej wyprawie było dla mnie masakrycznie wolne – w 4 h 15 min zrobiliśmy zaledwie jedenaście kilometrów. Stanowiło to mniej niż połowę zaplanowanej trasy, a robiło się późno. Zaproponowałem zatem jej skrócenie, bo groziło nam zostanie w Jaworze na noc (ostatni bus do Wrocławia odjeżdżał po 19), na co dziewczyny przystały, a ja w duchu obiecałem sobie, że następnym razem idę w góry sam...
Wychodząc z lasu natknęliśmy się na jakiś (chyba niedawno zbudowany) ośrodek jeździecki z dość nietypowym znakiem drogowym – taki widziałem po raz pierwszy w życiu.
Za znakami zielonego szlaku weszliśmy do kolejnego wąwozu – Wąwozu Siedmica. Miejsce urokliwe, ale w życiu bym nie przypuszczał, że szlak w Sudetach może być tak zarośnięty. Miejsce nadawało się w sam raz do kręcenia scen zasadzki Vietcongu na amerykańskich żołnierzy podczas wojny w Wietnamie.
Jeden z najmniej zarośniętych odcinków szlaku w rzeczonym wąwozie
Po tym jak w szybkim tempie przebyłem wąwóz, czekałem u jego wylotu prawie kwadrans na tyły, a następnie wspólnie pomaszerowaliśmy przez Siedmicę i za znakami czarnego szlaku doszliśmy do Jakuszowej, skąd rowerowym szlakiem dobiliśmy do szlaku żółtego i nim do Jawora. Na przystanku pod zamkiem, obok targowiska, zameldowaliśmy się kwadrans przed odjazdem ostatniego busa do Wrocławia.
Wnioski na przyszłość wyciągnięte z wyprawy:
1) Samotne wędrowanie jest jednak dobrym wynalazkiem
2) Nie zawsze wrzucanie czegoś do szybu musi zakończyć się starciem z orkami (Pippin w Morii miał pecha).
3) Maczeta może się okazać przydatna przy przemierzeniu szlaków nie tylko w Beskidzie Niskim
4) Mobilizujące hasło dla wszystkich turystów, które – nie wiedzieć czemu – reklamowało kredyty na plakacie w miejscowości Lipa
