Strona 1 z 1

Grudniowe Góry Izerskie

: 06-02-2024 11:05
autor: Pudelek
W grudniu 2023 roku po dwudziestu siedmiu latach przerwy przywrócono połączenie kolejowe do Świeradowa - Zdroju. Uznałem, że to dobry pretekst aby odwiedzić Góry Izerskie: nie byłem tam kilka lat, a w samym Świeradowie to chyba kilkanaście...

Jako termin wybrałem tydzień który kończył się Bożym Narodzeniem. W poniedziałkowy bardzo wczesny poranek wsiadam do pociągu Polregio. Konduktor z zachwytem ogląda mój bilet.
- Bardzo fajna trasa - mówi.
- Ale kosztowna - zwracam uwagę.
- Nie o to mi chodzi! Na Dolnym Śląsku sukcesywnie przywraca się połączenia, a u nas, w Opolu, to jest coraz gorzej. Tak się śmiali, gdy województwo dolnośląskie i śląskie zakładało własne spółki kolejowe, że będzie burdel, bałagan, a jak się skończyło? Sąsiedzi się rozwijają, opolskie się zwija! Nie myślą, nie planują przyszłościowo, remonty ciągną się miesiącami, coraz starszy tabor się sypie, szkoda gadać...
Nie zaprzeczyłem nie tylko przez grzeczność, a konduktor był tak zachwycony moją podróżą do Świeradowa, że zachodził do mnie pogadać jeszcze przez trzy przystanki ;).

Pierwsza przesiadka we Wrocławiu, druga w Lubaniu (Lauban), gdzie trochę się kręcę po dworcu w oczekiwaniu na kolejny pociąg. Stacja nosi nazwę Lubań Śląski, choć aktualnie przez chwilę jesteśmy na Łużycach.
Obrazek

Podjeżdża skład nadciągający aż z Görlitz. Niewielki SA-135, ale na końcówkę podróży wystarczy, w środku siedzi kilkanaście osób. Mijamy reaktywowane przystanki, które wyglądają nieco surrealistyczne: po pierwsze witają nas pomarańczowe tablice, zamiast niebieskich - to malowanie Kolei Dolnośląskich, ale zupełnie mi nie pasuje. Po drugie - nowe perony ze wszystkich stron otoczono płotami z siatki! Nawet jak obok peronu znajduje się na tej samej wysokości trawnik, to musi on być oddzielony ogrodzeniem! Który znajomy projektantów zarobił na produkcji płotków? Po trzecie - w cieniu przystanków stoją rozpadające się ruiny infrastruktury. Budynki stacyjne i gospodarcze, wychodki - wszystko czeka na ostateczny koniec. One już nikogo nie interesują, liczą się tylko szyny.

Około jedenastej pociąg wtacza się do Świeradowa - Zdroju (Bad Flinsberg). Tutaj też wygląda to "ciekawie": dawny dworzec nie jest już dworcem, tylko centrum informacyjno - kulturalnym, a tor przed nim nie jest już torem, ale jedynie kilkunastometrową pamiątką, bowiem potem się urywa. W tej sytuacji nasz skład wjeżdża na peron drugi (czyli właściwie teraz pierwszy). Nadal trwają prace, pewnie trzeba przygotować grunt pod ogrodzenia z siatki!
Obrazek

Wokół dworca, oprócz robotników, kręci się grupa niemieckich emerytów dziwująca się światu, a przede wszystkim pociągowi. Robię kilka zdjęć i rozglądam się dookoła. Jeśli dobrze pamiętam, to w granicach administracyjnych Świeradowa byłem ostatni raz w 2010 roku, a w samym mieście to chyba jeszcze na studiach!
Obrazek

Tylko gdzie ta zima? Co prawda astronomiczna zacznie się dopiero za kilka dni, ale w końcu mamy grudzień! Dookoła ciągle zielono, tylko na Stogu Izerskim świeci się trochę białego. Dla równowagi wraz ze słońcem dostałem w zestawie bardzo silny wiatr..
Obrazek
Obrazek

Miałem lekkie obawy zdrowotne związane z tym wyjazdem, bowiem od prawie miesiąca kaszlałem. Nie wiadomo dlaczego, nie pomagały żadne leki. Teoretycznie powinienem siedzieć w domu i odpoczywać, ale to nic nie zmieniało, więc równie dobrze mogłem kaszleć w górach. Na pierwszym podejściu w jakimś parku prawie wyplułem płuca i musiałem się złapać ławki, aby się nie przewrócić ;). Przemykająca w oddali kobieta spojrzała na mnie ze strachem, pewnie w czasach pandemii już pędziłoby do mnie pogotowie aby zabrać na testy i kwarantannę :P. Na szczęście tym razem nie słychać sygnału karetki, więc odpocząłem trochę i ruszyłem dalej.
Świeradów sprawiał raczej wymarłe wrażenie, ale poniedziałkowe południe w tym terminie trudno uznać za sezon dla kuracjuszy.
Obrazek

Dom Zdrojowy (Kurhaus) prezentuje się okazale jak za pierwszym razem, ale pod jego ścianami grasuje wiatr, więc szybko idę się oddalam.
Obrazek

Od ulicy Granicznej zaczynam korzystać ze znaków czerwonych, czyli Głównego Szlaku Sudeckiego. Już na pierwszym rozwidleniu zauważam, że ze szlakowskazami mają tu niezły burdel. Według nich można dojść do Hali Izerskiej trzymając się cały czas koloru czerwonego. Problem jest taki, że to niemożliwe: szlak o takiej barwie wchodzi na Stóg Izerski, tymczasem tablica wskazuje odwrotny kierunek (tożsamy z niebieskim), po drugie przez Halę już od dawna on nie przechodzi! A po trzecie i najważniejsze: tak naprawdę w terenie nie ma żadnej czerwonej alternatywy, jedynie "mój" GSS na Stóg! Gratuluję osobom odpowiedzialnym za oznakowanie, czyli chyba PTTK Jelenia Góra. A to dopiero początek takich kwiatków.
Obrazek

Przez pewien czas spotykam schodzących spacerowiczów, którzy obrzucają mnie zdziwionym spojrzeniem. Turysta z plecakiem w górach musi być naprawdę rzadkim widokiem. Potem wszelki ruch zanika.

Zatrzymuję się na chwilę przy krzyżu i kamieniu upamiętniającego wójta gminy Brody na Łużycach, który tu zmarł w marcu ubiegłego roku. Młody chłop.
Obrazek

Śniegu nadal tyle co kot napłakał. Zwarta warstwa pojawia się dopiero na wysokości około ośmiuset metrów. Od razu wszystko bardziej mi się podoba.
Obrazek

Są też pierwsze widoki, na razie jeszcze skromne. Na dolnym zdjęciu Kamienica i Wysoki Kamień. Ten drugi słynie ze "schroniska", w którym nawet nie ma toalet.
Obrazek
Obrazek

Ostatni odcinek szlaku to proste jak strzała podejście, najbardziej wymagające. Zaśnieżone i częściowo oblodzone. Zastanawiam się, czy nie założyć raczków? I nagle mózg przeszywa nieprzyjemny przebłysk: cholera, chyba ich nie wziąłem! Trzeba być geniuszem, żeby pchać się w grudniu w góry i nie sprawdzić, czy raczki na pewno są w plecaku!
Obrazek

Powoli pnę się na góry, raz zapadając się po łydkę w śniegu, a raz lawirując na lodzie. Zauważam, że z tyłu zaczyna mnie gonić jedna starsza parka. Wydaje mi się, że tempo mam słabe, co chwilę pauzuję aby złapać oddech, więc na pewno wkrótce mnie przegonią. Ale jednak nie, okazało się, że nie dali rady ;).

Po wyjściu z lasu, już prawie na końcówce wspinaczki, otrzymuję nagrodę w postaci panoramy Karkonoszy.
Obrazek

Budowa gondoli pod Stóg Izerski (doczytałem, że szczyt formalnie nazywa się Stóg, bez przymiotnika; po niemiecku Heufuder) całkowicie zmieniła charakter okolicy. Byłem tu jeszcze przed otwarciem, też w grudniu, kiedy szliśmy z ekipą studencką przez Izery i Karkonosze. Stóg był pusty i cichy. Teraz gondola co chwilę wypluwa z siebie kolejnych turystów, w zimie przeważnie narciarzy i snowboardzistów. Do tego samą bryłę górnej stacji trudno uznać za urodziwą.
Obrazek

Punkt widokowy i znowu pięknie bielą się Karkonosze. Z tej perspektywy odległość pomiędzy Szrenicą i Śnieżką wydaje się niewielka, a to przecież dwadzieścia kilometrów.
Obrazek
Obrazek

Dreptam w kierunku schroniska. Dreptam dosłownie, bo cała przestrzeń wokół stacji to zlodowacone kartoflisko! Każdy krok grozi wywrotką nie tylko mnie, ale również narciarzom i tym, którzy obuli adidasy (a było ich niemało). Po kilku ciężkich minutach staję pod schroniskiem na Stogu Izerskim. Nadal zachowuje ładną sylwetkę Heufuderbaude z lat 20. ubiegłego stulecia i to jest jego największy plus.
Obrazek

Z zewnątrz wydaje się zamknięte, bo ani świateł ani dymu z komina. Na szczęście działa, ale w środku mam odczucia takie jak zawsze: ciemno, chłodno i drogo. Plus płatna toaleta dla klientów. Wchodzę do jadalni, gdzie jest niewiele cieplej niż w korytarzu i ściągam mokre ciuchy. Mogę je od razu wpakować do worków, bo nie przeschną nawet minimalnie.
Lustruję menu, ale nie ma tam nic, co by mnie pociągało, więc wybieram jedyną sensowną opcję, czyli piwo ;). Przyglądam się innym gościom: oprócz mnie i idącej za mną parki wszyscy wjechali kolejką. Jest trochę Niemców i grupek polsko-niemieckich. Są trzy młode Ukrainki z dziećmi na nartach. Są wreszcie imprezowicze ze Świeradowa, którzy toczą wewnętrzny bój o to, czy już wracać, czy jeszcze pić.
- Wujek nam marznie w aucie - mówi kobieta sugerując, że jest głosem rozsądku.
- Pewno się czymś ogrzewa - mężczyźni nie wyglądają na zaniepokojonych tą sytuacją. - Napijmy się jeszcze, piwo zawsze warto.
Ostatecznie skończyło się na porozumieniu: baby zbierały się na tyle wolno, że chłopy zdążyły osuszyć dodatkowy kufel :D.
Zagaduję do pani z obsługi, czy czasem nie mają w sprzedaży nakładek na buty.
- Proszę pana, to nie jest towar dla naszych klientów - rozkłada ręce i nie sposób się z nią nie zgodzić. Odcinek od stacji do drzwi schroniska można przebyć nawet na czworaka.
Obrazek
Obrazek

Po odpoczynku i wymianie górnej części ubrania zbieram się do dalszej wędrówki. Jeszcze kilka zdjęć. Na pierwszym głównie płasko i małe pagórki skryte w cieniu. Zastanawiam się, co to za górka na środku? Laynn podpowiedział mi w internecie, że to zamek Grodziec (Gröditzburg) na Pogórzu Kaczawskim, oddalony o ponad czterdzieści kilometrów.. A przy kolejnej fotce mniemam, że horyzont zamykają Góry Kaczawskie, nieco bliżej mnie.
Obrazek
Obrazek

Do 2017 roku GSS spod schroniska biegł przez szczyt Świeradowca (Victoriahöhe), ale potem zmieniono jego przebieg i zahacza on o Stóg, a następnie trawersuje Łużec (Flinsberger Kamm) nie od północy, ale od południa. Ścieżka do Stogu to koszmar, z każdym krokiem przeklinam swoją sklerozę i tęsknię do zapomnianych w szafie raczków! Jeżeli będę miał przez resztę trasy takie tempo jak teraz, to na nocleg dotrę bardzo późno!
Obrazek

Przebijam się przez Stóg Izerski.
Obrazek

Dobrze, że chociaż kijki wziąłem, bo bez nich to tak naprawdę nie szło by tu w ogóle iść! Kombinuję cały czas, a to jedną nogą podpieram się w głębszym śniegu, a to idę po czyichś śladach. W pewnym momencie postanawiam skorzystać ze skrótu, żeby nie walczyć z lodem na zejściu i wpadam w zaspy po pas. Przekopywanie się z powrotem do szlaku zajmuje mi kilka dobrych, długich minut.
Obrazek

Na przełęczy Łącznik (Hernsdorfer Kamm) lodowa tragedia się kończy, gdyż Główny Szlak Sudecki jest od tego momentu utwardzony ratrakiem!
Obrazek

Nie wiem czy historyczny kamień to akurat najlepsze miejsce na zawieszenie takiej tabliczki? Sopienweg wytyczono na część hrabiny von Schaffgotsch; okoliczne grunty należały do tego rodu, podarował on ziemię pod budowę schroniska i wspomógł je finansowo.
Obrazek

Na Łączniku kolejna odsłona burdelu ze szlakowskazami: wytarte i słabo czytelne, w dodatku z kilometrami zamiast czasami przejść. Skąd taka odmiana? Może dlatego, że ustawiało je nadleśnictwo, a nie PTTK.

Od przełęczy od razu zwiększa mi się tempo. Zbliża się końcówka słonecznego dnia, piękna zima, aż chce się iść!
Obrazek

Wcześniej na krótką chwilę objawił mi się Ještěd, a w czasie drogi co jakiś czas spomiędzy drzew wyskakuje ściana zwieńczona skałami. Ale który to szczyt? Typów mam kilka, jeden z nich to Smědavská hora.
Obrazek

Cienie robią się coraz dłuższe, kolory coraz dojrzalsze. Temperatura powietrza jest na plusie, ale przy gruncie znacznie niżej, śnieg przyjemnie chrupie. I do tego cisza... Od wyjścia ze schroniska spotkałem całe trzy osoby: dwie za Stogiem i jednego kolesia za Łącznikiem.
Obrazek

Wreszcie cienie zaczynają dominować. Zupełnie mi to nie przeszkadza!
Obrazek

O szesnastej docieram na Polanę Izerską (Kammhäuser). W grudniu to już czas po zachodzie słońca, ale niebo nadal pełne jest kolorów. Cudnych kolorów!
Obrazek
Obrazek

Na polanie w XVIII wieku powstała niewielka osada, przysiółek Gross Iser. Izerską Drogą (Iser Strasse) przybywali tu kuracjusze z Bad Flinsberg, na których czekała popularna gospoda. W 1945 roku mieszkańców wywieziono w jeden dzień, stałe osadnictwo zanikło. Po wojnie mieli się tu kryć przemytnicy, a także przebywać - już oficjalnie - pracownicy leśni, stąd nazwa Drwale, która pojawia się na wielu mapach. Obecnie po przeszłości zostały podmurówki oraz kilka budynków powojennych.
Co ciekawe - kiedyś administracyjnie teren ten należał do pobliskiego Świeradowa, dziś podlega pod gminę Mirsk.
Obrazek

Bardzo ładnie widać stąd Karkonosze.
Obrazek

Sycę oczy sino czerwonymi barwami.
Obrazek
Obrazek

Na Jarzębczej Polanie GSS odbija w lewo, więc przeskakuję na szlak niebieski. W lesie zrobiło się całkiem ciemno, a ja gadam do siebie dość głośno, co budzi zdziwienie dwóch facetów idących z naprzeciwka. Oprócz nich spotykam jeszcze jednego samotnego piechura już na końcówce trasy, więc w sumie od opuszczenia schroniska minęło mnie sześć osób.
Obrazek

Po czterdziestu minutach staję na skraju Hali Izerskiej (Grosse Iserwiese). Właściwie to powinienem napisać, że na skraju Izerskiej Łąki. Dlaczego? Ano dlatego, że hale są w Karpatach, a w Sudetach łąki. Dodatkowo w Górach Izerskich praktycznie nie było wielkich pastwisk, na których wypasano by stada. Nazwa "hala" to jeden z wielu przypadków błędnego tłumaczenia wcześniejszych nazw niemieckich, pytanie czy było to działanie celowe (spolszczenie tych terenów nawiązaniem do nazewnictwa znanego z Tatr i Beskidów) czy przypadkowe? Co ciekawe - dla Czechów jest to nadal Velká Jizerská louka. Sporo na ten temat pisze się na stronie dotyczącej Gór Izerskich. Podobna sytuacja miała miejsce z polską nazwą wioski Gross Iser, która istniała na hali/łące. Jak wiadomo wioskę zlikwidowano po wojnie, został z niej jeden budynek, czyli słynna dzisiejsza Chatka Górzystów. Do niedawna w internecie można było przeczytać, że po wojnie Gross Iser otrzymało nazwę Skalno. To już nawet nie błąd, ale kompletna bzdura. Taka nazwa nigdy nie funkcjonowała, nie pojawiła się na żadnej mapie. W urzędowym wykazie jest nazwa Izera. Nie "wielka", bo w tym przypadku nie było już mowy o żadnej wielkości, ale po prostu Izera, tak jak płynąca obok rzeka. Zatem trzymając się oficjalnych i prawidłowych nazw muszę napisać, że stanąłem na skraju Izerskiej Łąki (lub Łąki Izerskiej) i patrzę na porośnięte trawą oraz przysypane śniegiem podmurówki domów Izery.
Obrazek

Byłem ciekaw, czy zastanę jakiegoś turystę w Chatce Górzystów? Nawet posiedzenie jednoosobowo z piwkiem w jadalni będzie przyjemne. Szczytem marzeń byłby rozpalony kominek.
Idąc w stronę chatki widzę, że większość okien jest ciemna, te z jadalni również. A więc kicha. Podchodząc dostrzegam, że na drzwiach wisi duża kartka, co sugeruje problemy. No i rzeczywiście: na kartce napis "REMONT". Drzwi zamknięte. Super. Rezerwowałem nocleg na początku grudnia, dopytywałem się przez telefon, czy będą mieli czynne. "Tak, oczywiście". O żadnym remoncie nie było mowy. Zachodzę od tyłu, ale tam wejście tylko dla obsługi. W końcu decyduję się z niego skorzystać. Pukam i głośno wołam. Wychodzi jakiś facet.
- Ooo, człowiek - mówi zdziwiony.
Na szczęście nocleg dostaję. Mogę też zamówić coś z kuchni, ale zjeść muszę w chłodnym korytarzu zawalonym meblami, bo to jadalnia jest w remoncie. Nie tak sobie wyobrażałem ten wieczór. Może gdybym wiedział o tych pracach, to pocisnąłbym od razu do Orla?? W internecie także nie było żadnej wzmianki, gdyby ktoś przyszedł spontanicznie albo chociażby na obiad, to odbiłby się od drzwi! No, ale Chatka Górzystów nie musi zabiegać o turystów, walą do nich nawet oknami, więc nie musi się przejmować rzetelną informacją...

Dla odmiany mój pokój jest tak nagrzany, że muszę otworzyć okno albo całkowicie zakręcić kaloryfer! Myślałem, że nie spodoba się to moim płucom, ale - o dziwo - siedziały cicho. Mogłem też przesuszyć wszystkie mokre ciuchy, ale już nie podładować baterie, bo na próżno szukałem kontaktu.

Zastanawiam się, jak zakończyć ten piękny górski dzień? W pierwszym momencie nawet myślałem, czy... od razu nie położyć się spać, choć na zegarku była dopiero siedemnasta trzydzieści. Spowodowane to było potężnym zmęczeniem, które dopadło mnie wkrótce po wejściu do pokoju! Czułem jakbym przeszedł nie kilkanaście, a kilkadziesiąt kilometrów! Szarpią mnie wszystkie mięśnie! Choroba? Podejścia na lodzie? Wiatr, który czasami tak łomotał człowiekiem, że mimo ubrania wdzierał się aż do skóry? Zderzenie z sauną w pokoju? Pewnie wszystkiego po trochu. Zmusiłem się do zejścia na dół i zjedzenia zupy, zamówiłem dwa piwa (jedno do obiadu, drugie na wieczór - jak zwykle w chatce z browaru Svijany), pożyczyłem sobie także książkę. "Cudzoziemiec w Pekinie". Wydana w 1980 roku, a znalazłem w niej zaskakująco dużo krytyki w kierunku komunistycznych Chin, w końcu bratniego państwa. Czas minął mi zatem na lekturze.
Obrazek

Rano mi się nie spieszy, ale i tak wyglądam niecierpliwie przez okno. Na dziś zapowiadano znacznie gorszą pogodą, lecz na razie nieśmiało świeci słońce.
Obrazek
Obrazek

Izerski łazik marsjański.
Obrazek

Bardzo lubię tę pustkę. Szkoda dawnej wioski, ale ten widok "niczego" zawsze mi się podobał. Do tego po zmroku jest tu kompletnie ciemno: poza Chatką Górzystów i ewentualnie drobnymi światełkami z oddalonych Karkonoszy nie ma tu niczego, co zaburzałoby czerń.
Obrazek

Co tam majaczy z tyłu? Prawdopodobnie Jizera, drugi najwyższy szczyt czeskich Gór Izerskich, a trzeci najwyższy w ogóle.
Obrazek

Wychodzę na dwór zrobić kilka zdjęć póki jeszcze świeci słońce, bo ewidentnie z zachodu nadciąga cała masa chmur.
Obrazek
Obrazek

Zjadam tradycyjną dla mnie jajecznicę, pakowanie i mogę się zbierać.
Obrazek
Obrazek

Ciężko sobie dziś wyobrazić, że Chatka Górzystów, jako nowa szkoła, była jednym z kilkudziesięciu budynków na polanie.
Obrazek

Przy węźle szlaków znowu bajzel i tym razem na pewno jest za niego odpowiedzialny PTTK Jelenia Góra. Ktoś wymyślił sobie nieistniejący czerwony szlak prowadzący do Polany Izerskiej, a potem od razu do Świeradowa - Zdroju. Tymczasem jest to szlak niebieski, jedyna czerwona trasa z Hali Izerskiej wyznaczona jest do schroniska Orle, ale już nie do przełęczy Szklarskiej! Dodatkowo niektóre tablice mają zalepione i domalowane oznaczenia, pewnie je pościągano z innych miejsc. I już na koniec taka uwaga: "Świeradów - Zdrój" piszemy z łącznikiem, o czym w PTTK najwyraźniej nie wiedzą.
Obrazek

Niebo zakryły chmury, lecz dobry humor mnie nie opuszcza. Podążam na południe przyglądając się podmurówkom i fragmentom ścian z czasów Gross Iser.
Obrazek
Obrazek

To mogą być pozostałości schroniska Isermühle, które powstało w 1933 roku w miejscu spalonej gospody. W wiosce funkcjonowały trzy takie obiekty, kolejne (Görlitzer Stube) znajdowało się niedaleko, po drugiej stronie Jagnięcego Potoku (Lammerwasser). Jego domniemane resztki prezentuję na dolnym zdjęciu. Do tego na gości czekały jeszcze trzy restauracje i kawiarnia.
Obrazek
Obrazek

Kładka na Jagnięcym Potoku, kolejna jej wersja.
Obrazek

Jedno z bardziej oddalonych gospodarstw.
Obrazek

Smrk i Stóg Izerski.
Obrazek

Na skraju Hali spotykam kobietę walczącą z utrzymaniem się na nartach. Robię chwilę odpoczynku i zaczynam dalszą wędrówkę w kierunku schroniska Orle. Ale o tym będzie już w następnym odcinku.
Obrazek

Re: Grudniowe Góry Izerskie

: 20-02-2024 16:50
autor: Pudelek
Odcinek między Chatką Górzystów i schroniskiem Orle można przebyć w nieco ponad godzinę, mi zajmuje to trochę dłużej. Nie muszę się spieszyć, jeśli pora młoda, pogoda nienajgorsza, a okolica piękna.
Obrazek
Obrazek

Przerwy w pokrywie śnieżnej są głównie tam, gdzie ciurkają małe potoczki spływające do Izery (Jizera, Iser).
Obrazek
Obrazek

Izera jest dopływem Łaby, a ta sunie aż do Morza Północnego. Jesteśmy więc na bardzo niewielkim skrawku Polski, który nie stanowi zlewiska Bałtyku (dokładnie to 0,3 procenta powierzchni RP ;)).
Obrazek

Mostek nad potokiem Kobyła (Kobelwasser). Według mapy to granica pomiędzy powiatem lwówieckim, a karkonoskim. Ten drugi jeszcze kilka lat temu zwał się jeleniogórskim, ale włodarze argumentowali, że biedni turyści nie wiedzą, że są tu Karkonosze (nawet w Izerach), więc należy go przemianować. Teraz podobne cyrki wyrabia się z powiatem wałbrzyskim, który chcą nazwać... sudeckim!
Obrazek
Obrazek

Wokół potoku rozciąga się Kobyla Łąka (Kobelwiese). Często uważana, choć błędnie, za część Hali Izerskiej. Ciekawe, że w tym przypadku w polskiej nazwie jest "łąka", a nie "hala" jak u sąsiadki.
Do końca ostatniej wojny na polanie istniała niewielka osada Kobelhäuser, przysiółek Gross Iser. Kilka domów, po wypędzeniu mieszkańców przez krótko służyły wopistom, dziś prawie nie ma po nich śladu.
Łąka i hala tworzą wspólny rezerwat "Torfowiska doliny Izery".
Obrazek

Rzeka płynie wartko i radośnie. Słupki graniczne są prawie niewidoczne, dostrzegłem tylko jednego lub dwa, więc czasem łatwo przegapić, że na drugim brzegu jest już liberalny... tfu, liberecki kraj. Łatwo również zapomnieć, że przez kilkadziesiąt lat teren ten był prawie niedostępny dla zwykłego turysty.
Obrazek
Obrazek

Wiata dla turystów. Na tablicy prośba o zachowanie porządku i lista zakazów. Wśród rysunków jest również przekreślony człowiek robiący kupę w lesie. Wiadomo, wdepnąć w kupę to nic miłego, ale jestem ciekaw jaką radę dla osobnika w potrzebie mają leśnicy, skoro do najbliższej toalety można nie zdążyć?
Obrazek

Łąki się skończyły, zaczął się las. Innych ludzi nadal brak, dopiero przy szlaku prowadzącym do mostu na Izerze pojawił się narciarz. Najpierw zaczął cisnąć w moją stronę, potem jakby się wystraszył mego widoku i spanikowany pognał w przeciwnym kierunku.
Obrazek

Przyglądam się mostkowi, po którym przełażę. Wśród kamieni widzę datę. 1888? 1898? A może 1988?
Obrazek

Drzewa się rozrzedzają i pojawia się odsłonięta przestrzeń z budynkami. Jedna z ostatnich ostoi cywilizacji w okolicy, czyli teren dawnej huty szkła Carlsthal (Karlsthal). Hutę zamknięto jeszcze w XIX wieku, później zamiast szklarzy kręcili się tu leśnicy i turyści, bo przy drodze stała popularna gospoda. A jeszcze później - wiadomo...
Obrazek

Przez cały okres PRL-u Dolina Karola, która stała się Orlem, była zamknięta dla masowej turystyki. Czasem organizowano tu Biegi Piastów albo przejście z przewodnikiem w towarzystwie wopistów. Od lat 90. ponownie stała się dostępna dla wszystkich chętnych.

Poniżej pocztówka z końca 19. stulecia albo z przełomu wieków. Najwyższy obiekt to nieczynna już wówczas huta, którą kilka lat później rozebrano. Po prawej budynek z wieżyczką używany przez administrację obiektu, następnie jako leśniczówka, a dziś to prywatne schronisko. Jeszcze bardziej na prawo gospoda.
Obrazek

Widok z mniej więcej tego samego miejsca w 2023 roku. Oprócz administracji/schroniska z oryginalnej zabudowy przetrwała także dawna szlifiernia, ale tak ją wybielono z zewnątrz, że ciężko poznać.
Obrazek

Młodszą historię mają dwa obite drewnem budynki, gdyż są z lat 30. XX wieku. Wybudowano je dla Grenzschutzu strzegącego niedalekiej granicy z Czechosłowacją. W czasie wojny kurowali się w nich żołnierze Wehrmachtu, za komuny siedzieli wopiści. Breslau i Glogau, przy czym nigdy nie wiem który jest który, bo w internecie podawane są dokładnie sprzeczne opinie. Więcej jednak wskazuje, że Breslau stoi na pierwszym planie.
Obrazek

Nie wiem jaką historią ma ta szopa. Może krótką, może to całkiem młody składzik sprzętu? Znalazłem informacje, że to pozostałość po barakach Reichsarbeitsdienstu, w których nocowali robotnicy leśni. Ale one chyba stały po drugiej stronie drogi...
Obrazek

Pod względem architektonicznym budynek schroniska jest niewątpliwie bardzo miły dla oka.
Obrazek

Wchodzę do środka, a za drzwiami wita mnie... remont! Cudnie. Na szczęście bufet i jadalnie przeniesiono na piętro, gdzie przedtem jeszcze nie byłem. Obsługa to chyba w całości Ukraińcy, ale na szczęście nie ma problemu z dogadaniem się. To powinno być oczywiste, ale kilka lat temu nie zawsze tak to wyglądało. Pytam się, czy mogę gdzieś zostawić plecak. Nie tylko mogę, ale dostaję też klucz do pokoju. Raczej nie ma tłumów nocujących, więc i pokój jest już wolny. W tym celu muszę się przejść do domniemanego Breslaua, gdzie schronisko ma część noclegową.

Zostawiam w plecaku tylko najpotrzebniejszy rzeczy i zielonym szlakiem obok Granicznika (Mohheinrichfels) w kwadrans docieram do mostu na Izerze. To co najmniej czwarta graniczna przeprawa w tym miejscu: pierwszą zniosła powódź, drugą wysadzili wopiści, trzecią trzeba było rozebrać z powodu stanu grożącego zawaleniem. Najnowszy Karlovský most (Karlsthaler Brücke) otwarto w 2021 roku.
Obrazek

Zamiast iść najkrótszym szlakiem to kawałek za granicą skręcam w lewo i przekraczam potok Jizerka (Kleine Iser). Metalowa kładka świeci się nowością, stara drewniana leży w wodzie. Zdecydowanie takie konstrukcje nie mają łatwo w surowym klimacie, choć prusko-austriacki most z początku ubiegłego stulecia przetrwał kilkadziesiąt lat.
Obrazek

Nabieram nieco wysokości podążając ścieżką edukacyjną, która potem łączy się ze szlakiem czerwonym. Można nim dojść aż do Harrachova, choć ja uderzam w przeciwną stronę omijając Bukovec (Buchberg), bazaltowy stożek górujący nad okolicą. Nawet zastanawiałem się, czy nie zaliczyć szczytu, ale ograniczam się do wypicia smacznej wody ze źródełka ;). O ile przy schronisku Orle kręciło się trochę ludzi, zwłaszcza narciarzy, to tutaj nie widać śladów innych turystów.
Obrazek

Wychodzę na południowym skraju Jizerki (Klein Iser), kiedyś mniejszej "siostry" wioski Gross Iser. Obie miejscowości oddalone były od siebie o jakieś trzy, cztery kilometry. Tutaj, podobnie jak w Carlsthal, także działała huta szkła, która pracowała aż do początku XX wieku. Klein Iser miała dużo więcej szczęścia niż Gross: po wywózkach i rozbiórkach ostało się w niej kilkanaście domów, wszystkie zabytkowe i chyba wszystkie ładne dla oka. Ogłoszone zostały wiejskim rezerwatem architektury. Jak widać w tym przypadku położenie graniczne oraz komunistyczny reżim nie oznaczały końca historii.
Obrazek

Wjazd na teren osady możliwy jest tylko z zezwoleniem, więc część samochodów zostawiono na płatnym parkingu przy wjeździe. Obok jest restauracja, która powinna być otwarta, ale nie jest. Cisnę więc do szeroko rozumianego centrum.
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Detale mijanych chałupek.
Obrazek

Najbardziej okazałe budynki wznoszą się przy skrzyżowaniu szlaków. Najpierw stoi hotel-restauracja Pyramida (Pyramide). Starsza część to chałupa z XIX wieku służąca pierwotnie jako szlifiernia szkła, nowszą wielką salę wybudowano w 1927 roku. Nazwa pochodzi od pobliskiego pomnika ufundowanego w latach 20. dziewiętnastego stulecia ku czci (prawdopodobnie) hrabiom Clam-Hallas, właścicielom okolicznych dóbr.
Obrazek
Obrazek

Powyżej jest Panský dům (Herrenhaus), datowany na rok 1829. Powstał razem z zabudowaniami huty na polecenie "króla szklarzy" Franza Riedla. Wszystkie te budynki przeszły na początku tego wieku kompleksowe remonty, które były konieczne po latach zaniedbania.
Obrazek

Podczas mojej ostatniej wizyty w Jizerce niezbyt miło wspominam skorzystanie z restauracji w Panským domu, głównie z powodu obsługi. Nie mam jednak wyboru, jedyny otwarty lokal konsumpcyjny to Pyramida, należący do tych samych właścicieli co Panský dům. Jednak tym razem wrażenie z obiadu są zupełnie inne, bardzo pozytywne!
W wielkiej sali w ciągu dnia działa samoobsługa. Wybieram sobie jedno z dań obiadowych, ceny są podobne jak w schronisku Orle, ale zamiast plastikowych jednorazówek dostaję normalną zastawę. Piwa oczywiście tańsze. Stawiam na nieśmiertelne knedliki z gulaszem, całkiem smaczne. Pani za barem bardzo sympatyczna i do tego Czeszka. Ukraińskiego nie słychać, za to z kuchni dochodzi... polska mowa.
Obrazek

Siedzę tu półtorej godziny. Jest ciepło, przyjemnie, a za oknami powoli robi się coraz bardziej szaro. Przez ten czas przez restaurację przewija się kilkanaście osób. Nie słychać przybyszów z drugiej strony Izery, dominują narciarze. Pojawia się też kilku starszych brodatych facetów wyglądających na miejscowych, a nie turystów. Byłby to spory procent populacji, bowiem według oficjalnych statystyk Jizerka posiada osiemnastu stałych mieszkańców ;) (w czasach największej świetności ponad cztery setki).

Wychodzę przed szesnastą. Do Polski będę wracał krótszym szlakiem żółtym.
Obrazek

Przekraczam Jizerkę, nad którą przycupnął kompleks dawnego tartaku.
Obrazek

Na skraju łąk i lasów spotykam dwójkę czeskich narciarzy. Starszy pyta się mnie, czy szedłem kiedyś tą trasą, na co ja odpowiadam, że nie (choć chyba kiedyś to już czyniłem).
- Trzeba uważać, są różne nieprzyjemne niespodzianki.
No to idę i cały czas uważam, ale żadnych niespodzianek nie widzę. Mogły one czekać na użytkowników nart, bowiem co jakiś czas zdarzały się dziury przepuszczające wodę.
Do granicznego mostu dochodzę już po ciemku.
Obrazek

Żeby nie pochodzić znowu pod Granicznik wybieram okrężną trasę narciarską, która okresowo pozbawiona jest śniegu. Na skrzyżowaniu z czerwonym prawie zderzam się z grupą hałasujących młodych Ukraińców. Niechybnie musieli być na jakimś szkoleniu wojskowym albo manewrach, no bo przecież niemożliwe, żeby bawili się w polsko-czeskich górach, gdy ich kraj walczy o przetrwanie?

Wpadam do Breslaua i przebieram się w strój wieczorowy. Pani z obsługi mówiła, że bufet w Orlu będzie działał do osiemnastej. Mam jeszcze prawie godzinę zapasu, ale wolę nie przybywać na ostatni moment. Otwieram drzwi głównego budynku, a tam... pusto i ciemnawo. Cóż za zaskoczenie.
Słychać jakiś głos z góry, gdzie świeci się słabe światło.
- W czym pomóc? - dopytuję tęgi facet, możliwe, że właściciel. Zagaduję o bufet. - Młyna też się nie uruchamia, żeby zmielić jedno zboże - kiwa głową.
Niby tak, lecz gdzie te czasy, że schronisko było otwarte od rana do wieczora, niezależnie od frekwencji? Bo zawsze mógł się zjawić jakiś turysta. W końcu na tym polegało schronisko! Piwo w końcu dostaję, ale został niesmak. Pytam się, czy mogę je wypić w korytarzu na dole.
- Tak, byle niezbyt długo.
Aha.
Obrazek

Po mnie zjawia się jeszcze babka, zdaje się, że widziałem ją na nartach na skraju Hali Izerskiej. Jedyna nocująca oprócz mnie. Dla niej znalazłoby się i jedzenie, mnie go nikt nie proponował...

Znowu więc wieczór spędzam w pokoju. Ciepłym, ale przez stare okna przebija się wiatr, więc musiałem je jakoś zakryć. Lektura, słuchanie radia, choć mało która stacja się pojawiała. I nagle słyszę hałas z dworu... Wyglądam, a tam leje jak z cebra! Szykuje się mocna odwilż! Potem co jakiś wychodzę na zewnątrz sprawdzić jak tam opady i zawsze (!), jak za dotknięciem czarodziejskiej rurki, z innych drzwi wyskakują Ukraińcy, dla których jest to sygnał na kolejnego papierosa! Jako jedyny nie palę, więc patrzą na mnie jak na idiotę, zatem rezygnuję z dalszych kontroli pogody. Co nie zmienia faktu, że gdy wyłażę do toalety, to i tak za każdym razem zaczyna się szuranie u sąsiadów, bo może ktoś idzie na fajkę?!
Obrazek

Rano przecieram oczy ze zdumienia, bowiem za oknem... śnieżyca! Opady deszczu zmienił się w śnieg i nawaliło go już na tyle dużo, że drzewa zrobiły się białe!
Obrazek
Obrazek

Na dworze nie ma żadnych śladów od strony Hali Izerskiej, a i do głównego budynku mało kto szedł. Uderzam na śniadanie i żeby zapłacić za nocleg (cena wyższa, niż na stronie internetowej). W środku buzuje kominek, w sam raz, żeby nastawić się psychicznie na dalszą drogę.
Obrazek
Obrazek

W przypadku deszczu prawdopodobnie skróciłbym trasę i poszedł od razu na Polanę Jakuszycką. Ale nie leje, śnieg też przestał i zrobiła się po prostu piękna zima, zatem wybiorę się nieco dalej.
Obrazek

Ciekawe kiedy ostatni raz używano ten sprzęt?
Obrazek

Na południe prowadzi od Orla tylko jeden szlak, koloru zielonego, więc początkowo nie mam wyboru. Mija mnie kilku narciarzy intensywnie pracujących kijkami.
Obrazek

Podróż przy takiej aurze to czysta przyjemność. Nawet na chwilę wyszło słońce!
Obrazek
Obrazek
Obrazek

Na Rozdrożu pod Działem Izerskim spotykam wiatę, a w niej jedynego piechura. Wiata, jak wiele izerskich, wygląda nieźle, ale podobno to pozory, bo przy intensywnych deszczach większość i tak przecieka!
Obrazek

Mnogość tych tablic sugeruje, jacy turyści są w tym rejonie większością w zimie.
Obrazek

Ciągnę dalej zielonym. Znikają inni ludzie, zostały po nich tylko dwa ślady narciarskie co jakiś czas przykryte warstwą nawianego śniegu.
Obrazek
Obrazek

Czasem robi się mała zamieć.
Obrazek

Po trzech kwadransach dochodzę do granicy z Republiką Czeską. W tym miejscu przebiega ona dopiero od 1958 roku. Wcześniej jeszcze przez półtora kilometra ciągnęła się Polska Ludowa, a przed nią Niemcy. W latach 50. między PRL-em i Czechosłowacją doszło do wielkiej wymiany terytoriów, jedna z nich dotyczyła okolicy, którą mam przede mną. Polska oddała Pepikom końcowy odcinek Kolei Izerskiej (Zackenbahn), stację kolejową i dwa przysiółki: Tkacze (niedokładnie przetłumaczone ze Strickerhäuser) oraz Zieliniec (Hoffnungsthal). W zamian za to otrzymała południowe zbocza góry Kocierz (Kacirske Kamene, Katzenstein). Już na pierwszy rzut oka widać, kto bardziej zyskał na tej wymianie, jednak trzeba pamiętać, że polska strona w ogóle nie wykorzystywała możliwości, jakie miały oddane tereny. Pociągi osobowe już tam nie dojeżdżały, przysiółki nie były zamieszkałe, a turystykę uniemożliwiały restrykcyjne przepisy graniczne. PRL zatem praktycznie nic nie tracił, ale Czesi wykorzystały potencjał nabytków: Tkacze stały się Mýtinami, a dzięki położonemu w nich dworcowi pobliski Harrachov (Harrachsdorf) uzyskał połączenie kolejowe z resztą kraju.
Obrazek

Minęło dziesięć minut i pojawiają się zabudowania stacji.
Obrazek

Ruch do Polski był zawieszony na kilka dekad, przywrócono go dopiero w 2010 roku. Obecnie pociągi jeżdżą dość często, w grudniu co dwie godziny. Ponieważ aż tak bardzo mi się nie spieszy, więc pierwsze co robię, to kieruję się w stronę dworca.Obrazek

Brak tu kasy, ale działa sympatyczna knajpka, którą miałem okazję już przetestować :). Mam szczęście, ponieważ w tygodniu świątecznym otwiera się w środę, czyli właśnie dzisiaj. W środku jest chłodnawo, więc oprócz piwa zamawiam także rozgrzewającą zupę.
Obrazek
Obrazek

Czekając na mój skład kręcę się przed dworcem. Dziś Mýtiny ponownie są zamieszkałe, funkcjonuje pole golfowe i wyciąg narciarski. Na części ich terytorium wybudowano nową drogę prowadzącą do Harrachova.
Obrazek

Kiedyś natomiast granica biegła właściwie tuż za zakrętem, gdy kończy się peron.
Obrazek

Pojawia się mój niebieski szynobus, więc wskakuję na pokład i kupuję bilet przejściowy do Polany Jakuszyckiej. Dopiero po polskiej stronie wchodzą inni turyści. Jeden starszy facet dopytuje się o mój wyjazd, po czym nagle mówi:
- Żona mi pisała, że telewizję wyłączyli! Coś niesamowitego!
- Jak to wyłączyli? - dziwię się.
- Noo, TVP zamilkł. Ja to mam w dupie, ale co żona będzie oglądać?!

A tymczasem za oknem obserwuję, że zima kończy się tak szybko, jak się zaczęła: w Szklarskiej Porębie praktycznie brak śniegu. Cieszę się zatem podwójnie, że trafiły mi się takie warunki w Górach Izerskich!

Re: Grudniowe Góry Izerskie

: 23-02-2024 11:19
autor: Satan
Ogólnie zima mizerna, ale i tak należy się cieszyć, zwłaszcza z dnia ostatniego. :wink:
Ja szykuję się powoli aby zgłębić czeską stronę mocy tego pasma. Coś tam kiedyś liznąłem i naszło mnie, że warto. :mrgreen:

Re: Grudniowe Góry Izerskie

: 26-02-2024 11:26
autor: Pudelek
Też kiedyś łaziłem po drugiej stronie i było całkiem przyjemnie :)

Re: Grudniowe Góry Izerskie

: 26-02-2024 21:55
autor: Dolnoślązak
Być u Górzystów i nie zjeść słynnych naleśników? Zbrodnia!

Po mnie zjawia się jeszcze babka, zdaje się, że widziałem ją na nartach na skraju Hali Izerskiej. Jedyna nocująca oprócz mnie. Dla niej znalazłoby się i jedzenie, mnie go nikt nie proponował...

Może wyglądałeś na dobrze odżywionego :D

Re: Grudniowe Góry Izerskie

: 01-03-2024 21:38
autor: Pudelek
Nigdy nie byłem wielkim fanem naleśników na słodko, a zwłaszcza "kultowych" ;) Wolę zjeść coś konkretnego :)