Karkonosze i Książ 20-21.02.2021

Planujesz wypad? Byłeś gdzieś i masz ochotę podzielić się wrażeniami z innymi - zrób to koniecznie! Zdjęcia mile widziane!
Awatar użytkownika
olo23333
obieżyświat
Posty: 853
Rejestracja: 01-03-2009 14:32
Lokalizacja: Zdzieszowice

Karkonosze i Książ 20-21.02.2021

Postautor: olo23333 » 22-02-2021 13:29

Cześć,
W końcu udało się znaleźć wolny weekend i to taki gdzie lockdawn został chwilowo zastopowany :)
Mieliśmy w planie beztroskie leniuchowanie w Karpaczu, moczenie d… w basenach, jedzenie smakołyków, masaże takie tam – restart bez dzieci które podrzucone zostały do dziadków :)
To będzie taka mała relacja nie do końca górska a skierowana na sytuację covidową… zachowania ludzi itd…

Do Karpacza jedziemy w piątek – po 13, autostrada dobrze przejezdna, troszkę większy ruch od Kostomłotów, ale bez tragedii.
Przed 17 meldujemy się w hotelu, ku naszemu zaskoczeniu ciężko ze znalezieniem miejsca na zaparkowanie auta (parkingi zenętrzne i podziemne) a wedle wszystkiego obłożenie tylko zgodnie z rozporządzeniem 50% (taka duża kartka na wejściu była) - ale o tym później.
Tak, tak niektórzy mogą się domyślać skorzystaliśmy z oferty największego molocha w tej części Sudetów – kameralnego hoteliku z basenami z prawie 800 pokojami :)

Po ogarnięciu się przed kolacja idziemy na zakupy do pobliskiej Żabki, udało mi się przekonać koleżankę małżonkę że poza Samotnią do której standardowo udaje się ona na kubek grzanego wina zrobimy cosik więcej:) a że moja noga po dość skomplikowanej kontuzji nie doszła jeszcze do siebie nie będzie to hardkor:)

Wracając z zakupów patrzymy już po zmroku na nasz hotelik i o dziwo praktycznie we wszystkich pokojach pali się światło – tak wiem tylko 50% obłożenia:)
Idziemy wieczorkiem na kolację – włodarze te 50% obłożenia to chyba założyli w zakresie spożywania posiłków bo każdy posiłek był rozłożony na papierze na dwie grupy – np. jedna 18-19 druga 19-20 – ale w praktyce nie miało to znaczenia. Pokłon do nich za pilnowanie tego aby ludzie chodzili w maseczkach i zakładali jednorazowe rękawiczki przy pobieraniu posiłków – widziałem kilkanaście razy jak zwracano a nawet wypraszano gości którzy do tego się nie stosowali.
Posiłki jak to w reżimie sanitarnym na wynos – do STOLIKA :) to mnie najbardziej rozbawiło jak już rezerwowałem pobyt i o tę kwestię pytałem. Ale oby nie było co 2 stolik wyłączony z zużycia więc spoko :)
Poza jadalnią gdzie naprawdę wszystko było pilnowane cała reszta – lobby, korytarze, baseny, kawiarnie – może 40% ludzi miała maseczki.

Ale tyle o pandemii w hotelach – wg mnie spokojnie mieli obsadę 90%

Tak więc po zaspokojeniu głodu i wypoczynku wieczornym na drugi dzień idziemy – właściwie na początku to wjeżdżamy w góry:) (noga pamiętacie)
Idziemy do kolejki na Kopę gdzie jesteśmy około 9.30 i ogonek jest już do kasy KPN – ludzie w większości bez maseczek, stojący na sobie – ja wam powiem szczerze za plus mam trzymanie dystansu bo nigdy nie lubiłem mieć jakiegoś oddechu innej osoby na plecach tym bardziej jak była np. 2metrowym gościem :) Tutaj nie ma żadnego dystansu – wszyscy się cisną na maksa.
Po dojściu do kasy kupuje bilety – wjazd tylko na górę – i pani mówi 120 zł – no cóż w końcu to tylko 60 na głowę – wydaje mi się że jak było krzesełko kosztowało to połowę taniej ale nie narzekam – fakt parę osób po dojściu do kasy chyba zrezygnowało z tej atrakcji.

Więc po parominutowej jeździe kanapką (myślałem że chociaż z ochronną pleksą będzie aby uniknąć wiatru) meldujemy się na Kopie.
Po wyjechaniu z wiosennego Karpacza tutaj naprawdę warunki zimowe – masa śniegu – fakt na szlakach mega ubitego i masa lodu. Zakładamy raki aby nie martwić się poślizgami. Tutaj większość ludzi (wracając do kwesti cov) bez maseczek – spoko sam bym ściągnął z twarzy ale był taki wietrzyk że lepiej mi się szło w niej.
Po drodze do Równi gdzie jest całkowicie płasko mamy pierwszy przegląd mody :) naprawdę zobaczyłem że do łask wracają spodnie skórzane czy lajkrowe głównie czarne i białe śniegowce. Od równi moda zmienia się na taką bardziej negliżową – chyba w tym czasie kilkadziesiąt zlotów morsów było – w sumie to tego dnia widziałem więcej piersi niż w wakacje na plaży nad jeziorem :) ale każdy robi co chce i nie trzeba nikogo ratować. Na widok „golasów” aż mi się zimno robiło a poza mocnym wiatrem temp była około 4 na minusie.

Doszliśmy do Domu Śląskiego – nawet nie wchodziliśmy do środka (można było bez problemu posilić się we wnętrzu) poszliśmy na szczyt Królowej. Droga była ciężka – bardzo dużo ludzi, głównie ślizgających się lub zjeżdżających na pupie na dół, z licznymi przystankami 40 minut wejścia.
Na górze mocny wiatr – ciężko było też znaleźć miejsce dla siebie, ale udało się z tyłu czeskiej poczty – tutaj raczymy się letnią herbatką (niestety nie ten termos wziąłem), robimy kilka fotek i idziemy na dół.

Zejście do Równi szybkie można powiedzieć, aczkolwiek nawet w jednym momencie widziałem jak jeden chłopak złapał dziewczynę która po poślizgu poleciałaby zboczem na dół… Oceniam że w ciągu tej około godziny gdy wchodziliśmy i schodziliśmy szczyt zdobywało około 2 tysięcy osób.

Zeszliśmy na dół na Równię tutaj znowu jakoś Dom Śląski nas nie zachęcił do odwiedzin więc kierujemy się ku Spalonej Strażnicy. Już na szlaku robi się lepiej – jednak większość ludzi wraca na Kopę do wyciągu. Jest bajecznie – nie ma wiatru a czubki drzewek wystające z śniegu robią rewelacyjne wrażenie:) Bardzo lubię ten odcinek – w sumie na Równi najbardziej ten idący do Labskiej przez mokradła ale nasz też jest fajny. Właśnie pierwszy raz jak jestem w tym terenie nie zaszedłem na ich firmowy browar Poruhac bodajże :)

Gdzieś już na zejściu ze Spalonej ku Strzesze mija nas dość podchmielony lub nafurany chłopak idący w dresie (materiałowy everlast czy coś takiego) z psem rasy groźnej – chyba naśladowca Szpilki – tak pomyślałem w pierwszym momencie. Jako ze mam szczęści to na 100 osób w otoczeniu nawiązuje do mnie pytając się jak daleko jeszcze na szczyt? Pytam się który? No ten tam? Jaki ten tam? No ten najwyższy! Mówię mu no normalnie godzinka, nienormalnie może nie wyjść, albo szczyt możliwości będzie osiągnięty wcześniej. Chyba nie skumał co miałem na myśli i pognał dalej – szkoda tego pieska było bo widać było że maks roczny i zmarznięty był…

Strzechę mijamy też nie zaglądając do środka – nie ze nie lubimy ale zapach w podświadomości mojej ukochanej grzanego wina zaczyna przechylać szalę ku Samotni.
Po drodze standard – foty na schron i zasypany śniegiem staw i do kolejki…. Prawie godzinę później :) zamawiam grzane piwko, grzane winko, czekolady na gorąco i mały błąd tego dnia – fasolkę po bretońsku:) Nie że była zła – pyszna wręcz po tych paru kilometrach w nogach i obolałej kostce – ale cały wieczór tak mi jeździło w brzuchu że …
Spędzamy tutaj sporo czasu – jest to nasze wspólnie najbardziej ulubione schronisko górskie do którego wracamy za każdym razem nawet jak jesteśmy tylko na chwilę w okolicy:)
AAA zapomniałbym – picie i posiłki tylko z okienka, toalety zamknięte – ludzie sikają w koło – wnętrze poza wydzielonym przedsionkiem dla niebytowców tylko dla gości. Okno bodajże czynne do 16 czy 17 maks.

Ze schroniska już bez żadnych większych wrażeń idziemy ceprostrada do Wangu. Droga bardzo śliska – największy lód gdzieś od Rówienki do Wangu – oj tutaj ludziki zjeżdżały że hej :)
Na dole po zejściu jeszcze tylko zakupy serków, jeszcze jedno winko grzane i wieczorny relaks w ostojach hotelu.

Żebyście mnie źle nie odczytali – góry są dla wszystkich i cieszy mnie mimo wszystko ze taka ich liczba je odwiedza. Jednakże wiedząc jakie są warunki (no może nie wszyscy wiedzą lub nie mają .. czegoś tam) trzeba troszkę się zastanowić. Wielu ludzi poza tym że byli zagrożeniem dla siebie stwarzało realne zagrożenie dla innych. Nie trzeba mieć sprzętu za kilka tysięcy ale zostawić nawet pare złotych na wypożyczenie raczków nie powinno być problemem.

Tak więc mimo tłumów spędziłem mega wypasiony dzień w moich ulubionych górach :)

Kolejny dzień to już inna bajka – od rana słońce tak praży że przez godzinę opalamy się na balkonie:) W planie na dzisiaj zwiedzanie zamku Książ. Byłem tam wiele razy ale nigdy w środku i nigdy w otwartych podziemiach.
Trzeba było to nadrobić. I powiem Wam tłumy na Śnieżce to nic – niedzielny Książ to po prostu katorga – już chciałem zrezygnować ale z uwagi na to że bilety miałem kupione wcześniej online z wejściem do podziemi na 15 (ostatecznie musiałem przełożyć na 16 bo 40 minut parkowaliśmy) zdecydowaliśmy się na ten czyn.

Zwiedzanie zamku – normalnie około 2 h nam zeszło niecałe 1,5 – fakt nie słuchaliśmy wszystkiego z audio tylko rzeczy jakie nas interesowały. W samym zamku nie odczuwało się takiego natłoku ludzi bo jednak rozłożyło się to po komnatach. Mi najbardziej podobała się dwie sale – jedna gdzie były mega duże obrazy i druga ta najbardziej znana najwyższa i największe bodajże Józefa… czy jakoś tak. Aczkolwiek myślałem że cała trasa zwiedzania będzie dłuższa i wyposażenie zamku w eksponaty będzie bardziej bogate – ale naprawdę warto. Bilety wraz z podziemiami i palmiarnią (nie byliśmy) kosztowały nas 59 zł vs 60 wyciąg na Kopę :)

Coś na co długo miałem ochotę to podziemia. Byliśmy w zakresie Projektu Riese w Rzecce, Walimu ale tam nie zrobiło to na mnie takiego wrażenia jak podziemia zamkowe. W kilkanaście miesięcy – bodajże 14 zrobiono coś niesamowitego gdzie do dzisiaj nie wiadomo w jakim celu…

Z Wałbrzycha wracamy na nasze Opolskie drogi w dość dużych korkach i w Zdzieszowicach meldujemy się koło 19.
Weekend bardzo udany – udało się odpocząć i mimo wszystko zrelaksować w tak trudnym czasie.

Jak pisałem na początku tutaj dużo moich spostrzeżeń na temat zachowań ludzkich i powiem szczerze na prawdę się boję że nas znowu zamkną…

Zdjęcia dodam dzisiaj max jutro - trzeba troszkę przy tym posiedzieć bo ponad 500 zrobiłem :) - tutaj https://photos.app.goo.gl/eE9gV5uLPtoPwF1M6


Pozdrawiam serdecznie,
olo

Awatar użytkownika
Satan
bardzo stary wyga
Posty: 2432
Rejestracja: 13-02-2006 21:25
Lokalizacja: Gdańsk

Re: Karkonosze i Książ 20-21.02.2021

Postautor: Satan » 26-02-2021 13:37

Ta się bawią w Zdzieszowicach... 8)
I pogoda na bogato! :mrgreen:
Należy przestrzegać przepisów BHP...zwłaszcza na kolei.


Wróć do „Relacje z wypraw”