Niemniej jednak kursy lokalne tego przewoźnika są stopniowo ograniczane, a myśli się głównie o dowożeniu młodzieży szkolnej z małych wsi do większych miejscowości, gdzie znajdują się szkoły. W dni wolne na dworcu w Kłodzku wieje nudą.
W weekendy do Międzygórza jest tylko 1 (słownie "jeden") kurs - o 9:40. Natomiast z Międzygórza trzeba się ulotnić o 12:20 albo zostać tam na noc. Cóż, tam turyści muszą zdać się na własne cztery kółka. Tyle tytułem wstępu. Moja trasa wyglądała następująco:
Międzygórze - zapora wodna - Igliczna - Czarna Góra - Puchaczówka - Przełęcz pod Chłopkiem - Kąty Bystrzyckie - Lądek-Zdrój
Dojazd do Międzygórza odbył się jedynym możliwym autobusem - był dość pusty, więc w sumie PKS Kłodzko może się łatwo obronić przed zarzutami o cięcia w kursach. Wysiadłem przy wodospadzie, ale zwiedziłem to miejsce tylko pobieżnie (wszedłem tylko na ten bliższy taras widokowy) i ruszyłem zielonym szlakiem w stronę zapory wodnej na Wilczce. Szlak skręcił z drogi przez furtkę i doprowadził mnie do zapory. W przeciwieństwie do wielu tego typu budowli tutaj nie ma sztucznego jeziora - tama tworzy brzeg sztucznego suchego zbiornika retencyjnego. Miejsca na wodę opadową wydaje się dużo, ale biorąc pod uwagę intensywność opadów w górach może to być złudne wrażenie.
Potem zielony szlak dość stromo podszedł na Igliczną. To, że przez swoją lekkomyślność go przez moment zgubiłem, to już inna sprawa. Im bliżej szczytu, tym bardziej dawało się odczuć sakralny charakter tego miejsca.
Z początku myślałem, że mijam stacje Drogi Krzyżowej, ale to były raczej sceny z Nowego Testamentu (był m. in. Jezus znaleziony w świątyni i Zwiastowanie). W końcu osiągnąłem szczyt Iglicznej, a raczej zagospodarowaną polanę podszczytową. Tam wyróżnia się Sanktuarium Maria Śnieżna i nieco ukryte, ale z tego powodu bardzo ciekawie położone schronisko. Jeśli chodzi o Sanktuarium, to miałem w pamięci anegdoty o proboszczu zakazującym robić zdjęcia. Ponoć dlatego, że wziął środki unijne na remont sanktuarium i wydał je w inny sposób, a potem nie chciał, żeby ktoś zbierał na to dowody robiąc zdjęcia. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale patrząc na wygląd świątyni, to remont chyba się udał. Mimo to miejsce wydało mi się niegościnne. Dlaczego? Tabliczki informacyjne zakazujące wchodzenia w krótkich spodenkach, zamykane bramki, pani, która udzieliła reprymendy zwiedzającemu, że źle zaparkował samochód (tak, tak - tam można wjechać samochodem) połączone z tym, co napisałem wyżej wyrobiły w mojej głowie taki obraz. Może niesłusznie...
Schronisko było dużo sympatyczniejsze, ale tylko koło niego przeszedłem.
Ruszyłem dalej zielonym szlakiem w stronę Czarnej Góry. Najpierw po brukowanej drodze do parkingu.
A potem w rzadki las. Mijałem łąkę, kapliczkę, kamienistą kulminację, no i też kilka osób. Dotarłem do drogi, gdzie dochodził niebieski szlak. Ale ja dalej szedłem zielonym. Tamten odcinek był już dużo bardziej stromy. Minąłem dwukrotnie drogę Izabeli, czeskich kolarzy, kolonistów i kilka innych osób. Czyli ruch na szlaku jakiś tam był. W końcu osiągnąłem Przełęcz pod Jaworową Kopą. Poniżej kilka zdjęć z tego odcinka:
Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie poszedł na Jaworową Kopę
O ile do zdobywania wszelkich koron górskich jestem nastawiony dość sceptycznie, o tyle Tysięczniki Ziemi Kłodzkiej bardzo mi się podobają. Co prawda nie zdobywam tej odznaki oficjalnie, ale osiąganie tysięczników wygląda trochę szukanie skarbów. Przedzieranie się przez kępy traw, niewyraźne ścieżki, chodzenie bez szlaku na orientację, tylko po to, żeby w końcu odnaleźć tę tabliczkę przypomina mi zabawy z dzieciństwa.
Po tym mniej znanym tysięczniku przyszedł czas na ten bardziej znany, czyli Czarną Górę. Na szczycie było trochę ludzi. Nawet spotkałem znajomego, którego nie widziałem ponad rok - kto by się spodziewał, że w tym miejscu... Widoki z wieży, oczywiście super, chociaż i tutaj drzewa zaczynają powoli wygrywać.
Widoki z wieży:
Zasłaniany drzewami Śnieżnik
Igliczna
Góry Złote
Jeseniki
Zejście Głównym Szlakiem Sudeckim, którego już się trzymałem do końca. Najpierw wśród jagód do Przełęczy Puchaczówka, a potem w kierunku Sienny (Siennej?)
Zagłębiłem się w królestwo ciszy, gdzie ludzi było niewielu. Przede mną około 3-godzinny odcinek do Lądka-Zdroju. Pierwszy fragment do Przełęczy pod Chłopkiem prowadził cichym lasem. Ciszę zagłuszyło poruszające się zwierzę. Myślałem, że to sarna, a to była... wyzwolona owca!
Wiedząc, że mam dar do przyciągania owiec (mój brat ma dar do przyciągania kotów, tata ma dar do przyciągania psów - u nas to rodzinne) obawiałem się, że kędzierzawe, rogate zwierzę będzie mi chciało towarzyszyć w dalszej podróży, więc szybko się oddaliłem.
Droga była spokojna, skłaniająca do rozmyślań. Nie wiem, czemu, ale podczas takich odcinków moim głównym zajęciem jest tłumaczenie sobie tekstów z "Wielkiego Szu" na angielski. Wiadomo - góry nastrajają.
Przełęcz pod Chłopkiem wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. I to jest najpiękniejsze, kiedy patrząc na jakieś miejsce na mapie tworzymy sobie w głowie jego obraz, a rzeczywistość to weryfikuje.
Kolejny odcinek prowadził do Kątów Bystrzyckich. Właściwie nic się nie zmieniło - cisza i spokój.
Dotarłem do Kątów, a raczej do tej bardziej zniszczonej ich części. GSS tylko zahacza o tę miejscowość, ale prowadzi później przez ścieżkę, z której dokładnie widać całą wieś.
Potem spokojna droga dalej się wije i wije. W końcu docieram do pierwszych zabudowań Lądku-Zdrój. Najpierw mijam wysypisko śmieci
A potem wchodzę na polanę, z której widać to i owo.
W końcu docieram do Lądka. Oczywiście nie omieszkam zwiedzić stacji kolejowej. Coraz śmielej się mówi o przywróceniu pociągów na tej linii, ale widać, że to nie będzie takie hop siup. Budynek stacji jest w całkiem niezłym stanie, ale torowisko...
Znajdź tory
Słowem - budowniczych czeka sporo pracy.
Potem postanowiłem sobie zwiedzić rynek i okolice. Kilka zdjęć poniżej.
I tak zakończyłem całą wyprawę.