Godzina 6.15 rano, we środę, 20 października 2021 r. – pociąg KD "Śnieżnik"rusza z dworca Wrocław Główny w swoją codzienną trasę do Lichkova. I oprócz pasażerów po drodze systematycznie zbiera także opóźnienie, więc zamiast o 7.57 na moją docelową stację (mianowicie: Bystrzycę Kłodzką) zajeżdża o 8.02. Cóż to jednak jest 5 min różnicy między deklarowanym a rzeczywistym czasem przyjazdu składu w realiach naszego pięknego kraju
Startuję
- Chyba siadły baterie, już wczoraj mówiłam, że nie chce działać – mówi pani z kasy do koleżanki, która pospieszyła w międzyczasie z informatyczną odsieczą.
Trudne momenty wymagają odważnych decyzji!
- Ile za te pocztówki? – pytam.
- 4 zł – pada odpowiedź.
Wykładam monety o łącznym nominale odpowiadającym deklarowanej kwocie i mówię:
- Proszę. Odliczone. Nie potrzebuję faktury VAT [to było bardzo złośliwe czy tylko trochę?] – mówię, żegnam się („W imię Ojca, i…”, no nie: po prostu „Do widzenia”!) i wychodzę.
„Pokračujme” – jak to mawiają Czesi. Jedziemy dalej (to nie jest dosłowne tłumaczenie słowa z poprzedniego zdania)
Bystrzyca Kłodzka! Któż nie słyszał o tym – jednym z największych – ośrodków miejskich Ziemi Kłodzkiej? Wszelako opiewać jego urodę (względnie jej brak i wysokie bezrobocie) niechaj będą inni (tarasowe usytuowanie domów, jak w słonecznej Italii itd.), a ja pędzę zielonym szlakiem z pocztówkami w dłoni dalej.
No ale jak to tak, bez historii? Ok, żeby nie było, że nie piszę, bo się na tym nie znam
Habelschwerdt – tak po niemiecku nazywała się Bystrzyca Kłodzka. Miasto o rodowodzie średniowiecznym. Jak jeden wójt Bystrzycy Kłodzkiej walnął na własny koszt w 1319 r. mury obronne, to panujący natenczas onegdaj król (czeski) z miejsca nadał dotychczasowej osadzie prawa miejskie. I Bystrzyca była miastem królewskim! 110 lat po tym doniosłym fakcie okazało się, że inwestycja w mury to za mało w razie „W”, bo trzeba jeszcze obsadzić je kimś, kto da radę odeprzeć atak. A załoga miasta nie poradziła sobie z husytami, którzy przybyli (bynajmniej nie na wycieczkę) w 1429 r. Czyli zdobyto miasto i zniszczono. Bystrzyca miała pecha, że leżała przy dogodnej drodze od strony Międzylesia na Kłodzko i dalej na Wrocław, więc łupiono ją, niszczono i palono w następnych stuleciach jeszcze wielokrotnie. „Nasi” również pojawiają się w dziejach tego miasta, w czasie wojny trzydziestoletniej (1618-1648) – sławni lisowczycy dają tam łupnia buntującym się okolicznym chłopom, a krew tych ostatnich spływa obficie po szablach tych pierwszych. Lisowczycy potwierdzają, nie po raz pierwszy zresztą i nie ostatni, swą złowrogą sławę (która oparła się nawet o pędzel Rembrandta) i skuteczność zarazem (nie służyli za żołd, a za to co zdobędą, więc byli „wysoce zmotywowani”, jak to się dziś mawia w korporacjach). Bystrzyca paliła się także przy innych niż wojna okazjach – w zasadzie regularnie przez cały wiek XVIII, a nawet XIX w. W międzyczasie parę razy zmieniał się tu właściciel okolicy (bliższej i dalszej), a Bystrzyca dostąpiła wątpliwego zaszczytu trafienia do annałów wyjątkowo mało interesującej dla historyka wojskowości tzw. wojny kartoflanej (w czasie której wojujące strony stworzyły książkę kucharską „Ziemniaki na sto sposobów” i stąd nazwa konfliktu) z lat 1778-1779. Wojna ta ma ścisły związek z pewnym miejscem, które odwiedzę w toku opisywanej wędrówki. Zatem podczas wojny o sukcesję bawarską (bo tak się oficjalnie nazywa) Austriacy (do których Śląsk i Hrabstwo Kłodzkie przestały już należeć) wpadali tu parokrotnie jak do siebie łupiąc kogo i co się da.
W czasach zupełnie nam współczesnych (rok 2008) w ramach dodatkowego zabezpieczenia ppoż. (historia powinna nas jednak czegoś uczyć!) lokalni samorządowcy obrali patronem miasta świętego Floriana i choć od tego czasu tu i ówdzie wybuchał w Bystrzycy Kłodzkiej jakiś pożar, to jednak nie paliło się teraz – jak przed wiekami – całe (albo „zaledwie” pół) miasto. Na wszelki jednak wypadek, by nie wystawiać nadmiernie Opatrzności Bożej na zuchwałą próbę, w mieście ma siedzibę po dziś dzień Jednostka Ratowniczo-Gaśnicza Państwowej Straży Pożarnej
Miasto Bystrzyca Kłodzka wydawało i wydaje nadal na świat ludzi o silnej osobowości. Jeden z nich – Niemiec – postanowił zostać oficerem marynarki wojennej (Kriegsmarine), choć do najbliższego morza jest stąd jakieś 500 km w linii prostej (mówimy o Bałtyku, zwanym przez Niemców „Ostsee”, tj. Morze Wschodnie). W czasie drugiej wojny światowej ów mieszczanin-oficer trafił do elitarnego grona nieco ponad 1400 Niemców, którzy potem w CV mogli sobie wpisać, że dowodzili najprawdziwszym okrętem podwodnym, tj. U-Bootem. „Szare Wilki” Hitlera siały postrach wśród alianckich frachtowców na Północnym Atlantyku, wszelako U-Boot-Kommandant (dowódca U-Boota) z Bystrzycy Kł. nie zapisał się niczym szczególnym w dziejach U-Bootwaffe. Niemniej jego postać jest dowodem na to, że wcale nie trzeba mieszkać nad morzem, żeby zostać marynarzem. Przykładowo: najlepszy niemiecki podwodniak z II wojny światowej, Otto Kretschmer, który zatopił równowartość sporego konwoju (bo ponad 40 statków), urodził się pod Legnicą. Niby trochę bliżej morza niż Erwin Jestel (bo tak się zwał bystrzyczanin, o którym mowa wyżej), ale nadal największym akwenem w tamtej okolicy były obiekty typu Jezioro Koskowickie (na którego dnie rzekomo spoczywa po dziś dzień głowa księcia Henryka II Pobożnego, odcięta mu przez Tatarów w bitwie pod Legnicą w 1241 r. i tamże przez nich wrzucona). Pływać po nim U-Bootem byłoby dość ciężko, aczkolwiek z jednym jeziorem (zwanym „Śląskim Morzem”) jest związana legenda o pływających tam niemieckich okrętach podwodnych. Ale to osobna bajka…
W bliższych nam czasach urodziła się w Bystrzycy Kłodzkiej (w 1970 r.) profesor historii Małgorzata Ruchniewicz (specjalistka od dziejów Ziemi Kłodzkiej), a w jakiś później także moja koleżanka z roku ze studiów – osoba o bardzo ciekawej osobowości. Ale nie wchodźmy za bardzo w moje prywatne relacje
Koniec ul. Rycerskiej, rynek (zwany oficjalnie Placem Wolności), zakręt szlaku, wsadzenie pocztówek do plecaka w mapę (na krześle przy stole przed restauracją), idąc ulicą Kościelną mijam kościół, piekarnię, monopolowy z czworgiem przedstawicieli lokalnego klubu Anonimowych Nieabstynentów przed wejściem (niekoniecznie wszystko w tak podanej kolejności). Kościelna przechodzi płynnie w Starobystrzycką, ta z kolei w Krakowską, przekraczam most na Bystrzycy, Spadzista, Młynarska, zakręt lewo 90 i zaczyna się ul. Słoneczna ze słynną aleją lipowo-kasztanową i widokami na masyw Śnieżnika. Wchodzę na „nasyp”, by iść aleją, a nie asfaltową drogą. Obok znaków zielonego szlaku na drzewach widnieją oznaczenia szlaku konnego. W przeciwieństwie do wędrówki w Beskidzie Niskim tutaj nie widać na nawierzchni śladów kopyt. Ktoś tędy w ogóle „rajtenuje” (spolszczone niemieckie „reiten” = jeździć konno)
- Dzień dobry! – mówię. Odpowiedź chwytam w locie.
To już las. Mijam widoczne z lewej miejsce postojowe (biwakowe?) z wiatą i ławkami i pruję asfaltem, aż miło. Byleby dojść do jego końca i dalej już leśnymi drogami i ścieżkami. Wreszcie jest – widzę miejsce postojowe przy odbiciu szlaku w prawo z asfaltu. Snuje się tam biały dym z ogniska i widzę postać. Tak, to ona. Ta pani, którą widziałem przechodząc przez ulicę przed bystrzyckim dworcem, kierując się w stronę ul. Rycerskiej. Była za mną. Żółta kurtka, blond włosy i dość duży plecak oraz buty górskie na nogach. Pewnie idzie tym samym szlakiem. A może jednak żółtym? Nieważne! Ja biegłem po pocztówki. Więc widzę teraz jej postać 4 km dalej. Zbiera się do wymarszu. Mam ją gonić? Nie, po prostu idę swoim tempem. Jest coraz bliżej, choć kończy się pakować. Dochodzę.
- Cześć!
- Cześć!
Koniec części 1…