Trasa: Konradów - Zlate Hory - Stola Melchior - Pricny vrch - Edelstejn - Zlate Hory - Głuchołazy
Z Wrocławia dojechałem do Głuchołaz. Tam załapałem się na bezpłatny autobus miejski, który robił akurat pętelkę przez Konradów, więc mogłem zacząć marsz tak blisko granicy, jak to tylko było możliwe. W Głuchołazach wprowadzono bezpłatną komunikację, która jest obsługiwana prawdopodobnie przez tylko jeden autobus, który naprzemiennie przejeżdża 4 trasy, z których każda zaczyna się i kończy na dworcu autobusowym.
Wędrówkę zacząłem w Konradowie. Pierwszy odcinek był nudny i monotonny. Trzeba było iść po asfaltowej drodze. Po stronie polskiej można było iść po chodniku, więc było bezpieczniej. Po niecałym kilometrze przekroczyłem granicę. Dawne przejście graniczne zostało bardzo dobrze zachowane, aczkolwiek, co jest oczywiste, nie pełni już swoich pierwotnych funkcji - oby jak najdłużej.
Po czeskiej stronie nie było już chodnika - było tylko pobocze, które im bliżej Zlatych Hor, tym było mniej wyraźne, a samochody jeździły dość często i dość szybko. Do tego było upalnie. Cóż, ten odcinek trzeba było po prostu przeboleć. Na pocieszenie został krajobraz wokół - nad Zlatymi Horami wisiała Biskupia Kopa, a dalej "prężył się" Pricny vrch. Przy okazji dręczyło mnie pytanie o rzecz pozornie oczywistą. Pytanie to i odpowiedź na nie jest zawarte w tym wywiadzie: http://wyborcza.pl/1,75248,7416245,Dlaczego_zloto_jest_cos_warte_.html.
W końcu doszedłem do Zlatych Hor. Zajęło mi to prawie pół godziny. Pewnie zaoszczędziłbym je gdyby... Wiem, że lubię narzekać na komunikację, ale w tym przypadku to jest chyba uzasadnione. Nie wiem dlaczego Głuchołazy i Zlate Hory, które są przecież miastami partnerskimi nie mają połączenia autobusowego. Po stronie polskiej autobusy najbliżej granicy dojeżdżają do skrzyżowania z drogą prowadzącą do Podlesia. Po stronie czeskiej mają przystanek tuż przy granicy. Nie mam pojęcia dlaczego nikt nie wpadł na pomysł na puszczenie autobusów przez granicę!
No dobrze. Zlate Hory prezentują się naprawdę fajnie. Oczywiście musiałem zajść na stację kolejową.
Jak widać oferta przewoźnika kolejowego jest bardzo skromna, a wnioskując po stertach drewna, stacja pełni głównie funkcje towarowe.
Po opuszczeniu stacji skierowałem się na szlak czerwony, którego trzymałem się przez 8 kolejnych kilometrów. Najpierw prowadził przez obrzeża Zlatych Hor, by w końcu dotrzeć do sanatorium Edel.
Potem wkroczyłem w końcu na teren, gdzie przewagę miała natura. Droga była dość monotonna. W sumie nie było na niej nic, co by przykuło szczególną uwagę. Trasa dla tych, co cenią sobie ciszę i spokój. Ludzi było bardzo mało - głównie miejscowi grzybiarze.
Monotonię przerwała Złodziejska Łąka
Ale to tylko na chwilę. Trochę żałuję, że nie poszedłem na Cerne jizerko, ale nie chciałem sobie przedłużać trasy - bałem się trochę o swoją kondycję przy temperaturze oscylującej wokół 30 stopni. Po dojściu do Sztolni Melchiora szlak skręcił na płaską drogę, po czym po kilkuset metrach skręcił w prawo w leśną ścieżkę. Wtedy droga zaczęła nabierać wysokości. Zrobiło się dużo ciekawiej.
Doszedłem do Taborskich Skal. Widoki z niej są mocno ograniczone, ale w końcu jakieś tam są. Widać choćby Pradziada.
Wystaje za drzew Biskupia Kopa
A to same skały:
I w sumie poza widokiem na polskie niziny... to wszystko. Drzewa coraz bardziej wygrywają... Niemniej miejsce bardzo fajne. Po jakimś czasie dochodzę do kamiennego punktu widokowego. Ktoś usypał coś takiego z kamieni i zabezpieczył barierką. Zdecydowanie nie polecam tego miejsca dzieciom - kamienne schodki są mało stabilne, kamienie się chyboczą, a barierki są na wysokości głowy. Słowem, trochę mało bezpiecznie. Widoki jednak są niczego sobie.
Punkt widokowy:
Dalsza droga przebiega obok dawnych sztolni.
Aż w końcu ścieżka się wypłaszcza. Pricny vrch ma dość długi grzbiet ze słabo zaznaczoną kumulacją. Po drodze do szczytu z ciekawszych miejsc można odnotować maszt.
Wreszcie dotarłem na szczyt. Ogólnie nic szczególnego i gdyby nie wymysł pod tytułem "Korona Sudetów" pewnie niewiele osób by tu zaglądało.
Powrót tą samą drogą do przełęczy Hreben, a potem skręt w niebieski szlak. Przebiegał głównie wśród młodych drzew, zza których dało się co nieco zobaczyć. Szczególnie, że było po drodze kilka punktów widokowych.
Zlate Hory z góry:
Sina dal
Interesujący sposób wycinki drzew
Chyba Orlik (???)
Po jakimś czasie szlak doszedł do asfaltowej drogi, przy której było źródełko Nad Mirem
... ruiny dawnej kaplicy (których nie znalazłem
I sporo zieleni
W końcu dotarłem do Zamku Edelstejn. Jak widać niewiele z niego zostało...
Potem było zejście - najpierw po leśnej ścieżce, a potem asfaltem wzdłuż trasy narciarskiej.
Doszedłem do zlatohorskiego ośrodka Bohema. Jest to kompleks wypoczynkowy złożony z hotelu, domków kempingowych i obiektów sportowych oraz gastronomicznych. Bardzo fajny ośrodek. Co ciekawe szlak prowadzi przez sam środek kompleksu.
Potem był znane już sanatorium Edel...
...a następnie wędrówka przez bardzo senne Zlate hory.
A po opuszczeniu tej miejscowości ponowne dojście do granicy.
Wreszcie znowu w Polsce
No i dotarłem do Głuchołaz. Do autobusu miałem trochę czasu, więc zwiedziłem sobie dworzec Głuchołazy Miasto. Właściwie to nie miałem, czego zwiedzać. Chciałem tylko sprawdzić, coś co wyczytałem na jakimś forum. Otóż ktoś się dziwił, że pociągi do Jesenika nie zatrzymują się na tej stacji - przecież na górze też jest peron. Sprawdziłem - nie ma.
A to zdjęcia ze stacji właściwej:
Do stacji Głuchołazy Zdrój dojazdu nie ma...
Podsumowanie:
Trasa dla koneserów i zdobywców Korony Sudetów. Jak ktoś na niej szuka fajerwerków to ich nie znajdzie. Pricny vrch, mimo że wyższy zdecydowanie przegrywa w walce o popularność z Biskupią Kopą. Na koniec ciekawostka - większość ludzi, których spotkałem na trasie to Polacy. Czyli popularność koron sudeckich robi swoje.