Ostatnimi czasy coraz bardziej interesują mnie tereny na pograniczu nizin i Przedgórza Sudeckiego. W lipcu odbyłem dwie takie wędrówki: najpierw z Jordanowa Śląskiego do Strzelina niebieskim szlakiem (21,5 km w 3,5 godz.), a następnie, pod koniec miesiąca, z Grodkowa do Ziębic szlakiem zielonym. Obie trasy wypatrzyłem na portalu internetowym „Mapa Turystyczna”. Bez dalszych zbędnych przydługich wyjaśnień: 30 lipca przed godziną 8 rano wsiadłem do pociągu do Opola. Wysiadłem w Brzegu i po raz pierwszy w życiu udałem się na tamtejszy peron II (zawsze korzystałem tylko z I
Gdy dochodziła godzina 9.40, na horyzoncie zobaczyłem znajomą wieżę grodkowskiego kościoła św. Michała Archanioła, a także wieżę tamtejszego ratusza i jednej z bram miejskich. O 9.41 wysiadłem na stacji w Grodkowie.
W tym momencie chciałbym napisać, że wędrówka do Ziębic przebiegała najpierw przez ulice Grodkowa, później głównie drogami wśród pól, a czasem także w lesie, że przeszedłem przez kilka wiosek, że czasem widziałem w oddali wieże kościołów w okolicznych wioskach, że teren stopniowo się podnosił i przechodziłem też przez łagodne wzgórza, że słońce było za chmurami ale czasem też świeciło, że dwa razy spadł deszcz, że doszedłem do Ziębic, wsiadłem w pociąg do Wrocławia i bardzo dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie mojej relacji, bo to już jej koniec. Ale tak nie będzie! Bowiem pewien Mądry Ktoś stwierdził kiedyś, że "CZASEM TRZEBA ZROBIĆ DUŻO WIĘCEJ NIŻ BY SIĘ CHCIAŁO". Zatem dorzucę jeszcze kilka szczegółów
W Grodkowie wysiadło ze mną kilka osób. Opuściwszy teren dworca PKP przeszedłem przez znajdujący się przed nim lokalny dworzec autobusowy i udałem się w lewo ulicą Warszawską, gdzie wkrótce ujrzałem znaki szlaku żółtego oraz bardziej mnie interesujące – zielonego.
Dygresja nr 1
Przebieg zielonego szlaku na trasie, którą miałem podążać, znany był mi tylko orientacyjnie, ponieważ nie dysponowałem mapą, która pokazywałaby cały jego przebieg. W plecaku miałem dwie mapy, z których jedna („Euroregion Pradziad. Gminy Grodków, Skoroszyce, Kamiennik, Pakosławice, Olszanka, Powiat Brzeski”) obejmowała niemal całą dzisiejszą trasę, ale nie miała naniesionego mojego szlaku, gdyż była zbyt stara (co najmniej sprzed 8 lat – otrzymałem ją w komplecie z innymi na I rajdzie Prudnik-Pradziad w 2011 r.) i najwyraźniej wtedy jeszcze tego szlaku nie było. Z kolei „Gmina Ziębice” (wydanie z 2015 r.) szlak pokazywała, ale tylko ostatni jego odcinek (jakieś 1/3 całości). Resztę starałem się zapamiętać z portalu „mapa turystyczna”, gdyż mając tak archaiczny jak ja telefon komórkowy nie ma się dostępu do internetu w trasie
Dodam, że ten sposób wędrowania sprawdził się na wzmiankowanej poprzednio wędrówce z Jordanowa do Strzelina, gdzie w ogóle nie miałem żadnej mapy. Zdał on egzamin dlatego, że tamten szlak był dobrze oznakowany (co nie zawsze i nie wszędzie ma miejsce). Trzeba było liczyć na to, że z zielonym z Grodkowa będzie tak samo. Wierzyłem, że PTTK Strzelin nie poskąpił na farby i pędzel
Koniec dygresji nr 1
Nie uszedłem daleko zielonym szlakiem, gdy po prawej stronie ulicy Warszawskiej pojawił się budynek oznaczony numerem 29. Wiedziałem, że tam będzie i rozglądałem się za nim, ponieważ miałem zamiar wejść do środka. Przy Warszawskiej 29 w Grodkowie mieści się tamtejszy magistrat.
Dygresja nr 2
Ludzie mają różne hobby. Nie pora je tu wyliczać. Ja od pewnego czasu mam takie, że jeśli podczas wędrówki odbywanej w dzień roboczy trafiam do miejscowości będącej siedzibą urzędu gminy lub urzędu miasta, to udaję się tam i jeśli trafiam akurat na godziny otwarcia, szukam pokoju w którym urzęduje osoba odpowiedzialna za promocję danej gminy i miasta. A po co? Aby uzyskać materiały promocyjne i/lub gadżety
Koniec dygresji nr 2
Jeszcze we Wrocławiu sprawdziłem w BIP, gdzie znajduje się „promocyjny” pokój. Nr 38a, pani inspektor Dorota Zawadzka.
Marsz na drugie piętro po schodach, skręt w korytarz. Pokój 38 i 38a w jednym. Voila!
Drzwi są otwarte. Wchodzę i staję za ladą. Dwie urzędniczki zza biurek i komputerów przyglądają mi się uważnie.
- Dzień dobry! Szukam pani Doroty Zawadzkiej – zagajam.
- Dzień dobry. Nie ma jej. Jest na urlopie – słyszę w odpowiedzi.
No i „plan z mapą i pocztówkami” zaczyna się sypać…
Nie daję jednak za wygraną, a mając doświadczenie z pracą w urzędzie miasta, pytam dalej.
- A czy ktoś ją zastępuje?
- A o jaką sprawę chodzi? [podobno to nieładnie odpowiadać pytaniem na pytanie]
- O materiały promocyjne Grodkowa.
- Nie mamy klucza do pokoju koleżanki. Niech pan przyjdzie w poniedziałek [aktualnie jest wtorek], gdy wróci z urlopu.
Wyjaśniam, że jako turysta jestem tu przejazdem i raczej do poniedziałku nie zaczekam. Dziękuję zatem za informacje (moje pocztówki
- Mogę dać panu długopis.
Achtung! Kapitanie, cała wstecz
Jestem z powrotem przy ladzie i mówię:
- Bardzo chętnie wezmę ten długopis.
Pani zza biurka po prawej wręcza mi czerwony długopis. Jeszcze raz dziękuję, jeszcze raz mówię „do widzenia” i wychodzę. Chowam długopis do plecaka, obiecując sobie w duchu, że mą drogocenną zdobycz obejrzę dopiero w domu.
Dygresja nr 3
Grodków przebił tym samym urząd gminy Dobromierz, gdzie rok temu wiosną wyszedłem z budynku ratusza jedynie z długopisem i mapą „Księstwo Świdnicko-Jaworskie”. Cóż, „ubogo ale chędogo”. Wówczas w Dobromierzu sama pani sekretarz gminy osobiście schodziła (też z II piętra) na portiernię po klucz do pokoju osoby odpowiedzialnej za promocję gminy (bo ta osoba też była urlopie), by szukać dla mnie gadżetów. „Z pustego i Salomon nie naleje”, niemniej doceniłem starania (choć chciało mi się wtedy śmiać, tym bardziej że siedząc pod drzwiami słyszałem odgłosy gwałtownych poszukiwań – szurania w otwieranych szufladach i szafkach, a trwało to tyle, że miałem nadzieję na całą torbę „fantów”).
Koniec dygresji nr 3
Faktycznie, nazajutrz wyciągnąłem z kieszeni plecaka czerwony długopis. Widnieje na nim napis: „GRODKÓW – będziesz tu wracał”. Zabrzmiało to dla mnie trochę jak dewiza zakładu karnego dla recydywistów
Skierowałem się ku wyjściu z urzędu. Ostatnią szansą była grodkowska poczta, położona niedaleko magistratu na rogu Warszawskiej i Słowackiego. Jak się okazało, o pocztówkach z Grodkowem to tam nie słyszeli, więc tylko kupiłem na przyszłość znaczki…
Dalej, łukowato wygiętą wzdłuż dawnych murów miejskich ulicą Kasztanową, by odbić w prawo w uliczkę Szkolną. W ten sposób dotarłem w okolice ronda, gdzie strzałka nakazywała skręt w prawo, nie bardzo jednak wiedziałem, w którą z dwu ulic. Wybrałem ulicę Kościuszki i to był dobry wybór. Przy okazji – jak będziecie szukać w Grodkowie „Biedronki”, to jest właśnie przy Kościuszki (druga przy Grunwaldzkiej w północnej części miasta)
Tak oto wyruszyłem na południowy-zachód mijając domki jednorodzinne i boczne uliczki. Za skrzyżowaniem z Żeromskiego, kończył się teren zabudowany i utwardzona droga, która zamieniła się w polną, a prowadziła prosto w stronę wysokiego nasypu. Po chwili okazało się, że to wiadukt nad linią kolejową w stronę Nysy. Wiadukt na obwodnicy Grodkowa.
Dygresja nr 4
Mili państwo! Od wydania mapy „Euroregion Pradziad”, którą dysponowałem, (przypomnijmy – rok 2011 lub wcześniej) 9-tysięczny Grodków dorobił się obwodnicy z prawdziwego zdarzenia, która wyprowadziła z miasta ruch tranzytowy od strony Nysy i Brzegu. W moim umiłowanym mieście rodzinnym od lat kilkunastu powstaje Wschodnia Obwodnica Wrocławia, która ma liczyć 40 kilometrów. Pierwszy jej odcinek oddano do użytku w 2007 r., a aktualnie istnieje coś koło połowy planowanej trasy (na dniach podpisano umowę na kolejny 2,5-km fragment). 10-kilometrowy odcinek Łany-Długołęka miał być budowany (umowa podpisana) od jesieni zeszłego roku, ale póki co na placu budowy nic się nie dzieje. Co za tempo
Koniec dygresji nr 4
Nasyp prosto na mojej drodze. Mam się na niego wspinać i przeskakiwać jezdnię między pędzącymi samochodami czy skręcić w prawo idąc wzdłuż nasypu i przejść go dołem po torach linii kolejowej na Nysę
Dygresja nr 5
Nie należę do osób o „koszykarskim” czy „siatkarskim” wzroście, ale niski też nie jestem. To, przed czym stałem, to raczej wybetonowany przepust na wodę albo tunel na placu zabaw dla dzieci, a nie przejście dla dorosłego człowieka. Jeden metr wysokości. Już raz widziałem taki „przełaz”, na „Tropicielu” w Miękini (trasa na most przez Odrę w Brzegu Dolnym) i dziękowałem niebiosom że nie musieliśmy (nasza drużyna na „Tropicielu”) przeciskać się tamtędy z naszymi rowerami (trasa rowerowa 40-km), choć zapewne wielu drużyn to robiło. Czy to cud polskiej myśli technicznej, czy dopasowanie przejścia pod drogą dla dzikiej zwierzyny do potrzeb ludzkich
Koniec dygresji nr 5
Znak zielonego szlaku namalowany nad progiem niskiego tunelu jednoznacznie wskazuje dalszą drogę. Hamletyzowanie nic tu nie pomoże. Zginam się jak pałąk i jazda. W środku dosyć ciemno. Podłoże wysypane grysem. Walają się śmieci, a ja mam nadzieję, że nikt nie urządził tu sobie toalety… Plecak trze o niski strop. Krok za krokiem. Droga pokory. Wreszcie koniec. Jak miło wyprostować kręgosłup!
I znów pojawia się polna droga, przerwana brutalnie nasypem wiaduktu. Wkrótce przecina ona tory do Nysy i biegnie dalej, wśród pól, oddalając się od murów Grodkowa i biegnąc w stronę Ziębic. Nią właśnie podążałem…
Dygresja nr 6
Clay Blair, „Ciche zwycięstwo. Amerykańska wojna podwodna przeciw Japonii”, Warszawa 2001, strona 829: „Każdy patrol bojowy znajduje swoje odzwierciedlenie w raporcie, który po powrocie składa dowódca okrętu podwodnego. […] Raporty z nich zawierają szczegółowy, prowadzony dzień po dniu zapis najważniejszych wydarzeń na pokładzie. W wielu przypadkach dołączono do nich także mapy z trasą patrolu, suplementy, w których opisano ataki torpedowe, awarie mechanizmów, zauważone po drodze jednostki pływające i samoloty, stan pogody i inne wiadomości, które uznano za ważne i warte zachowania.”
W trakcie mojego „patrolu” nie zauważyłem statków ani okrętów wroga, nie dostrzegłem wrażych samolotów, ale chciałbym napisać coś o pogodzie, bo miała ona wpływ na wędrówkę. Otóż od rana było szaro, tak jakby zanosiło się na deszcz. Temperatura była optymalna do wędrówki. Gdy wysiadłem w Grodkowie, widać było, że krótko wcześniej dość intensywnie tam padało. Polna droga, którą teraz podążałem, była mokra. Cieszyło mnie to, gdyż unikałem w ten sposób pyłu, który w skwarne dni podnosiłby się przy każdym kroku. Na zupełnie odkrytej przestrzeni słońce paliłoby niemiłosiernie, a teraz było schowane za chmurami. Polna droga jednak polnej drodze nierówna. Początkowo była na całej szerokości niezarośnięta, miejscami błotnista, później zamieniła się w dwa wyjeżdżone ślady o niezbyt szerokim rozstawie, porośnięte po bokach i w środku trawą i gdzieniegdzie przetykane kałużami. Na wędrówkę zabrałem buty „półtrekingowe” i trochę się bałem, czy w trawie nie przemoczę ich już na starcie. Póki co dawały radę.
Koniec dygresji nr 6
Idąc rozglądałem się wokół. Typowo rolniczy krajobraz. Zapach mokrych ściernisk (żniwa w toku) i pola jeszcze nieskoszonych zbóż.
Zaczęły pojawiać się rosnące przy mej drodze pojedyncze drzewa, a z przodu można już było dostrzec pierwsze zabudowania wsi Żarów. Szlak nie wchodził do niej, omijając od zachodu większość zabudowań. Minąłem tylko pojedynczy budynek z prawej, zostawiając całą resztę po lewej i kontynuowałem bez zatrzymania marsz.
Niebawem droga stała się znacznie bardziej zarośnięta trawą i wiodła wśród krzaków, chaszczy i drzew. Znów obawa o stan suchości butów, tym bardziej że dystans do przejścia pozostawał spory: zielonym szlakiem z dworca grodkowskiego na ziębicki jest 35 kilometrów.
Na szczęście z tej małej dżungli wyszedłem na skrzyżowaniu polnych dróg, gdzie ta moja zamieniała się w szeroką i utwardzoną „autostradę” bez trawy. Butom nie groziła już powódź! W oddali pojawiła się sylwetka kościoła i pierwsze zabudowania Starowic Dolnych. Tam właśnie teraz zmierzałem. Prosta jak strzelił droga prowadziła. Wystarczyło włączyć autopilota:)
W trakcie wędrówki między Grodkowem a Starowicami Dolnymi pogoda zaczęła się zmieniać. Na początku widziałem na południu spotęgowaną szarość – ewidentny dowód na opady. Stopniowo jednak na północy dało się zobaczyć fragmenty niebieskiego nieba. Wiatr spychał chmury na południe. Dochodząc do Starowic Dolnych widziałem po swojej prawej stronie pola oświetlone już słońcem, które wyglądało zza chmur. Nim doszedłem do zabudowań, moja droga znalazła się także w blasku słonecznych promieni.
Minąłem pierwsze zabudowania. Szlak skręcał z polnej drogi na asfaltową w prawo. Punktualnie o 11 dotarłem na przystanek autobusowy, gdzie urządziłem pierwszy, trwający 10 minut postój. Drugie śniadanie, woda z sokiem, a przede wszystkim wietrzenie stóp… Pot kapał z czoła na wyjętą z plecaka mapę.
Do Starowic przebieg szlaku był dość oczywisty i pamiętałem go dobrze z „Mapy Turystycznej”, gdyż biegł prosto. Także dalszy odcinek, do kolejnej wsi, był jednoznaczny. Po postoju ruszyłem przez Starowice. Minąłem kościół, rezygnując z podejścia doń i dotarłem do szlakowskazów na skraju wsi. Znajdowałem się na wysokości 184 m n.p.m., całe 10 metrów wyżej niż stacja kolejowa w Grodkowie. Według informacji na tabliczce do kolejnej miejscowości - Strzegowa - było stąd 45 minut marszu, powinienem więc dotrzeć tam dokładnie w południe. Jednakże tabliczka wskazująca kierunek przeciwny mówiła, że do Grodkowa PKP jest 1 h 45 min marszu, a ja dotarłem tu o 30 minut szybciej. Czyli wyprzedzałem harmonogram i tak mogło być z dalszymi odcinkami. Na to właśnie liczyłem. Po skręcie z głównej drogi w boczną (choć wciąż wyasfaltowaną) minąłem po lewej staw, na który spoglądał z cokołu pomnika św. Jan Nepomucen, minąłem po prawej pastwisko z krowami, a potem – gdy skończył się już asfalt - lekko wznoszącą się drogą polną poszedłem prosto. Po prawej las, po lewej las, między lasami a drogą polą. Z przodu po lewej wystawała nad pole wieża (zapewne kościoła w Kobieli). Słońce świeciło, ale niezbyt mocno. Pod koniec wszedłem w malowniczy zielony tunel, które tworzyły wysokie krzewy (drzewa?) i już wyszedłem na asfaltową drogę na wschód od Strzegowa. Kilkaset metrów dalej wszedłem między pierwsze zabudowania tej wsi. Krzyżuje się w niej pięć dróg i właśnie przy tym skrzyżowaniu moją uwagę zwrócił przewrócony monument. Cokół stał, góra była obalona. Na widocznej stronie nie było żadnych napisów. Czyżby pomnik poświęcony poległym w I wojnie światowej mieszkańcom. Zaraz za pomnikiem małe podniesienie terenu i ogrodzenie. Bramka, a przez nią widać kaplicę. Wszedłem z ciekawości. Dawny cmentarz niemieckich mieszkańców, choć nagrobków niewiele ocalało. Co ciekawe – na prawo od kaplicy stały rzędy ławek przed „polowym” ołtarzem.
Obok pagórka – rozstajne drogi, na środku słup, na słupie drogowskazy szlaku. Obecna wysokość – 227 metrów n.p.m. To już, panie, nie w kij dmuchał
Do południa brakowało jeszcze sporo (nie szedłem 45 minut!), a ja poszedłem drogą asfaltową w stronę Bogdanowa. Minął mnie bus, który widziałem na rozkładzie w Starowicach, minęło kilka samochodów i rolniczy ciągnik. Po lewej zamajaczyła w oddali kolejna kościelna wieża. Gdy doszedłem do ściany lasu, znaki nakazały odbicie w prawo. W ten sposób, idąc leśną drogą na zachód, zbliżałem się do wsi Rogów. Jednocześnie znów zaczął się test na nieprzemakalność butów. Ponadto – jak to w lesie- fauna latająca (z rodzaju brzęczącego) wykazywała znaczne zainteresowanie moją osobą (bez wzajemności).
Tak minęło południe, gdy dotarłem znów do asfaltu. Przed sobą widziałem zabudowania Rogowa, ale znaki nakazywały skręt w lewo. Marsz przez las, blisko jego skraju i zakręt w prawo. Teraz już naprawdę wchodziłem do wsi. Po lewej widziałem coś jakby wieżę pałacu. Znów słup ze szlakowskazami. Następny przystanek: Samborowice 15 min.
Szlak robi tu pętlę. Na chwilę zszedłem z polnej drogi i podążałem równolegle ścierniskiem, gdyż droga była mocno zarośnięta, a na ściernisku nie musiałem aż tak wysoko podnosić stóp (ekonomia sił w marszu). Wtedy dostrzegłem koło kępy przydrożnych zarośli ludzką sylwetkę, która jednak po chwili zniknęła. Wszedłem z powrotem na drogę, którą otaczały wspomniane zarośla. Po chwili na drodze, za zakrętem, zobaczyłem kota. Leżał na boku, z otwartymi oczami. Martwy. Muchy już krzątały się wokół. Minąłem to miejsce i wyszedłem z zarośniętego odcinka. Wówczas na lewo od drogi zobaczyłem opartego o rower gościa. Słowo daję – gębę miał taką, że nie chciałbym spotkać się z nim w ustronnym miejscu po zachodzie słońca. Popatrzyliśmy na siebie bez słowa, a ja nie zatrzymując się poszedłem dalej. Czy on i ten kot…
Polna droga skręcała w prawo do Samborowic. Na ich wschodnim skraju minąłem krzyż i wiejską uliczką przeszedłem przez tą niewielką miejscowość, idąc przez chwilę wzdłuż muru otaczającego pałac i przypałacowy park. Rozglądałem się za miejscem na postój. Ponieważ żadne z mijanych mi nie odpowiadało, szedłem dalej. Znów wyszedłem na rozległe pola. Było to już przedpole Wzgórz Wawrzyszewsko-Szklarskich. Droga biegła w pełnym słońcu na południowy-zachód. Dochodziła trzecia godzina wędrówki i była to najwyższa pora na postój. Zatrzymałem się tuż przed wejściem w las, przy platformie myśliwskiej opartej o drzewo. Znów wietrzenie stóp, woda z sokiem. I jakieś widoki. Choć Samborowice skryły się już za terenowym fałdem.
Dygresja nr 7: jak rozświetlić mroki średniowiecza (na przykładzie biskupa)?
Podczas tej wędrówki poruszałem się nie tylko na styku nizin i przedgórza, szedłem również przez pogranicze dwóch województw: dolnośląskiego i opolskiego. Co ciekawe, w miejscu gdzie stykają się te dwa województwa, do dziś stoi kilka biskupich słupów granicznych (jeden z nich minąłem w odległości ok. 1,5 km, gdyż znajduje się na południe od Samborowic). To Granica św. Jana, wyznaczona pod koniec XIII wieku po sporze między księciem Henrykiem Probusem a biskupem wrocławskim Tomaszem II. Słupy wyznaczały granicę tzw. Księstwa Biskupiego. Od tego czasu biskup wrocławski był „XB” czyli książę biskup
Pierwszym XBW (księciem biskupem wrocławskim) z prawdziwego zdarzenia był Heinrich von Würben czyli Henryk z Wierzbna, rządzący biskupstwem w latach 1302-1319. Ksiądz profesor Józef Pater w swojej książce „Z dziejów wrocławskiego Kościoła” (Wrocław 1997) w rozdziale o „złotym wieku” biskupstwa (lata 1301-1376) stwierdza, że bp Henryk z Wierzbna „był znakomitym i energicznym organizatorem pracy kościelnej” i wylicza szereg jego zasług.O jednej się zanadto nie rozpisał… Mówi się czasem o mrokach średniowiecza. Biskup Henryk miał swoją metodę na ich rozświetlenie. Z jego to inicjatywy powołano na Śląsku w 1315 r. trybunał inkwizycyjny, który wydawał także wyroki śmierci na heretykach poprzez spalenie na stosie. Koncepcją biskupa było śledztwo, wskutek którego na stosach we Wrocławiu, Świdnicy i Nysie spłonęło 50 waldensów. Słupy ognia wskazywały pozostałym owieczkom jedynie słuszną drogę wśród nocy do owczarni Pana…
Koniec dygresji nr 7
Ok. godziny 13 postój dobiegł końca. Dalsza droga wiodła przez las pod górę, później przez dużą polanę między lasami, gdzie po prawej w oddali widziałem zabudowania Mokrzyc (co ciekawe, wcześniej w ogóle nie widziałem miejsca, gdzie do zielonego dobijał – kończąc się - szlak żółty, od strony Jagielna i Przeworna). Droga w słońcu, znów wokół pola, a pod nogami piach naniesiony opadami deszczu (widać było, jak woda szorowała tędy w czasie opadów), w którymi miejscami zapadały się buty.
Pod górę, pod górę, i znówlas. Wreszcie kulminacja i zejście do szerokiej, choć bardzo rozjeżdżonej leśnej drogi (sterty drewna – i wyjaśnia się przyczyna stanu drogi). Nieświadomie przeszedłem przez miejsce, gdzie niegdyś były tory kolejowe linii z Przeworna na południe (linia rozebrana) i wchodziłem już między zabudowania wsi Szklary. Po lewej na wzniesieniu dominował kościół św. Michała Archanioła, a zabudowa wokół niego świadczyła, że parafia była w dawnych wiekach ponad miarę zasobna.
Wąską drogą asfaltową wśród domów dotarłem do mostu na potoku Krynka i przeszedłem na jego lewy brzeg, gdzie zaraz przy głównej drodze na słupie wisiały kolejne kierunkowskazy szlaku. Dalsza droga wiodła na zachód, na zbocze doliny Krynki. Pełne słońce, a drzew nie za dużo. Gdy oglądałem się w tył, pięknie prezentował się położony na przeciwległym zboczu doliny szklarski kościół, wystający jakby wprost z lasu. Jednakże dużo większe wrażenie zrobił na mnie widok Wzgórz Strzelińskich z miejsca, gdzie szlak skręcał na południe. Nigdy nie oglądałem ich z tej perspektywy. To trzeba zobaczyć!
A zaraz za skrętem drogi z zachodu na południe (ok. kilometr na północ stamtąd stoi kolejny z sześciu zachowanych słupów Granicy Św. Jana) wszedłem do Biskupiego Lasu.
Dygresja nr 8
Trwająca około godziny wędrówka przez Biskupi Las stanowi jedno z najciekawszych przeżyć z opisywanej wyprawy. Jego nazwa wzięła się stąd, że tereny te stanowiły własność biskupa wrocławskiego (patrz: Granica Św. Jana). Tylko raz czułem się podobnie jak teraz, że wędruję przez taki „odwieczny” las. Poprzednio było to w Lesie Bukowym koło Henrykowa. Może dla innych las to las, ale ten naprawdę ma w sobie coś niesamowitego…
Koniec dygresji nr 8
Przy węźle szlaków Biskupi Las wschód, do którego dotarłem o godzinie 14.10, urządziłem sobie postój na stercie ściętego drewna. Chyba byłem trochę odwodniony, bo bułka, którą jadłem, wydawała się być sucha jak trociny (a w rzeczywistości taka nie była) i nie mogłem jej przełknąć, póki nie popiłem solidną ilością wody z sokiem. Był to też najdłuższy postój na trasie – ponad 20 minut. W nogach miałem już 24,5 km trasy, a szedłem tu niecałe 4,5 godziny.
Po postoju (rozruch był ciężki…) ruszyłem dalej, docierając niebawem do leśniczówki Wilemowice (po drodze starając się nie zgarniać na twarz pajęczyn, którymi pająki obficie połączyły drzewa na szlaku), skąd powędrowałem do węzła Biskupi Las zachód (las bynajmniej nie jest płaski, idzie się raz w górę, raz w dół, ale czasem też poziomo
Kawałek za tym węzłem szlaków szlak opuszcza Biskupi Las. Stanąłem przed polem kukurydzy i pytaniem co dalej. Aby myślało mi się lepiej, wdrapałem się na stojącą w tym miejscu myśliwską ambonę, na której zrobiłem postój. Wszedłem już na teren, który obejmowała moja mapa „Gmina Ziębice” z zaznaczonym przebiegiem szlaku. Analizując mapę i porównując z terenem wychodziło, że należy wejść prosto w pole, w ślad zostawiony przez ciągnik. Jednakże oznakowanie szlaku – znaki na dwu nogach ambony i ich umieszczenie – sugerowały marsz wzdłuż pola skrajem lasu, a potem (domyślnie) skręt w lewo. Z ambony można było dostrzec niewielki jar w polu kukurydzy, gdzie mogła rzeczywiście biec droga. Wyglądało, że to właśnie znakarz miał na myśli. Poszedłem skrajem pola. I to był mój błąd…
Ledwie ruszyłem, zaczął padać deszcz. Wyjąłem pokrowiec i nałożyłem go na plecak, wyciągnąłem także i otworzyłem parasol. Ledwie to zrobiłem i ruszyłem, deszcz ustał. Nie chciało mi się z powrotem wkładać rzeczy do plecaka, szedłem więc dalej ze złożoną parasolką.
W zaobserwowanym jarze nie było śladu po spodziewanej drodze. Nie miałem ochoty wracać pod górę z powrotem do ambony i stwierdziłem, że w tym miejscu (kukurydza była tu niższa i rzadziej posadzona) skręcę w lewo i jakoś dojdę do drogi „przecinkowej” od ambony.
Początkowo istotnie szło się fajnie, ale potem kukurydza „urosła” i zrobiło się gęsto. Znalazłem „tunel” między rzędami, ale jego dnem płynęła niedawno rzeka poopadowa, było tak więc grząsko. Zapadałem się w błocie, które lepiło się do butów i modliłem się, by ten odcinek skończył się jak najprędzej. Zamiast tego zrobiło się jeszcze gęściej, a będąc w zagłębieniu nie było jak zorientować się w położeniu. Udało mi się jakoś dobrnąć do skraju pola torując sobie drogę parasolem i idąc nim trafić wreszcie na drogę, po której biegł szlak. Buty jednak miałem jak po „Tropicielu”…
Obejrzałem się za siebie. Biskupi Las był dobrze widoczny, podobnie jak myśliwska ambona, na której podjąłem niefortunną decyzję. Jednakże przede mną był Dębowiec – ostatnia wieś przed Ziębicami, a na dodatek najwyżej położony punkt na trasie tego dnia (całe 276 m n.p.m.). Gdy doszedłem do boiska na północnym skraju wioski, zrobiłem tylko krótką przerwę na picie i ruszyłem dalej.
Już na ambonie dochodziły mnie grzmiące odgłosy. Gdy dotarłem do skrzyżowania dróg w Dębowcu (szlakowskaz na słupie), zobaczyłem potężną burzową chmurę, którą zachodni wiatr spychał prosto w moją stronę. Kurtyna deszczu była widoczna w odległości kilku kilometrów przede mną. Głupio tak zmoknąć na samym finiszu wędrówki (że o trafieniu przez piorun nie wspomnę), ruszyłem więc energicznie, poganiany silnymi podmuchami wiatru i odgłosem kolejnych grzmotów.
Na szczęście droga z Dębowca opadała do Ziębic, szło się więc łatwiej i szybciej. Gdy minąłem tablicę z nazwą „Ziębice”, zaczęło dość mocno podać. Znów pokrowiec i parasol były w akcji. Nie popadało jednak za długo, a burza przeszła bokiem. Ufff…
W pewnym momencie szlak zielony odbijał z drogi Dębowiec-Ziębice, by przez wschodnią i północną część miasta dotrzeć do ziębickiej stacji PKP. Ja jednak już od początku nastawiłem się na wizytę w rynku, by spróbować nabyć pocztówki dla znajomych w ziębickim muzeum mieszczącym się w ratuszu oraz napić się piwa. Z wyliczeń dokonanych jeszcze na postoju w Biskupim Lesie wynikało, że zdążę na pociąg o 17.48 i będę miał ok. godziny czasu na przerwę. Poszedłem więc prosto ulicą Gliwicką do rynku, mijając Park Miejski z figurami dinozaurów (taki lokalny „Jurassic Park”
Muzeum okazało się być czynne do 16, a mi dotarcie na rynek zajęło 6 h 55 min. Jak łatwo obliczyć, drzwi zastałem zamknięte. Cóż, pech.
Na szczęście otwarta była Restauracja Rynkowa. Przyznam, że wolę w Ziębicach Restaurację Ratuszową, ale w niej nie mają czeskiego piwa, a położona naprzeciwko ratusza Rynkowa serwuje lanego jasnego Kozela.
Kupiłem więc porcję w dużym kuflu i poszedłem do stolika na zewnątrz, bo w środku był zaduch. Przyznam, że miałem problem, żeby się odessać, gdy już zacząłem pić. Odwodnienie dało o sobie znać… W międzyczasie wysyłałem esemesy do znajomych, a przy stoliku obok usiadła starsza już wiekiem mieszkanka pobliskiej kamienicy, z którą zacząłem konwersację. Dowiedziałem się, że Ziębice to ogólnie „wiocha” i „dziadostwo”, że tynk się sypie z kamienic w rynku itd. Pocieszałem panią, że we Wrocławiu też nie jest różowo (czemu nie wspomniałem o dwumilionowej populacji szczurów?). W międzyczasie poszedłem po drugie piwo, które piłem w rozsądniejszym już tempie. W pobliżu walnął potężnie piorun, potem grzmiało, esemesy szły w eter, rozmowa z panią trwała dalej, potężny podmuch wiatru przewrócił na moim stoliku stojak z serwatkami, które poszybowały w dal, padał deszcz, nie padało, i raz jeszcze lunął deszcz, by wkrótce przestać. Tak oto zbliżała się godzina, gdy trzeba było ruszyć na pobliski dworzec, do którego z rynku jest około kilometra. Pożegnałem się więc z sympatyczną starszą panią żegnany życzeniem szczęśliwej podróży. Droga na stację wiodła obok poczty, na którą wstąpiłem żywiąc złudną w gruncie rzeczy nadzieję, że są tam kartki z Ziębicami. Wyszedłem w sumie niezbyt zawiedziony. Gdy u zbiegu ulic Kolejowej i Chrobrego skręcałem w stronę stacji, znów zaczęło padać. Parasol miałem jednak pod ręką. Wszedłem do budynku stacji, a widząc, że kasa w poczekalni nie działa (bo w Strzelinie na ten przykład działa!) udałem się na peron, na którym stał akurat pociąg Wrocław-Kudowa, a właśnie wjeżdżał… do Wrocławia. Jeden skok przez ulewę spod peronowej wiaty do otwierających się drzwi i po nabyciu u konduktora biletu można było rozsiąść się z tyłu składu i obserwować potoki wody lejące się z nieba, które nie dopadły mnie na szlaku. A we Wrocławiu posiedzieć w tramwaju i pomyśleć, że mieszkańcy Ziębic nie muszą narzekać na tramwaj stojący z powodu braku prądu


