12 października 2019
Start następuje o godzinie 9.03 (pociąg Regio spóźnił się o 5 minut) ze stacji kolejowej Biały Kościół. Marsz brukowaną drogą wzdłuż linii kolejowej na południe,

aż do przejazdu kolejowego, gdzie następuje przekroczenie torów i c.d. marszu - dobrze znaną drogą dojazdową od kamieniołomu Gębczyce – aż do mostu na rzece Oławie.

Oława! Ta rzeka to jeden z czterech dopływów Odry wpadających do niej na terenie Wrocławia (w pobliżu Mostu Grunwaldzkiego). W miejscu, do którego dotarłem, to raczej rzeczka – o mocno zarośniętym korycie.

Przed mostem żółty szlak skręca i rusza na południe wzdłuż lewego (zachodniego) brzegu Oławy. O poranku trawa porastająca polną drogę, którą się przemieszczam, jest mokra od rosy, ale moje „półbuty trekkingowe” dają radę. Polecam uwadze produkty firmy Regatta (audycja zawiera lokowanie produktu
Docieram jednak bez odskakiwania na bok przed pędzącym składem na przejazd ze znajomymi żółtymi znakami i dalej już polną drogą bez trawy wśród pól dochodzę do wsi Kazanów. Mijam zabudowania czegoś na kształt dawnego folwarku i asfaltową szosą dochodzę do drogi „395” Wrocław-Strzelin-Ziębice.
Ruch nie jest duży, przechodzę bez problemu. Polna droga wyprowadza ze wsi w stronę widocznych na horyzoncie Wzgórz Lipowych, po których nigdy do tej pory nigdy nie chodziłem.

No i się zaczyna! Co? Wiatr
Sprawdzając prognozę pogody na ten dzień widziałem, że na terenie, przez który będę wędrował, może wiać w porywach 60-70 km/h. Ale w porywach. A na odkrytym terenie ponad Kazanowem wieje tak bez przerwy. No daje słowo – chciało urwać głowę! A tu niebo niebieskie, słońce świeci… Moja ś.p. Babcia mawiała, że jak tak silnie wieje, to ktoś się powiesił.
Wędruję na zachód, patrząc jednak od czasu do czasu na południe, gdzie znad falistych pól widać Sudety, a czasem także oglądam się za siebie, w kierunku wschodnim, gdzie oddalają się coraz bardziej Wzgórza Strzelińskie, z dobrze widoczną i wyróżniającą się z otoczenia Nowoleską Kopą.
Krok za krokiem zbliżam się do Wzgórz Lipowych oraz drzew rosnących przy drodze Biały Kościół-Ciepłowody. A na tej drodze ruch jak na A4. Całe sznury aut. No nie wierzę!
W końcu docieram do tej drogi. Drzewa nabierają już jesiennych barw.

Starając się schodzić z asfaltu, gdy tylko coś z naprzeciwka nadjeżdża (bo auta się mijają) wchodzę między zabudowania Nieszkowic. Ponieważ wieś położna jest w obniżeniu, tutaj przestaje wiać. Co za ulga!
Dochodzę do centrum miejscowości. Chyba za takowe można uznać miejsce, gdzie znajduje się sklep, a po drugiej stronie przystanek autobusowy oraz, na wzniesieniu, kościół?
Do sklepu nie wchodzę, obfotografowuję za to przystanek, bo jest przystrojone w bliskie memu sercu motywy. Ciekawy pomysł!

Obok przystanku tablica z planem miejscowości. Zaraz obok głaz z pamiątkową tablicą (100-lecie niepodległości Polski i 740-lecie powstania Nieszkowic). A nieopodal droga na wzniesienie, do kościoła. Jak już tu dotarłem, to zrobię rundkę dookoła świątyni…
Kościółek (św. Jana Kantego) bardzo ładny. Widać po bryle, że gotycki, choć przebudowany. Zamknięty (niestety, choć zgodnie z przewidywaniami) na głucho.

Następnie schodzę z pagórka i robię pierwszy postój na przystanku. Rozmyślam o zamku, który widziałem na zdjęciu obok planu miejscowości. Na mojej mapie (starej) oznaczony jest symbolem jak dwór/pałac. Szlak przechodzi niedaleko, może podejść i zobaczyć? Tak, chyba warto rzucić okiem na taką ciekawostkę. Zapamiętuję z planu Nieszkowic koło którego numeru należy odbić w lewo. Ruszam przez wieś (od centrum jest chodnik

Brama do „czworoboku” otwarta, więc wchodzę. Podchodzę do dawnej fosy i robię stamtąd fotografie. Dostrzegam przy tym most.

A może by tak spróbować wejść do środka? Często, gdy wędruję, nie mam za bardzo czasu na zwiedzanie. A jeśli nigdy w życiu już tu nie trafię? Co mi tam, idę na most!
Zarówno sam most, jak i dziedziniec (obiekt ma kształt kanciastego „U” otwartego w stronę mostu) zarośnięte jakbym trafił do zamku z bajki o Śpiącej Królewnie, ale da się jakoś przejść. Rozpoczynam penetrację.
Nie ma co opisywać, trzeba tam pojechać i obejrzeć samemu!
W jednym z pomieszczeń na parterze widziałem belki na stropie z polichromią (renesansową?).

W innym, na piętrze, w pewnym momencie deska podłogi ugięła się pode mną tak, że skoczyło mi ciśnienie, a wyobraźnia już ukazywała mnie lecącego piętro niżej… Nie na wszystkie kondygnacje w trzech zamkowych skrzydłach dotarłem – z powodu zarwanych, zniszczonych stropów, nie budzących zaufania schodów itd.


Nieszkowicki zamek ma jednak w sobie to COŚ!
Nadmienię jeszcze, że piwnice również obejrzałem
Łącznie kręciłem się po zamkowych wnętrzach około pół godziny.
Pora ruszać w dalszą drogę! Wracam na szlak i ruszam na spotkanie Wzgórz Lipowych, u podnóża których już się znajduję.
Po wejściu w las mam na początku powtórkę z wyprawy Grodków-Gromnik: droga zarośnięta w stopniu wysokim. Stopniowo jednak staje się ona normalną drogą leśną. Dochodzę do skrzyżowania na zboczu. Rosną tu stare, wysokie i potężne drzewa. Sądząc po liściach, to chyba lipy – od których wzięły nazwę te wzgórza.

Lipy nie są tak wyjątkowo długowieczne jak np. dęby. Przypomina mi się lipa, która 100 lat temu rosła nad rzeką Ślęzą koło Pilczyc (wówczas jeszcze podwrocławskich). Nazywana wtedy „Lipą Fryderyka” na pamiątkę króla Prus z przydomkiem Wielki (wiadomo którego
Za „Lipowym Zakątkiem” las gwałtownie się przerzedza. Co tu się dzieje? OMG – chyba znów trafiłem na budowę śródleśnej autostrady


Chyba szykują się wielkie cięcia w lasach na Wzgórzach Lipowych
Nie jestem pewien, czy idąc wzdłuż nitki „autostrady” aby na pewno podążam szlakiem, bo znaków nie ma (poszły w !@#%& wraz z drzewami). Idę więc i rozglądam się po placu budowy. Dochodzę wreszcie na miejsce, gdzie prawdopodobnie powstanie niebawem zjazd z tej autostrady (może nawet stację benzynową tu postawią?).

Wg mapy powinienem gdzieś w tych okolicach skręcać w lewo. Znaku skrętu nie ma, ale widzę na drzewach w głębi po lewej wymalowane znaki szlaku – oprócz żółtego także niebieskiego. Hm, na mapie nie mam tego drugiego. Jakaś „świeżynka” autorstwa PTTK Strzelin.
Maszeruję sobie raźno. Droga przestaje być autostradą, jest już „zwykłą” drogą leśną. W pewnym momencie widzę na lewo od drogi grzybiarza z wiadrem, raczej pustawym. Mówię mu „dzień dobry”. W odpowiedzi słyszę:
- Pan też na grzybki?
- Nie – odpowiadam. – Ja turystycznie. Wędruję szlakiem.
Tyle my pogadali
Dochodzę do miejsca, gdzie niebieski i żółty szlak się rozchodzą. Mój rusza po skręcie na północ, by wychodząc z lasu zmienić kurs na NW i dotrzeć do zabudowań wsi Czerwieniec. Po drodze mijam zaparkowane auto (grzybiarza?). Na przystanku we wsi, gdzie planowałem postój, parkują dwa wielkie TIR-y, wokół których chodzą kierowcy, przechodzę więc bez zatrzymania i opuszczam wieś, docierając do przystanku na skrzyżowaniu dróg na zachód od wsi. W przeciwieństwie do tego w Nieszkowicach ten jest w klimacie z bajki Disneya – mamy tu jelonka Bambiego, królika Tuptusia i skunksa Kwiatka.

Poziom wykonania sugeruje tzw. ludowego artystę. Nie, że krytykuję – sam namalowałbym to znacznie gorzej
Tu postój na jedzenie. Słonko przyjemnie grzeje. Od razu jednak po opuszczeniu przystanku daje znać o sobie wiatr. Znów wisielcuchy tańcują z diabłami…
Asfalt, asfalt i jeszcze raz asfalt. Widoki ładne, wiatr wieje, dochodzę do wsi Kowalskie. Mijam wjazd do kamieniołomu bazaltu, przechodzę most na Małej Ślęzie. Zaraz za nim słyszę „puk, puk, puk”. Rozglądam się. To dzięcioł w akcji.
Nawet udaje mi się go uchwycić na zdjęciu.
Przechodzę obok kolejnego dawnego kamieniołomu i dochodzę do wsi Żelowice. Skręcam z głównej drogi, wędruję przez jesienny las. Droga, po skręcie w lewo, doprowadza mnie przed kościół.

Obok świątyni, będącej „rozbudowaną wersją” kaplicy grobowej, odnajduję grób hrabiny Rzeszy Marii Alicji von Mettich zmarłej w wieku 50 lat w 1836 r.

Żółty szlak sprowadza mnie z niewysokiego wzgórza, na którym znajduje się kościół, do asfaltowej drogi, którą podążam na południe. Na rozstaju dróg mijam niemiecki drogowskaz, obok którego znajduje się inny – dużo mniejszy – kamienny słupek.
Wędrując patrzę z oddali na kamieniołom w Kowalskiem, który minąłem, na zachodnie stoki Wzgórz Lipowych, z których zszedłem godzinę wcześniej, aż wreszcie docieram do odbicia na Błotnicę. Poniemiecka kostka brukowa. Znów maszeruję na zachód. Przed wsią odbijam na drogę polną. Wychodzę przy ostatnich zabudowaniach i niezbyt stromo podchodzę na Przełęcz nad Błotnicą (całe 292 m n.p.m.). To już kolejne pasmo wzgórz – Wzgórza Dobrzenieckie. Z rejonu przełęczy patrzę ostatni raz na Wzgórza Lipowe i zaczynam zejście.
Wychodzę z lasu i wchodzę między zabudowania Piotrkówka. Słyszałem już kiedyś tą nazwę i kojarzę ją z jazdą konną. Konie!
W pobliżu dawnego dworu istotnie widzę kucyka (sztuk jeden). I to tyle kopytnych w polu widzenia. Robię przerwę w wiacie przystanku przy drodze do Niemczy, który służy chyba do wszystkiego, tylko nie do oczekiwania na autobus. Po postoju obchodzę mur wokół pałacu (szlak zmienił trochę przebieg w porównaniu do mojej starej mapy) i znów zaczynam podejście. Następne pasmo – Wzgórza Dębowe. Towarzyszą mi odbite w drodze ślady kopyt. Nie ma to jak „teren”. Przypomina mi się jedyny własny wyjazd konno w teren z prawdziwego zdarzenia – w górach pod Złotym Stokiem. Widoki z końskiego grzbietu, galopy po drogach i łąkach. Poezja
Tymczasem znów wchodzę w las. Docieram do czegoś, co wygląda na dawną leśniczówką (aktualnie zamieszkałą) z widokiem na Ostrą Górę (360 m) z wieżą widokową na szczycie.

Kontynuuję podejście bardzo malowniczą drogą, porośniętą po lewej stronie paprociami, po prawej zaś młodą buczyną. W niecałe 25 minut od wyruszenia spod pałacu w Piotrkówku docieram na skrzyżowanie pod Ostrą Górą (345 m n.p.m.). Stamtąd na szczyt jest już naprawdę blisko. 4 minuty wędrówki i jestem na wierzchołku. Zastaję tam dwu turystów – jeden (z kijami) właśnie się zbiera do odmarszu, drugi siedzi i coś wcina. Byli to jedynie turyści jakich spotkałem tego dnia na tym szlaku.
Przerzedzony z drzewostanu szczyt Ostrej Góry oferuje ładne widoki na zachód i południe.


Zapewne jeszcze ładniejsze panoramy zapewnia metalowa 18-metrowa wieża widokowa z 1930 r., ale brakuje na niej schodów, a nie mam na tyle odwagi, by wspiąć się na szczytową platformę widokową bez nich (niektórzy tak robią).


Próba wejścia kończy się więc tylko na pierwszym półpiętrze. Przypomina mi się, jak jeszcze na studiach wysłałem (w pewnym odstępie czasowym) dwa listy do burmistrza Niemczy ws. remontu wieży i zamontowania brakujących schodów. Nie dostałem odpowiedzi. Cóż za łamanie prawa administracyjnego, nakazującego urzędnikom odpowiedź na pismo w terminie 30 dni od daty dostarczenia. Zupełnie jak ze sprawą tablicy w Ciszycy
Postój robię na pniaku ściętego drzewa. Nieopodal jedyny oprócz mnie turysta leży w trawie i opala się. Słońce istotnie przygrzewa. Wiatr wreszcie przestał dokazywać i można siedzieć w krótkim rękawie.
Po półgodzinnym pobycie na wierzchołku rozpoczynam zejście z Ostrej Góry. Dziesięć minut później tuż przed Młyniskiem przechodzę przez mostek rzekę Ślęzę. To kolejny z dopływów Odry wpadających do niej we Wrocławiu. Wraz z Oławą, nad którą byłem rano, tworzą ramy mojej dzisiejszej wędrówki.
Po chwili jestem już w Podlesiu. Szlak odbija i wychodzi poza obszar zabudowany, docierając do drogi wiodącej już wprost do Niemczy, obok której – mniej więcej równolegle, po prawej stronie – meandruje sobie rzeka Ślęza. 20 minut wędrówki i znajduję się już w mieście sławnym z obrony grodu w 1017 r. Gdy dochodzę na ul. Chrobrego, przy której znajduje się przystanek „Beskid Busa”, do odjazdu busa do Wrocławia pozostaje ponad 30 minut. Wykorzystuję ten czas, by przejść się na niemczański rynek, na którym dotąd jeszcze nie byłem, mimo że w Niemczy przebywałem do tej pory wielokrotnie. Na rynku szukam sklepu. Nabywam do picia takie cudo, którym raczę się na ławce w rynku nieopodal urzędu miasta i gminy.

Ten landrynkowy smak i napis na etykiecie „doceń polskie”
Potem już tylko marsz ul. Chrobrego na przystanek, przy okazji pstrykając fotkę kamiennego krzyża z wyrytym mieczem.

„Beskid” zjawia się 6 minut przed rozkładową godziną odjazdu, co mnie wcale nie martwi. Godzinę później jestem już we Wrocławiu. Między Oławą a Ślęzą było naprawdę ciekawie!