Z Grodkowa do Ziębic

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Leuthen
stary wyga
Posty: 1893
Rejestracja: 04-07-2011 09:14
Lokalizacja: Wrocław

Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: Leuthen » 01-08-2019 14:22

Zasiadając do opisania trasy Grodków-Ziębice nie miałem ani krzty weny, ale ponieważ tuż po jej ukończeniu wysłałem znajomemu esemesową wiadomość, że „może z tej wędrówki napiszę [relację], chociaż zdjęć nie będzie ;)”, co potraktowałem jako obietnicę, to zmusiłem się do skrobnięcia paru słów.

Ostatnimi czasy coraz bardziej interesują mnie tereny na pograniczu nizin i Przedgórza Sudeckiego. W lipcu odbyłem dwie takie wędrówki: najpierw z Jordanowa Śląskiego do Strzelina niebieskim szlakiem (21,5 km w 3,5 godz.), a następnie, pod koniec miesiąca, z Grodkowa do Ziębic szlakiem zielonym. Obie trasy wypatrzyłem na portalu internetowym „Mapa Turystyczna”. Bez dalszych zbędnych przydługich wyjaśnień: 30 lipca przed godziną 8 rano wsiadłem do pociągu do Opola. Wysiadłem w Brzegu i po raz pierwszy w życiu udałem się na tamtejszy peron II (zawsze korzystałem tylko z I :wink: ). Niebawem nadjechał szynobus, który miał mnie zawieźć do Grodkowa. Z brzeskiej stacji wystartował z 10-minutowym opóźnieniem, ponieważ czekaliśmy na opóźniony pociąg z Opola (w ogóle tego poranka na linii Wrocław-Opole pociągi były opóźnione, np. ten którym do Brzegu dotarłem ja 10 min, a po drodze – w Lipkach – mijaliśmy lewym torem pociąg pospieszny jadący do Katowic, który z niewiadomych mi przyczyn stał, a w Brzegu na tablicy tylko zwiększało się jego opóźnienie). Wszelako o 9.10 ruszyliśmy. W środku poza konduktorem i maszynistą było tylko kilka osób. Ruszyliśmy ze stacji dynamicznie, ale wkrótce – po skręcie na południowy-zachód – tempo spadło do, rzekłbym, spacerowego i takie się utrzymało na większej części tej trasy. Na kolejnych stacjach (Olszanka, Czeska Wieś, Lipowa Śląska) dosiadały się tylko pojedyncze osoby. Co ciekawe – chyba na żadnym przejeździe kolejowym po drodze nie widziałem rogatek ani sygnalizacji świetlnej – także tam, gdzie przecinaliśmy drogi w miejscowościach.

Gdy dochodziła godzina 9.40, na horyzoncie zobaczyłem znajomą wieżę grodkowskiego kościoła św. Michała Archanioła, a także wieżę tamtejszego ratusza i jednej z bram miejskich. O 9.41 wysiadłem na stacji w Grodkowie.

W tym momencie chciałbym napisać, że wędrówka do Ziębic przebiegała najpierw przez ulice Grodkowa, później głównie drogami wśród pól, a czasem także w lesie, że przeszedłem przez kilka wiosek, że czasem widziałem w oddali wieże kościołów w okolicznych wioskach, że teren stopniowo się podnosił i przechodziłem też przez łagodne wzgórza, że słońce było za chmurami ale czasem też świeciło, że dwa razy spadł deszcz, że doszedłem do Ziębic, wsiadłem w pociąg do Wrocławia i bardzo dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie mojej relacji, bo to już jej koniec. Ale tak nie będzie! Bowiem pewien Mądry Ktoś stwierdził kiedyś, że "CZASEM TRZEBA ZROBIĆ DUŻO WIĘCEJ NIŻ BY SIĘ CHCIAŁO". Zatem dorzucę jeszcze kilka szczegółów :)

W Grodkowie wysiadło ze mną kilka osób. Opuściwszy teren dworca PKP przeszedłem przez znajdujący się przed nim lokalny dworzec autobusowy i udałem się w lewo ulicą Warszawską, gdzie wkrótce ujrzałem znaki szlaku żółtego oraz bardziej mnie interesujące – zielonego.

Dygresja nr 1
Przebieg zielonego szlaku na trasie, którą miałem podążać, znany był mi tylko orientacyjnie, ponieważ nie dysponowałem mapą, która pokazywałaby cały jego przebieg. W plecaku miałem dwie mapy, z których jedna („Euroregion Pradziad. Gminy Grodków, Skoroszyce, Kamiennik, Pakosławice, Olszanka, Powiat Brzeski”) obejmowała niemal całą dzisiejszą trasę, ale nie miała naniesionego mojego szlaku, gdyż była zbyt stara (co najmniej sprzed 8 lat – otrzymałem ją w komplecie z innymi na I rajdzie Prudnik-Pradziad w 2011 r.) i najwyraźniej wtedy jeszcze tego szlaku nie było. Z kolei „Gmina Ziębice” (wydanie z 2015 r.) szlak pokazywała, ale tylko ostatni jego odcinek (jakieś 1/3 całości). Resztę starałem się zapamiętać z portalu „mapa turystyczna”, gdyż mając tak archaiczny jak ja telefon komórkowy nie ma się dostępu do internetu w trasie :D
Dodam, że ten sposób wędrowania sprawdził się na wzmiankowanej poprzednio wędrówce z Jordanowa do Strzelina, gdzie w ogóle nie miałem żadnej mapy. Zdał on egzamin dlatego, że tamten szlak był dobrze oznakowany (co nie zawsze i nie wszędzie ma miejsce). Trzeba było liczyć na to, że z zielonym z Grodkowa będzie tak samo. Wierzyłem, że PTTK Strzelin nie poskąpił na farby i pędzel :wink:
Koniec dygresji nr 1

Nie uszedłem daleko zielonym szlakiem, gdy po prawej stronie ulicy Warszawskiej pojawił się budynek oznaczony numerem 29. Wiedziałem, że tam będzie i rozglądałem się za nim, ponieważ miałem zamiar wejść do środka. Przy Warszawskiej 29 w Grodkowie mieści się tamtejszy magistrat.

Dygresja nr 2
Ludzie mają różne hobby. Nie pora je tu wyliczać. Ja od pewnego czasu mam takie, że jeśli podczas wędrówki odbywanej w dzień roboczy trafiam do miejscowości będącej siedzibą urzędu gminy lub urzędu miasta, to udaję się tam i jeśli trafiam akurat na godziny otwarcia, szukam pokoju w którym urzęduje osoba odpowiedzialna za promocję danej gminy i miasta. A po co? Aby uzyskać materiały promocyjne i/lub gadżety :mrgreen: :mrgreen: :mrgreen: Nawet nie wiecie, ile ciekawych rzeczy można tam za darmo dostać :P Mógłbym się chyba pokusić o napisanie całego artykułu na temat promocji samorządów. Potencjalnie zawsze można liczyć na długopis (od skromnych z adresem www strony samorządu po bajeranckie z hasłem reklamującym dane miejsce), nierzadko na foldery, breloczki do kluczy (w Ziębicach dostałem kiedyś taki z mini-latarką, ale niestety szybko się owa latarka popsuła, choć nie bawiłem się nią za często), smycze na szyję, torby lub torbo-plecaki z herbem gminy/miasta i jeszcze wiele innych gadżetów. Nie wybaczę do końca życia urzędnikowi z gminy Czernica pod Wrocławiem, że nie dał mi białego ręcznika z herbem Czernicy (miał w szafie, z której wyciągał gadżety dla mnie cały ich stos – skąpiradło jedne!). Najbardziej pożądanymi przeze mnie w takich miejscach przedmiotami są pocztówki (nawet w dużych dolnośląskich miastach – typu Świdnica – często brakuje na poczcie widokówek, które można wysłać znajomym – a ja uwielbiam wysyłać pocztówki z wypraw, a jeszcze bardziej lubię je otrzymywać od innych :) ) oraz mapy z planem miasta bądź gminy. Nie ukrywam, że na taką nową mapę miasta i gminy Grodków bardzo liczyłem. Na pocztówki też, bo chciałem wysłać dwie znajomym.
Koniec dygresji nr 2

Jeszcze we Wrocławiu sprawdziłem w BIP, gdzie znajduje się „promocyjny” pokój. Nr 38a, pani inspektor Dorota Zawadzka.
Marsz na drugie piętro po schodach, skręt w korytarz. Pokój 38 i 38a w jednym. Voila!
Drzwi są otwarte. Wchodzę i staję za ladą. Dwie urzędniczki zza biurek i komputerów przyglądają mi się uważnie.
- Dzień dobry! Szukam pani Doroty Zawadzkiej – zagajam.
- Dzień dobry. Nie ma jej. Jest na urlopie – słyszę w odpowiedzi.
No i „plan z mapą i pocztówkami” zaczyna się sypać…
Nie daję jednak za wygraną, a mając doświadczenie z pracą w urzędzie miasta, pytam dalej.
- A czy ktoś ją zastępuje?
- A o jaką sprawę chodzi? [podobno to nieładnie odpowiadać pytaniem na pytanie]
- O materiały promocyjne Grodkowa.
- Nie mamy klucza do pokoju koleżanki. Niech pan przyjdzie w poniedziałek [aktualnie jest wtorek], gdy wróci z urlopu.

Wyjaśniam, że jako turysta jestem tu przejazdem i raczej do poniedziałku nie zaczekam. Dziękuję zatem za informacje (moje pocztówki :!: :!: :!: ) i robiąc regulaminowe „w tył zwrot” opuszczam pokój 38/38a. Już będąc za progiem i nabierając szybkości usłyszałem dobiegające z opuszczonego dopiero co pokoju słowa:
- Mogę dać panu długopis.
Achtung! Kapitanie, cała wstecz :!:
Jestem z powrotem przy ladzie i mówię:
- Bardzo chętnie wezmę ten długopis.
Pani zza biurka po prawej wręcza mi czerwony długopis. Jeszcze raz dziękuję, jeszcze raz mówię „do widzenia” i wychodzę. Chowam długopis do plecaka, obiecując sobie w duchu, że mą drogocenną zdobycz obejrzę dopiero w domu.

Dygresja nr 3
Grodków przebił tym samym urząd gminy Dobromierz, gdzie rok temu wiosną wyszedłem z budynku ratusza jedynie z długopisem i mapą „Księstwo Świdnicko-Jaworskie”. Cóż, „ubogo ale chędogo”. Wówczas w Dobromierzu sama pani sekretarz gminy osobiście schodziła (też z II piętra) na portiernię po klucz do pokoju osoby odpowiedzialnej za promocję gminy (bo ta osoba też była urlopie), by szukać dla mnie gadżetów. „Z pustego i Salomon nie naleje”, niemniej doceniłem starania (choć chciało mi się wtedy śmiać, tym bardziej że siedząc pod drzwiami słyszałem odgłosy gwałtownych poszukiwań – szurania w otwieranych szufladach i szafkach, a trwało to tyle, że miałem nadzieję na całą torbę „fantów”).
Koniec dygresji nr 3

Faktycznie, nazajutrz wyciągnąłem z kieszeni plecaka czerwony długopis. Widnieje na nim napis: „GRODKÓW – będziesz tu wracał”. Zabrzmiało to dla mnie trochę jak dewiza zakładu karnego dla recydywistów :mrgreen: To chyba znów była dygresja? :D
Skierowałem się ku wyjściu z urzędu. Ostatnią szansą była grodkowska poczta, położona niedaleko magistratu na rogu Warszawskiej i Słowackiego. Jak się okazało, o pocztówkach z Grodkowem to tam nie słyszeli, więc tylko kupiłem na przyszłość znaczki…
Dalej, łukowato wygiętą wzdłuż dawnych murów miejskich ulicą Kasztanową, by odbić w prawo w uliczkę Szkolną. W ten sposób dotarłem w okolice ronda, gdzie strzałka nakazywała skręt w prawo, nie bardzo jednak wiedziałem, w którą z dwu ulic. Wybrałem ulicę Kościuszki i to był dobry wybór. Przy okazji – jak będziecie szukać w Grodkowie „Biedronki”, to jest właśnie przy Kościuszki (druga przy Grunwaldzkiej w północnej części miasta) :)

Tak oto wyruszyłem na południowy-zachód mijając domki jednorodzinne i boczne uliczki. Za skrzyżowaniem z Żeromskiego, kończył się teren zabudowany i utwardzona droga, która zamieniła się w polną, a prowadziła prosto w stronę wysokiego nasypu. Po chwili okazało się, że to wiadukt nad linią kolejową w stronę Nysy. Wiadukt na obwodnicy Grodkowa.

Dygresja nr 4
Mili państwo! Od wydania mapy „Euroregion Pradziad”, którą dysponowałem, (przypomnijmy – rok 2011 lub wcześniej) 9-tysięczny Grodków dorobił się obwodnicy z prawdziwego zdarzenia, która wyprowadziła z miasta ruch tranzytowy od strony Nysy i Brzegu. W moim umiłowanym mieście rodzinnym od lat kilkunastu powstaje Wschodnia Obwodnica Wrocławia, która ma liczyć 40 kilometrów. Pierwszy jej odcinek oddano do użytku w 2007 r., a aktualnie istnieje coś koło połowy planowanej trasy (na dniach podpisano umowę na kolejny 2,5-km fragment). 10-kilometrowy odcinek Łany-Długołęka miał być budowany (umowa podpisana) od jesieni zeszłego roku, ale póki co na placu budowy nic się nie dzieje. Co za tempo :!: Może jednak powinienem przeprowadzić się do Grodkowa :?:
Koniec dygresji nr 4

Nasyp prosto na mojej drodze. Mam się na niego wspinać i przeskakiwać jezdnię między pędzącymi samochodami czy skręcić w prawo idąc wzdłuż nasypu i przejść go dołem po torach linii kolejowej na Nysę :?: Mój dylemat rozstrzygnęło pojawienie się „przejścia dla pieszych”. Cudzysłów wskazany. Ja pierdziu :!: Chyba jednak nie przeniosę się do Grodkowa…

Dygresja nr 5
Nie należę do osób o „koszykarskim” czy „siatkarskim” wzroście, ale niski też nie jestem. To, przed czym stałem, to raczej wybetonowany przepust na wodę albo tunel na placu zabaw dla dzieci, a nie przejście dla dorosłego człowieka. Jeden metr wysokości. Już raz widziałem taki „przełaz”, na „Tropicielu” w Miękini (trasa na most przez Odrę w Brzegu Dolnym) i dziękowałem niebiosom że nie musieliśmy (nasza drużyna na „Tropicielu”) przeciskać się tamtędy z naszymi rowerami (trasa rowerowa 40-km), choć zapewne wielu drużyn to robiło. Czy to cud polskiej myśli technicznej, czy dopasowanie przejścia pod drogą dla dzikiej zwierzyny do potrzeb ludzkich :?: Taniej na pewno, komfortowo nie za bardzo!
Koniec dygresji nr 5

Znak zielonego szlaku namalowany nad progiem niskiego tunelu jednoznacznie wskazuje dalszą drogę. Hamletyzowanie nic tu nie pomoże. Zginam się jak pałąk i jazda. W środku dosyć ciemno. Podłoże wysypane grysem. Walają się śmieci, a ja mam nadzieję, że nikt nie urządził tu sobie toalety… Plecak trze o niski strop. Krok za krokiem. Droga pokory. Wreszcie koniec. Jak miło wyprostować kręgosłup!

I znów pojawia się polna droga, przerwana brutalnie nasypem wiaduktu. Wkrótce przecina ona tory do Nysy i biegnie dalej, wśród pól, oddalając się od murów Grodkowa i biegnąc w stronę Ziębic. Nią właśnie podążałem…

Dygresja nr 6
Clay Blair, „Ciche zwycięstwo. Amerykańska wojna podwodna przeciw Japonii”, Warszawa 2001, strona 829: „Każdy patrol bojowy znajduje swoje odzwierciedlenie w raporcie, który po powrocie składa dowódca okrętu podwodnego. […] Raporty z nich zawierają szczegółowy, prowadzony dzień po dniu zapis najważniejszych wydarzeń na pokładzie. W wielu przypadkach dołączono do nich także mapy z trasą patrolu, suplementy, w których opisano ataki torpedowe, awarie mechanizmów, zauważone po drodze jednostki pływające i samoloty, stan pogody i inne wiadomości, które uznano za ważne i warte zachowania.”
W trakcie mojego „patrolu” nie zauważyłem statków ani okrętów wroga, nie dostrzegłem wrażych samolotów, ale chciałbym napisać coś o pogodzie, bo miała ona wpływ na wędrówkę. Otóż od rana było szaro, tak jakby zanosiło się na deszcz. Temperatura była optymalna do wędrówki. Gdy wysiadłem w Grodkowie, widać było, że krótko wcześniej dość intensywnie tam padało. Polna droga, którą teraz podążałem, była mokra. Cieszyło mnie to, gdyż unikałem w ten sposób pyłu, który w skwarne dni podnosiłby się przy każdym kroku. Na zupełnie odkrytej przestrzeni słońce paliłoby niemiłosiernie, a teraz było schowane za chmurami. Polna droga jednak polnej drodze nierówna. Początkowo była na całej szerokości niezarośnięta, miejscami błotnista, później zamieniła się w dwa wyjeżdżone ślady o niezbyt szerokim rozstawie, porośnięte po bokach i w środku trawą i gdzieniegdzie przetykane kałużami. Na wędrówkę zabrałem buty „półtrekingowe” i trochę się bałem, czy w trawie nie przemoczę ich już na starcie. Póki co dawały radę.
Koniec dygresji nr 6

Idąc rozglądałem się wokół. Typowo rolniczy krajobraz. Zapach mokrych ściernisk (żniwa w toku) i pola jeszcze nieskoszonych zbóż.
Zaczęły pojawiać się rosnące przy mej drodze pojedyncze drzewa, a z przodu można już było dostrzec pierwsze zabudowania wsi Żarów. Szlak nie wchodził do niej, omijając od zachodu większość zabudowań. Minąłem tylko pojedynczy budynek z prawej, zostawiając całą resztę po lewej i kontynuowałem bez zatrzymania marsz.

Niebawem droga stała się znacznie bardziej zarośnięta trawą i wiodła wśród krzaków, chaszczy i drzew. Znów obawa o stan suchości butów, tym bardziej że dystans do przejścia pozostawał spory: zielonym szlakiem z dworca grodkowskiego na ziębicki jest 35 kilometrów.
Na szczęście z tej małej dżungli wyszedłem na skrzyżowaniu polnych dróg, gdzie ta moja zamieniała się w szeroką i utwardzoną „autostradę” bez trawy. Butom nie groziła już powódź! W oddali pojawiła się sylwetka kościoła i pierwsze zabudowania Starowic Dolnych. Tam właśnie teraz zmierzałem. Prosta jak strzelił droga prowadziła. Wystarczyło włączyć autopilota:)

W trakcie wędrówki między Grodkowem a Starowicami Dolnymi pogoda zaczęła się zmieniać. Na początku widziałem na południu spotęgowaną szarość – ewidentny dowód na opady. Stopniowo jednak na północy dało się zobaczyć fragmenty niebieskiego nieba. Wiatr spychał chmury na południe. Dochodząc do Starowic Dolnych widziałem po swojej prawej stronie pola oświetlone już słońcem, które wyglądało zza chmur. Nim doszedłem do zabudowań, moja droga znalazła się także w blasku słonecznych promieni.

Minąłem pierwsze zabudowania. Szlak skręcał z polnej drogi na asfaltową w prawo. Punktualnie o 11 dotarłem na przystanek autobusowy, gdzie urządziłem pierwszy, trwający 10 minut postój. Drugie śniadanie, woda z sokiem, a przede wszystkim wietrzenie stóp… Pot kapał z czoła na wyjętą z plecaka mapę.
Do Starowic przebieg szlaku był dość oczywisty i pamiętałem go dobrze z „Mapy Turystycznej”, gdyż biegł prosto. Także dalszy odcinek, do kolejnej wsi, był jednoznaczny. Po postoju ruszyłem przez Starowice. Minąłem kościół, rezygnując z podejścia doń i dotarłem do szlakowskazów na skraju wsi. Znajdowałem się na wysokości 184 m n.p.m., całe 10 metrów wyżej niż stacja kolejowa w Grodkowie. Według informacji na tabliczce do kolejnej miejscowości - Strzegowa - było stąd 45 minut marszu, powinienem więc dotrzeć tam dokładnie w południe. Jednakże tabliczka wskazująca kierunek przeciwny mówiła, że do Grodkowa PKP jest 1 h 45 min marszu, a ja dotarłem tu o 30 minut szybciej. Czyli wyprzedzałem harmonogram i tak mogło być z dalszymi odcinkami. Na to właśnie liczyłem. Po skręcie z głównej drogi w boczną (choć wciąż wyasfaltowaną) minąłem po lewej staw, na który spoglądał z cokołu pomnika św. Jan Nepomucen, minąłem po prawej pastwisko z krowami, a potem – gdy skończył się już asfalt - lekko wznoszącą się drogą polną poszedłem prosto. Po prawej las, po lewej las, między lasami a drogą polą. Z przodu po lewej wystawała nad pole wieża (zapewne kościoła w Kobieli). Słońce świeciło, ale niezbyt mocno. Pod koniec wszedłem w malowniczy zielony tunel, które tworzyły wysokie krzewy (drzewa?) i już wyszedłem na asfaltową drogę na wschód od Strzegowa. Kilkaset metrów dalej wszedłem między pierwsze zabudowania tej wsi. Krzyżuje się w niej pięć dróg i właśnie przy tym skrzyżowaniu moją uwagę zwrócił przewrócony monument. Cokół stał, góra była obalona. Na widocznej stronie nie było żadnych napisów. Czyżby pomnik poświęcony poległym w I wojnie światowej mieszkańcom. Zaraz za pomnikiem małe podniesienie terenu i ogrodzenie. Bramka, a przez nią widać kaplicę. Wszedłem z ciekawości. Dawny cmentarz niemieckich mieszkańców, choć nagrobków niewiele ocalało. Co ciekawe – na prawo od kaplicy stały rzędy ławek przed „polowym” ołtarzem.
Obok pagórka – rozstajne drogi, na środku słup, na słupie drogowskazy szlaku. Obecna wysokość – 227 metrów n.p.m. To już, panie, nie w kij dmuchał :mrgreen:

Do południa brakowało jeszcze sporo (nie szedłem 45 minut!), a ja poszedłem drogą asfaltową w stronę Bogdanowa. Minął mnie bus, który widziałem na rozkładzie w Starowicach, minęło kilka samochodów i rolniczy ciągnik. Po lewej zamajaczyła w oddali kolejna kościelna wieża. Gdy doszedłem do ściany lasu, znaki nakazały odbicie w prawo. W ten sposób, idąc leśną drogą na zachód, zbliżałem się do wsi Rogów. Jednocześnie znów zaczął się test na nieprzemakalność butów. Ponadto – jak to w lesie- fauna latająca (z rodzaju brzęczącego) wykazywała znaczne zainteresowanie moją osobą (bez wzajemności).
Tak minęło południe, gdy dotarłem znów do asfaltu. Przed sobą widziałem zabudowania Rogowa, ale znaki nakazywały skręt w lewo. Marsz przez las, blisko jego skraju i zakręt w prawo. Teraz już naprawdę wchodziłem do wsi. Po lewej widziałem coś jakby wieżę pałacu. Znów słup ze szlakowskazami. Następny przystanek: Samborowice 15 min.
Szlak robi tu pętlę. Na chwilę zszedłem z polnej drogi i podążałem równolegle ścierniskiem, gdyż droga była mocno zarośnięta, a na ściernisku nie musiałem aż tak wysoko podnosić stóp (ekonomia sił w marszu). Wtedy dostrzegłem koło kępy przydrożnych zarośli ludzką sylwetkę, która jednak po chwili zniknęła. Wszedłem z powrotem na drogę, którą otaczały wspomniane zarośla. Po chwili na drodze, za zakrętem, zobaczyłem kota. Leżał na boku, z otwartymi oczami. Martwy. Muchy już krzątały się wokół. Minąłem to miejsce i wyszedłem z zarośniętego odcinka. Wówczas na lewo od drogi zobaczyłem opartego o rower gościa. Słowo daję – gębę miał taką, że nie chciałbym spotkać się z nim w ustronnym miejscu po zachodzie słońca. Popatrzyliśmy na siebie bez słowa, a ja nie zatrzymując się poszedłem dalej. Czy on i ten kot… :?:
Polna droga skręcała w prawo do Samborowic. Na ich wschodnim skraju minąłem krzyż i wiejską uliczką przeszedłem przez tą niewielką miejscowość, idąc przez chwilę wzdłuż muru otaczającego pałac i przypałacowy park. Rozglądałem się za miejscem na postój. Ponieważ żadne z mijanych mi nie odpowiadało, szedłem dalej. Znów wyszedłem na rozległe pola. Było to już przedpole Wzgórz Wawrzyszewsko-Szklarskich. Droga biegła w pełnym słońcu na południowy-zachód. Dochodziła trzecia godzina wędrówki i była to najwyższa pora na postój. Zatrzymałem się tuż przed wejściem w las, przy platformie myśliwskiej opartej o drzewo. Znów wietrzenie stóp, woda z sokiem. I jakieś widoki. Choć Samborowice skryły się już za terenowym fałdem.

Dygresja nr 7: jak rozświetlić mroki średniowiecza (na przykładzie biskupa)?
Podczas tej wędrówki poruszałem się nie tylko na styku nizin i przedgórza, szedłem również przez pogranicze dwóch województw: dolnośląskiego i opolskiego. Co ciekawe, w miejscu gdzie stykają się te dwa województwa, do dziś stoi kilka biskupich słupów granicznych (jeden z nich minąłem w odległości ok. 1,5 km, gdyż znajduje się na południe od Samborowic). To Granica św. Jana, wyznaczona pod koniec XIII wieku po sporze między księciem Henrykiem Probusem a biskupem wrocławskim Tomaszem II. Słupy wyznaczały granicę tzw. Księstwa Biskupiego. Od tego czasu biskup wrocławski był „XB” czyli książę biskup :)
Pierwszym XBW (księciem biskupem wrocławskim) z prawdziwego zdarzenia był Heinrich von Würben czyli Henryk z Wierzbna, rządzący biskupstwem w latach 1302-1319. Ksiądz profesor Józef Pater w swojej książce „Z dziejów wrocławskiego Kościoła” (Wrocław 1997) w rozdziale o „złotym wieku” biskupstwa (lata 1301-1376) stwierdza, że bp Henryk z Wierzbna „był znakomitym i energicznym organizatorem pracy kościelnej” i wylicza szereg jego zasług.O jednej się zanadto nie rozpisał… Mówi się czasem o mrokach średniowiecza. Biskup Henryk miał swoją metodę na ich rozświetlenie. Z jego to inicjatywy powołano na Śląsku w 1315 r. trybunał inkwizycyjny, który wydawał także wyroki śmierci na heretykach poprzez spalenie na stosie. Koncepcją biskupa było śledztwo, wskutek którego na stosach we Wrocławiu, Świdnicy i Nysie spłonęło 50 waldensów. Słupy ognia wskazywały pozostałym owieczkom jedynie słuszną drogę wśród nocy do owczarni Pana…
Koniec dygresji nr 7

Ok. godziny 13 postój dobiegł końca. Dalsza droga wiodła przez las pod górę, później przez dużą polanę między lasami, gdzie po prawej w oddali widziałem zabudowania Mokrzyc (co ciekawe, wcześniej w ogóle nie widziałem miejsca, gdzie do zielonego dobijał – kończąc się - szlak żółty, od strony Jagielna i Przeworna). Droga w słońcu, znów wokół pola, a pod nogami piach naniesiony opadami deszczu (widać było, jak woda szorowała tędy w czasie opadów), w którymi miejscami zapadały się buty.
Pod górę, pod górę, i znówlas. Wreszcie kulminacja i zejście do szerokiej, choć bardzo rozjeżdżonej leśnej drogi (sterty drewna – i wyjaśnia się przyczyna stanu drogi). Nieświadomie przeszedłem przez miejsce, gdzie niegdyś były tory kolejowe linii z Przeworna na południe (linia rozebrana) i wchodziłem już między zabudowania wsi Szklary. Po lewej na wzniesieniu dominował kościół św. Michała Archanioła, a zabudowa wokół niego świadczyła, że parafia była w dawnych wiekach ponad miarę zasobna.
Wąską drogą asfaltową wśród domów dotarłem do mostu na potoku Krynka i przeszedłem na jego lewy brzeg, gdzie zaraz przy głównej drodze na słupie wisiały kolejne kierunkowskazy szlaku. Dalsza droga wiodła na zachód, na zbocze doliny Krynki. Pełne słońce, a drzew nie za dużo. Gdy oglądałem się w tył, pięknie prezentował się położony na przeciwległym zboczu doliny szklarski kościół, wystający jakby wprost z lasu. Jednakże dużo większe wrażenie zrobił na mnie widok Wzgórz Strzelińskich z miejsca, gdzie szlak skręcał na południe. Nigdy nie oglądałem ich z tej perspektywy. To trzeba zobaczyć!
A zaraz za skrętem drogi z zachodu na południe (ok. kilometr na północ stamtąd stoi kolejny z sześciu zachowanych słupów Granicy Św. Jana) wszedłem do Biskupiego Lasu.

Dygresja nr 8
Trwająca około godziny wędrówka przez Biskupi Las stanowi jedno z najciekawszych przeżyć z opisywanej wyprawy. Jego nazwa wzięła się stąd, że tereny te stanowiły własność biskupa wrocławskiego (patrz: Granica Św. Jana). Tylko raz czułem się podobnie jak teraz, że wędruję przez taki „odwieczny” las. Poprzednio było to w Lesie Bukowym koło Henrykowa. Może dla innych las to las, ale ten naprawdę ma w sobie coś niesamowitego…
Koniec dygresji nr 8

Przy węźle szlaków Biskupi Las wschód, do którego dotarłem o godzinie 14.10, urządziłem sobie postój na stercie ściętego drewna. Chyba byłem trochę odwodniony, bo bułka, którą jadłem, wydawała się być sucha jak trociny (a w rzeczywistości taka nie była) i nie mogłem jej przełknąć, póki nie popiłem solidną ilością wody z sokiem. Był to też najdłuższy postój na trasie – ponad 20 minut. W nogach miałem już 24,5 km trasy, a szedłem tu niecałe 4,5 godziny.
Po postoju (rozruch był ciężki…) ruszyłem dalej, docierając niebawem do leśniczówki Wilemowice (po drodze starając się nie zgarniać na twarz pajęczyn, którymi pająki obficie połączyły drzewa na szlaku), skąd powędrowałem do węzła Biskupi Las zachód (las bynajmniej nie jest płaski, idzie się raz w górę, raz w dół, ale czasem też poziomo :wink: ), mijając po drodze całkiem spory staw.

Kawałek za tym węzłem szlaków szlak opuszcza Biskupi Las. Stanąłem przed polem kukurydzy i pytaniem co dalej. Aby myślało mi się lepiej, wdrapałem się na stojącą w tym miejscu myśliwską ambonę, na której zrobiłem postój. Wszedłem już na teren, który obejmowała moja mapa „Gmina Ziębice” z zaznaczonym przebiegiem szlaku. Analizując mapę i porównując z terenem wychodziło, że należy wejść prosto w pole, w ślad zostawiony przez ciągnik. Jednakże oznakowanie szlaku – znaki na dwu nogach ambony i ich umieszczenie – sugerowały marsz wzdłuż pola skrajem lasu, a potem (domyślnie) skręt w lewo. Z ambony można było dostrzec niewielki jar w polu kukurydzy, gdzie mogła rzeczywiście biec droga. Wyglądało, że to właśnie znakarz miał na myśli. Poszedłem skrajem pola. I to był mój błąd…

Ledwie ruszyłem, zaczął padać deszcz. Wyjąłem pokrowiec i nałożyłem go na plecak, wyciągnąłem także i otworzyłem parasol. Ledwie to zrobiłem i ruszyłem, deszcz ustał. Nie chciało mi się z powrotem wkładać rzeczy do plecaka, szedłem więc dalej ze złożoną parasolką.
W zaobserwowanym jarze nie było śladu po spodziewanej drodze. Nie miałem ochoty wracać pod górę z powrotem do ambony i stwierdziłem, że w tym miejscu (kukurydza była tu niższa i rzadziej posadzona) skręcę w lewo i jakoś dojdę do drogi „przecinkowej” od ambony.
Początkowo istotnie szło się fajnie, ale potem kukurydza „urosła” i zrobiło się gęsto. Znalazłem „tunel” między rzędami, ale jego dnem płynęła niedawno rzeka poopadowa, było tak więc grząsko. Zapadałem się w błocie, które lepiło się do butów i modliłem się, by ten odcinek skończył się jak najprędzej. Zamiast tego zrobiło się jeszcze gęściej, a będąc w zagłębieniu nie było jak zorientować się w położeniu. Udało mi się jakoś dobrnąć do skraju pola torując sobie drogę parasolem i idąc nim trafić wreszcie na drogę, po której biegł szlak. Buty jednak miałem jak po „Tropicielu”…

Obejrzałem się za siebie. Biskupi Las był dobrze widoczny, podobnie jak myśliwska ambona, na której podjąłem niefortunną decyzję. Jednakże przede mną był Dębowiec – ostatnia wieś przed Ziębicami, a na dodatek najwyżej położony punkt na trasie tego dnia (całe 276 m n.p.m.). Gdy doszedłem do boiska na północnym skraju wioski, zrobiłem tylko krótką przerwę na picie i ruszyłem dalej.

Już na ambonie dochodziły mnie grzmiące odgłosy. Gdy dotarłem do skrzyżowania dróg w Dębowcu (szlakowskaz na słupie), zobaczyłem potężną burzową chmurę, którą zachodni wiatr spychał prosto w moją stronę. Kurtyna deszczu była widoczna w odległości kilku kilometrów przede mną. Głupio tak zmoknąć na samym finiszu wędrówki (że o trafieniu przez piorun nie wspomnę), ruszyłem więc energicznie, poganiany silnymi podmuchami wiatru i odgłosem kolejnych grzmotów.
Na szczęście droga z Dębowca opadała do Ziębic, szło się więc łatwiej i szybciej. Gdy minąłem tablicę z nazwą „Ziębice”, zaczęło dość mocno podać. Znów pokrowiec i parasol były w akcji. Nie popadało jednak za długo, a burza przeszła bokiem. Ufff…

W pewnym momencie szlak zielony odbijał z drogi Dębowiec-Ziębice, by przez wschodnią i północną część miasta dotrzeć do ziębickiej stacji PKP. Ja jednak już od początku nastawiłem się na wizytę w rynku, by spróbować nabyć pocztówki dla znajomych w ziębickim muzeum mieszczącym się w ratuszu oraz napić się piwa. Z wyliczeń dokonanych jeszcze na postoju w Biskupim Lesie wynikało, że zdążę na pociąg o 17.48 i będę miał ok. godziny czasu na przerwę. Poszedłem więc prosto ulicą Gliwicką do rynku, mijając Park Miejski z figurami dinozaurów (taki lokalny „Jurassic Park” :) ) i cmentarz.

Muzeum okazało się być czynne do 16, a mi dotarcie na rynek zajęło 6 h 55 min. Jak łatwo obliczyć, drzwi zastałem zamknięte. Cóż, pech.
Na szczęście otwarta była Restauracja Rynkowa. Przyznam, że wolę w Ziębicach Restaurację Ratuszową, ale w niej nie mają czeskiego piwa, a położona naprzeciwko ratusza Rynkowa serwuje lanego jasnego Kozela.
Kupiłem więc porcję w dużym kuflu i poszedłem do stolika na zewnątrz, bo w środku był zaduch. Przyznam, że miałem problem, żeby się odessać, gdy już zacząłem pić. Odwodnienie dało o sobie znać… W międzyczasie wysyłałem esemesy do znajomych, a przy stoliku obok usiadła starsza już wiekiem mieszkanka pobliskiej kamienicy, z którą zacząłem konwersację. Dowiedziałem się, że Ziębice to ogólnie „wiocha” i „dziadostwo”, że tynk się sypie z kamienic w rynku itd. Pocieszałem panią, że we Wrocławiu też nie jest różowo (czemu nie wspomniałem o dwumilionowej populacji szczurów?). W międzyczasie poszedłem po drugie piwo, które piłem w rozsądniejszym już tempie. W pobliżu walnął potężnie piorun, potem grzmiało, esemesy szły w eter, rozmowa z panią trwała dalej, potężny podmuch wiatru przewrócił na moim stoliku stojak z serwatkami, które poszybowały w dal, padał deszcz, nie padało, i raz jeszcze lunął deszcz, by wkrótce przestać. Tak oto zbliżała się godzina, gdy trzeba było ruszyć na pobliski dworzec, do którego z rynku jest około kilometra. Pożegnałem się więc z sympatyczną starszą panią żegnany życzeniem szczęśliwej podróży. Droga na stację wiodła obok poczty, na którą wstąpiłem żywiąc złudną w gruncie rzeczy nadzieję, że są tam kartki z Ziębicami. Wyszedłem w sumie niezbyt zawiedziony. Gdy u zbiegu ulic Kolejowej i Chrobrego skręcałem w stronę stacji, znów zaczęło padać. Parasol miałem jednak pod ręką. Wszedłem do budynku stacji, a widząc, że kasa w poczekalni nie działa (bo w Strzelinie na ten przykład działa!) udałem się na peron, na którym stał akurat pociąg Wrocław-Kudowa, a właśnie wjeżdżał… do Wrocławia. Jeden skok przez ulewę spod peronowej wiaty do otwierających się drzwi i po nabyciu u konduktora biletu można było rozsiąść się z tyłu składu i obserwować potoki wody lejące się z nieba, które nie dopadły mnie na szlaku. A we Wrocławiu posiedzieć w tramwaju i pomyśleć, że mieszkańcy Ziębic nie muszą narzekać na tramwaj stojący z powodu braku prądu :mrgreen:
"Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka".

KrzysiekJ
podróżnik
Posty: 143
Rejestracja: 12-10-2013 19:12
Lokalizacja: Świebodzice

Re: Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: KrzysiekJ » 02-08-2019 15:38

Świetna relacja, super się czyta! Brak zdjęć nie przeszkadza - może dlatego..., że mam swoje z większej części przebiegu tego szlaku. Mam nadzieję, że Twój tekst zachęci wielu do zwiedzania różnych zakątków na Wzgórzach Niemczańsko-Strzelińskich. Ktoś, komu brakuje części ilustracyjnej, może przecież powrzucać do forumowej wyszukiwarki przytaczane przez Ciebie nazwy terenowe i znajdzie sporo fotek opisywanych miejsc w relacjach Buby.

Kilka lat temu działalność strzelińskiego PTTK na polu wytyczania nowych szlaków, mogła być różnie postrzegana. Niektórzy nazywali to radosną twórczością - niepotrzebnym zagęszczaniem sieci szlaków w Sudetach itp., itd.; przestrzegali, że jak entuzjazm strzelińskich znakarzy opadnie, to nie będzie komu konserwować tych szlaków. Okazuje się, że - przynajmniej na razie - szlaki są utrzymywane, zniszczone tabliczki szlakowskazów wymieniane na nowe, pojawił się jakiś spójny system szlaków, także i we "właściwych" Sudetach (chociażby na Pogórzu Orlickim, gdzie zaproponowano kilka szlaków transgranicznych). Jeśli te szlaki zachęcą kogoś do poznawania mało dotąd popularnych zakątków Przedgórza Sudeckiego to fajnie, może część się zorientuje, że ta pofałdowana część Dolnego Śląska i Ziemi Kłodzkiej to nie tylko Karkonosze i Góry Stołowe, ale także np. Stoleckie Skały. Bardzo dużo tych miejsc, do których prowadzą teraz kolorowe paski, miałem okazję poznać już dawniej, w czasach przedszlakowych. Od pewnego czasu, przy okazji miesięcznych lipcowych pobytów w Przewornie, z ciekawości sprawdzam, co zaproponowali w tych dobrze mi znanych miejscach, strzelińscy znakarze. I okazuje się, że na wymalowanych odcinkach natrafiam na zupełnie mi nieznane ciekawe obiekty.

Jeszcze można zadać jedno pytanie - dla kogo są te nowe szlaki? Bo nawet zadeklarowani turyści sudeccy, koncentrujący się wyłącznie na polskiej części Sudetów, nie są w stanie łyknąć wszystkich strzelińskich nowości. Nie przypuszczam, aby jakiś sudeciarz np. z Bolesławca, Szklarskiej Poręby czy Jeleniej Góry, skupiał się na poznawaniu w terenie tych szlaków. Przecież i w swojej części Sudetów ma szlaki egzotyczne, praktycznie nieuczęszczane - taki np. Lubań - Zawidów czy inne szlaki transpogórskoizerskie. W przypadku turystów spoza Dolnego Śląska sytuacja jest jeszcze bardziej jaskrawa. Może ułamek promila jadących w kierunku Sudetów wdepnie na Gromnik czy zerknie na turystyczne szlakowskazy znajdujące się przy klasztorze w Henrykowie. Ale tylko spojrzy, bo wędrówki w stronę Nowoleskiej Kopy czy w kierunku Muszkowickiego Lasu Bukowego podejmie się już tylko promil z tego promila. Są to więc szlaki głównie dla turystów miejscowych (tzn. ze Strzelina, Ziębic, Kamieńca Ząbkowickiego, w miarę bliskiej Oławy i Brzegu) i dla wrocławian - i Ty zatem doskonale mieścisz się w tej statystycznej próbce. Akurat taka grupa nie zadepcze tego fragmentu Przedgórza Sudeckiego - ba, nawet nie przetrze szlaku biegnącego przez leśne chaszcze. Dlatego z mojego początkowego sceptycyzmu (takiego sprzed około dziesięciu lat) dzisiaj uważam, że fajnie, że te szlaki wyznakowano.

PS. W Przewornie w Urzędzie Gminy pamiątki mają, chociaż większość z nich jest dostępna w Romanowie, w niewielkiej gminnej izbie muzealnej. Tak było jeszcze w ubiegłym roku. Jak jest dzisiaj, tego nie wiem.

Leuthen
stary wyga
Posty: 1893
Rejestracja: 04-07-2011 09:14
Lokalizacja: Wrocław

Re: Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: Leuthen » 02-08-2019 16:53

KrzysiekJ pisze:Świetna relacja, super się czyta!

Dziękuję bardzo. Już się obawiałem, że nikt nie będzie się chciał z nią zmierzyć ze względu na objętość i brak zdjęć :wink:

KrzysiekJ pisze:Jeśli te szlaki zachęcą kogoś do poznawania mało dotąd popularnych zakątków Przedgórza Sudeckiego to fajnie, może część się zorientuje, że ta pofałdowana część Dolnego Śląska i Ziemi Kłodzkiej to nie tylko Karkonosze i Góry Stołowe, ale także np. Stoleckie Skały. Bardzo dużo tych miejsc, do których prowadzą teraz kolorowe paski, miałem okazję poznać już dawniej, w czasach przedszlakowych.

Dla mnie zaletą tego typu szlaków co Grodków-Ziębice jest m.in. brak tłumów (ostatnio słyszałem w lokalnej TV, że tylko do południa na Kopę z Karpacza wjeżdża codziennie 1500 turystów :shock: ) oraz wiele interesujących miejsc pod drodze.

KrzysiekJ pisze:Jeszcze można zadać jedno pytanie - dla kogo są te nowe szlaki? Bo nawet zadeklarowani turyści sudeccy, koncentrujący się wyłącznie na polskiej części Sudetów, nie są w stanie łyknąć wszystkich strzelińskich nowości. Nie przypuszczam, aby jakiś sudeciarz np. z Bolesławca, Szklarskiej Poręby czy Jeleniej Góry, skupiał się na poznawaniu w terenie tych szlaków. Przecież i w swojej części Sudetów ma szlaki egzotyczne, praktycznie nieuczęszczane - taki np. Lubań - Zawidów czy inne szlaki transpogórskoizerskie

Nie wiem, jak to wygląda u innych, ale ja mam co jakiś czas "fazę" na poznawanie konkretnego rejonu. Kilka lat temu były to szlaki na terenie powiatu ząbkowickiego (wtedy też przeszedłem m.in. - na dwie raty - czarny szlak SKPS), później Pogórze Izerskie, a obecnie właśnie styk nizin i Przedgórza Sudeckiego. O wspomnianym niebieskim szlaku Lubań-Zawidów myślę od dłuższego czasu, a w tamtym rejonie rok temu przeszedłem
wiosną żółtym szlakiem z Zawidowa do Leśnej, wcześniej zaś zielonym z Leśnej do Lubania przez Lubański Wielki Las.
Niektóre miejsca na terenie, gdzie operują znakarze z PTTK Strzelin, straciły dla mnie trochę uroku właśnie dlatego, że wcześniej chodziłem tam bezszlakowo, a teraz taki szlak jest (przykładem jest żółty szlak z Głuszycy przez dolinę Potoku Marcowego Dużego i przez Soboń na Osówkę w Górach Sowich).
Z kolei na Pogórzu Izerskim problem jest odwrotny - po tym jak zakończył działalność Oddział PTTK Ziemi Lwóweckiej nikt nie zajmuje się tamtejszymi szlakami, co fatalnie wpływa na wędrówkę (lecz pozytywnie na rozwój własnych umiejętności terenoznawczych :wink: ). Miałem np. spore, a nawet olbrzymie problemy z orientacją wędrując niebieskim szlakiem na trasie Rębiszów-Lubomierz-Lwówek Śląski.
Przy okazji - przywołany "szlak SKPS" (nominalnie to chyba ścieżka edukacyjna?) też miejscami domaga się poprawy oznakowania (jakiś czas temu czytałem o jego odnawianiu przed paru laty). Co ciekawe - na portalu "Mapa Turystyczna" nie występuje on w postaci ciągłej - nie ma go tam w ogóle na odcinku od Kamieńca Ząbkowickiego aż po Stolec i od Szklar po Brodziszów. Ciekawe czemu tak jest :?:
Zresztą "MT" potrafi pokazywać miejscami nieprawdziwy/nieaktualny przebieg szlaku (np. ostatnio w Grodkowie właśnie)...

KrzysiekJ pisze:W przypadku turystów spoza Dolnego Śląska sytuacja jest jeszcze bardziej jaskrawa. Może ułamek promila jadących w kierunku Sudetów wdepnie na Gromnik czy zerknie na turystyczne szlakowskazy znajdujące się przy klasztorze w Henrykowie. Ale tylko spojrzy, bo wędrówki w stronę Nowoleskiej Kopy czy w kierunku Muszkowickiego Lasu Bukowego podejmie się już tylko promil z tego promila. Są to więc szlaki głównie dla turystów miejscowych (tzn. ze Strzelina, Ziębic, Kamieńca Ząbkowickiego, w miarę bliskiej Oławy i Brzegu) i dla wrocławian - i Ty zatem doskonale mieścisz się w tej statystycznej próbce. Akurat taka grupa nie zadepcze tego fragmentu Przedgórza Sudeckiego - ba, nawet nie przetrze szlaku biegnącego przez leśne chaszcze. Dlatego z mojego początkowego sceptycyzmu (takiego sprzed około dziesięciu lat) dzisiaj uważam, że fajnie, że te szlaki wyznakowano.

Myślę, że w grę wchodzą tutaj reguły tzw. turystyki masowej i Polacy na urlopach po prostu podążają za tłumem. Dlatego zamki Czocha czy Książ przeżywają najazd turystów - i to cały rok (bo są piękne, odbudowane, duże i znane), a koło ruin zamków w Rybnicy czy Starej Kamienicy raczej nie trzeba budować parkingu, bo najazd turystów im nie grozi...
Natomiast jeszcze inna rzecz jest dla mnie ciekawa. Sporo turystów, także spoza Dolnego Śląska, przyjeżdża w Sudety by przejść Główny Szlak Sudecki (lub jakąś jego część), natomiast np. na forach górskich nie spotkałem jeszcze (może niedokładnie szukałem?) relacji z przejścia sudeckiego odcinka szlaku E-3 (lub EB-E3 bądź MGSPE-B bo takie zapisy też są), a też jest on ciekawy. Przymierzam się do niego w sierpniu :)

KrzysiekJ pisze:PS. W Przewornie w Urzędzie Gminy pamiątki mają, chociaż większość z nich jest dostępna w Romanowie, w niewielkiej gminnej izbie muzealnej. Tak było jeszcze w ubiegłym roku. Jak jest dzisiaj, tego nie wiem.

Dzięki za informację, pewnie kiedyś ich odwiedzę :D


PS Mam też w planach (i to już niedługo) przejście z Grodkowa na Gromnik (też zielonym szlakiem), ale bez doktora Schellhammera :wink:
"Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka".

KrzysiekJ
podróżnik
Posty: 143
Rejestracja: 12-10-2013 19:12
Lokalizacja: Świebodzice

Re: Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: KrzysiekJ » 02-08-2019 17:25

Przypuszczam, że w XXI w. szlak niebieski, określany niegdyś jako wariant Głównego Szlaku Sudeckiego, zaś od poł. lat 80. sudecki polski odcinek Międzynarodowego Szlaku Przyjaźni "Eisenach-Budapeszt", przeszło więcej turystów niemieckich (zwłaszcza wywodzących się z dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej), niż turystów polskich. W Niemczech dostrzega się jakiś sentyment do dawnego E-B, są strony internetowe, wydawnictwa w postaci papierowej. Gdy przed czterema laty wędrowałem wraz z moją małżonką po Slanskych vrchach na Słowacji (przez te góry biegnie fragment słowackiego odcinka E-B), w zeszytach wystawionych na szczytach znaleźliśmy wiele wpisów piechurów niemieckich; żałuję dziś, że tych wpisów nie sfotografowałem.

A rzeczywiście szlak niebieski jest świetny, chociażby jego fragment biegnący przez Góry Kaczawskie. Zacytuję tu opis tego odcinka z ciągle znakomitego przewodnika Tadeusza Stecia "Sudety Zachodnie, t. I": "Jedna z najpiękniejszych tras, biegnąca przez wszystkie trzy grzbiety Gór Kaczawskich, słabo jednak zagospodarowana (brak restauracji i schronisk). Zabrać warnik i całodzienne wyżywienie". Słowa Stecia z 1965 r. są aktualne do dzisiaj. Szlak zupełnie niedoceniany, ale to dla ludzi szukających w górach ciszy chyba dobrze?

Kapitalny jest też fragment tego szlaku pomiędzy Zagórzem Śląskim a Przełęczą Walimską. Łąki ponad Glinnem i Michałkową z widokami na [tu wymienić można z setkę nazw topograficznych] to jeden z najpiękniejszych zakątków w Sudetach. I praktycznie zero turystów.

włodarz
obieżyświat
Posty: 613
Rejestracja: 22-07-2012 12:32
Lokalizacja: Góry Sowie

Re: Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: włodarz » 02-08-2019 18:59

Zastanawia mnie czy określenie utrzymywanie szlaku musi ograniczać się tylko do odnowienia znaków co jakiś czas? Może w takich rejonach jak Wzgórza Niemczańsko-Strzelińskie i podobnych to pojęcie należałoby rozszerzyć o dodatkowe działania? Na przykład użycie kosy? Bo trafiając latem na takie szlaki można się zniechęcić. (Wzgórza Lipowe, lipiec). (Dwa pierwsze zdjęcia ze strony https://spacernik.pl/).

Obrazek
Obrazek


Dla porównania, u naszych południowych sąsiadów, na ścieżce edukacyjnej w pobliżu małej wioski Mokřinky, w maju.
Obrazek
Ostatnio zmieniony 04-08-2019 15:57 przez włodarz, łącznie zmieniany 1 raz.

Leuthen
stary wyga
Posty: 1893
Rejestracja: 04-07-2011 09:14
Lokalizacja: Wrocław

Re: Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: Leuthen » 02-08-2019 19:57

KrzysiekJ pisze:W Niemczech dostrzega się jakiś sentyment do dawnego E-B, są strony internetowe, wydawnictwa w postaci papierowej.

Kilka lat temu nabyłem w kieleckim antykwariacie górskim stary (wydany w 1985 r.) przewodnik turystyczny autorstwa nieżyjącego już Zbigniewa Garbaczewskiego "Sudety. Jakuszyce - Boboszów. Międzynarodowy Górski Szlak Przyjaźni Eisenach - Budapeszt." Ten sam autor napisał też przewodnik po Głównym Szlaku Sudeckim (korzystałem z niego, gdy kilkanaście lat temu przechodziłem GSS) oraz przewodnik po Szlaku Zamków Piastowskich. O ile w bliższych nam czasach GSS doczekał się kolejnych przewodników (autorstwa Roberta Szewczyka i Waldemara Brygiera), to E-3 już nie... Ciekawe.

włodarz pisze:Zastanawia mnie czy określenie utrzymywanie szlaku musi ograniczać się tylko do odnowienia znaków co jakiś czas? Może w takich rejonach jak Wzgórza Niemczańsko-Strzelińskie i podobnych to pojęcie należałoby rozszerzyć o dodatkowe działania? Na przykład użycie kosy? Bo trafiając latem na takie szlaki można się zniechęcić. (Wzgórza Lipowe, lipiec). (Autorem zdjęć jest spacerowicz).

Kto był w Beskidzie Niskim, temu takie chaszcze niestraszne :D A tak serio - też bym chciał, żeby ktoś przeszedł się niektórymi szlakami z kosą spalinową (a czasem maczetą :wink: ), ale jakoś nie sądzę, by to pobożne życzenie miało się spełnić. Osobiście tylko raz widziałem delikwenta z kosą na szlaku - w Beskidzie Niskim właśnie. Wykaszał chaszcze wokół słupków granicznych, które malowała na nowo idąca za nim dwuosobowa ekipa :)
"Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka".

Awatar użytkownika
Krzysztof63
wędrowiec
Posty: 326
Rejestracja: 10-08-2013 11:18
Lokalizacja: Świdnica

Re: Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: Krzysztof63 » 02-08-2019 22:23

włodarz pisze: Na przykład użycie kosy?

W wielu wypadkach kosa to za mało, na zdjęciach widać chaszcze typowo antropogeniczne, trzeba by to kosić kilka razy w roku. Pytanie - kto miałby to zrobić i za co? Istnieją odcinki szlaków niemal martwe i nakład pracy fizycznej jest słabo uzasadniony. Ale z drugiej strony zły stan szlaków wpływa na ich śmierć turystyczną i to trochę błędne koło.

włodarz pisze:Dla porównania, u naszych południowych sąsiadów, na ścieżce edukacyjnej w pobliżu małej wioski Mokřinky, w maju.

Przejazd kosiarką po regularnie koszonej łące. Nakład pracy niewielki. Jednak szlaków w Czechach jest znacznie więcej i są lepiej utrzymane. Nie wiem, jak oni to robią.
Góry Sowie nie są tym, czym się wydają ...

włodarz
obieżyświat
Posty: 613
Rejestracja: 22-07-2012 12:32
Lokalizacja: Góry Sowie

Re: Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: włodarz » 03-08-2019 07:16

Prawdę mówiąc nie spodziewam się, że coś się zmieni w tym temacie. Pozostaje planować wędrowanie takimi szlakami wczesną wiosną, jesienią lub bezśnieżną zimą.

Dolnoślązak
stary wyga
Posty: 1942
Rejestracja: 13-06-2008 12:39
Lokalizacja: Wrocław

Re: Z Grodkowa do Ziębic

Postautor: Dolnoślązak » 03-08-2019 22:46

Ok, przeczytałem. To teraz dawaj foty :mrgreen:


Wróć do „Relacje z wypraw”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości