Szalony wyjazd kolejowy - krótka relacja
: 08-01-2007 21:49
Dzień Przed
Godzina: kilkanaście minut po 15. Telefon dzwoni, więc chyba wypadałoby odebrać. Po chwili juz wiem - jutrzejszy wyjazd na Pogórze Rożnowskie odwołany (choroba kumpeli) - chwila rzucania mięsem i za chwilę sam rzucam się w poszukiwaniu rozkładu. Już po kilkunastu minutach wstępny plan idzie na forum.
Zajęć wieczorem jeszcze sporo, więc nie ma czasu przygotować się do wyjazdu. Robię swoje, a późnym wieczorem wrzucam do plecaka mapę, folder po Bystrzycy i przewodnik po Ziemi Kłodzkiej (prawie nówka - rok wydania 1986) oraz furę żarcia. Budzik nastawiam na 2.30 i idę spać (jak zwykle po północy).
Dzień Właściwy
Budzik dzwoni jak miał dzwonić. Jedno dotknięcie i ratuję jeszcze 10 minut snu. Zaraz będę się denerwował, że trzeba było wstać, gdy dzwonił za pierwszym razem. Żegnam żonę i syna. Wychodząc patrzę na zegarek. Jest 2.58. Noc jest ciepła (jak na styczeń można powiedzieć upalna), tylko coś leci mi na głowę. Lenistwo jednak zwycięża i nie wyciągam płaszcza przeciwdeszczowego - w końcu to tylko lekki deszczyk.
Po 25 minutach jest na Chebziu. Punktualnie przyjeżdża tramwaj i za piętnaście 4 melduję się w Zabrzu. Najpierw trochę sadyzmu - trzeba obudzic kasjerkę, w końcu jeśli ja nie śpię to ona też nie musi. Babka ledwo żywa już za drugim podejściem skutecznie wypisuje mi bilet turystyczny.
Godzina: 4.16 wsiadam do pospiesznego i po kilkunastu minutach śpię jak zabity. Budzę sie tuż przed Wrocławiem. Zbieram manele, przechodzę peron (albo i 2) dalej i w kolejnym pociągu kontnuuję spanie. Budzi mnie zimno (cóż od PKP nie można wymagać za wiele) w okolicach Henrykowa. Za oknami juz jasno, więc czas coś przekąsić.
O 8.30 podejmuję decyzję - wychodzę z tego środka lokomocji. Jestem w Bardzie Śląskim i ledwie 47 minut do dyspozycji. Tyle razy tu przejeżdżałem i nigdy nie było okazji, żeby się zatrzymać. Krótka wizyta w sanktuarium, spacer po gotyckim moście i ruszam na klikunastominutowy rozruch po Drodze Krzyżowej. Do zamku nie dojdę - nie ma szans. Spadam z powrotem na stację wpadając na peron razem z pociągiem. Uff - kondycja chyba siadła panie gar.
Ruszam czeskim składem w kierunku Bystrzycy Kłodzkiej. Po drodze stajemy w Kłodzku Głównym i patrzę na skład do Kudowy Zdroju - spalinówka + 1 wagon, w środku niezły tłok (aż 1 osoba + kondzior). Przed 10 melduję się w Bystrzycy. Piękne miasteczko (trochę przypominało mi Paczków, a trochę Lwów - ratusz, ale to tylko moje widzimisię, każdy może z niedospania). Wpadam na wieżę - widok niezły choć część gór chowa się za chmurami. Szlajam się po wąskich uliczkach zaglądając tu i tam - wreszcie Muzeum Filumenistyczne (warto, szczególnie dla opakowań zapałek z ZSRR i PRL).
Szybka zmiana planów.
Do Długopola jadę PKS-em. Niewiele mam czasu, ale nie oszukujmy się - rewelacji to tam nie ma (choć woda bardzo dobra). Spacerek w piękny "wiosenny dzionek" na stację kolejową (około 1 km) dobrze mi robi. Czekam przed wylotem z tunelu na mój pociąg do Międzylesia. Jest.
Kwadrans później muszę włożyć płaszcz przeciwdeszczowy - zwiedzam Międzylesie w deszczu. To chyba ta pogoda, ale raczej nie pokocham tej miejscowości. Zaczynam marudzić - Domki Tkaczy przy tych z Chełmska Śląskiego to nawet nie stały, kościół parafialny mógłby być ładniejszy, pałac zniszczony, Nepomucków to się już w życiu naoglądałem, kościół cmentarny zamknięty (tak jakby jakiś był otwarty), rynek taki czeski. Nagle jest wiem o co chodzi. Piwa mi trzeba. W końcu znajduję - Restauracja Sukiennice, Żywiec za 3,7, Warka Strong po 3,5, placek po węgiersku za 12. No to jest podróżowanie. Wszystko się zmienia. Przestaje padać i w ciągu chwili Domki Tkaczy wydają się być ciekawe, ambona w kościele parafialnym zadziwiająca, pałac nie bardziej zniszczony niż ten w Głogówku, na Nepomuka zawsze warto spojrzeć, czeskie rynki przecież nie są takie złe, a na kościele cmentarnym są wspaniałe płyty nagrobne. Od razu świat jest piękniejszy.
16.25 - jestem w Gorzanowie. Zapadają egipskie ciemności, ale od tego jest czołówka. Najpierw kościół - tylko z zewnątrz, ale kaplice robiące za baszty czy też wieże bądź bramy (jak kto woli) robią wrażenie. Teraz czas na pałac, a właściwie jego ruinę. Czuję się dziwnie, z czołówką melduję się w zakamarkach pałacu, gdzie stoją auta tutejszych mieszkańców, jakieś pseudoogródki itp. Przez moment przebiega mi myśl - jak mnie kto zobaczy na pewno uwierzy, że jestem turystą i wcale nie interesuję się jego dobytkiem. Nic to. Podziwiam. Schodzę w dół do Nypheum - to dopiero robi wrażenie, zniszczone strasznie, ale na suficie i ścianach zachowały się wspaniałe stiuki. Wracam w kierunku stacji i na skrzyżowaniu zauważam info turystyczne o dawnej potędze pałacu - teraz to dopiero robi wrażenie.
Jadę do Kłodzka, zawsze jestem tam gdy jest jasno. Teraz zupełnie inaczej. Jest wspaniały ciepły wieczór, Kłodzko pięknie podświetlone - aż miło pospacerować przez te ponad pół godziny które mi zostały. O 18.12 wyjeżdżam z Kłodzka. Jeszcze tylko 3 przesiadki (Kamieniec Ząbkowicki - pomykam pełnym, żeby nie napisać zatłoczonym szynobusem - Opole i Gliwice) oraz 25 minut spaceru i jestem w domu. Otwieram drzwi mieszkania o 23.06.
Dzień Po
Coś około 7 rano - wstawaj, syn chce się z Tobą bawić. Jeju, łeb mnie boli spać się chce. Nie marudź nikt Ci wczoraj nie kazał jechać. Fakt, żona jeszcze nie wie, że za kilka dni znów się urywam. Ale o tym cichosza. Nieświadomi żyją dłużej.
J.P
Godzina: kilkanaście minut po 15. Telefon dzwoni, więc chyba wypadałoby odebrać. Po chwili juz wiem - jutrzejszy wyjazd na Pogórze Rożnowskie odwołany (choroba kumpeli) - chwila rzucania mięsem i za chwilę sam rzucam się w poszukiwaniu rozkładu. Już po kilkunastu minutach wstępny plan idzie na forum.
Zajęć wieczorem jeszcze sporo, więc nie ma czasu przygotować się do wyjazdu. Robię swoje, a późnym wieczorem wrzucam do plecaka mapę, folder po Bystrzycy i przewodnik po Ziemi Kłodzkiej (prawie nówka - rok wydania 1986) oraz furę żarcia. Budzik nastawiam na 2.30 i idę spać (jak zwykle po północy).
Dzień Właściwy
Budzik dzwoni jak miał dzwonić. Jedno dotknięcie i ratuję jeszcze 10 minut snu. Zaraz będę się denerwował, że trzeba było wstać, gdy dzwonił za pierwszym razem. Żegnam żonę i syna. Wychodząc patrzę na zegarek. Jest 2.58. Noc jest ciepła (jak na styczeń można powiedzieć upalna), tylko coś leci mi na głowę. Lenistwo jednak zwycięża i nie wyciągam płaszcza przeciwdeszczowego - w końcu to tylko lekki deszczyk.
Po 25 minutach jest na Chebziu. Punktualnie przyjeżdża tramwaj i za piętnaście 4 melduję się w Zabrzu. Najpierw trochę sadyzmu - trzeba obudzic kasjerkę, w końcu jeśli ja nie śpię to ona też nie musi. Babka ledwo żywa już za drugim podejściem skutecznie wypisuje mi bilet turystyczny.
Godzina: 4.16 wsiadam do pospiesznego i po kilkunastu minutach śpię jak zabity. Budzę sie tuż przed Wrocławiem. Zbieram manele, przechodzę peron (albo i 2) dalej i w kolejnym pociągu kontnuuję spanie. Budzi mnie zimno (cóż od PKP nie można wymagać za wiele) w okolicach Henrykowa. Za oknami juz jasno, więc czas coś przekąsić.
O 8.30 podejmuję decyzję - wychodzę z tego środka lokomocji. Jestem w Bardzie Śląskim i ledwie 47 minut do dyspozycji. Tyle razy tu przejeżdżałem i nigdy nie było okazji, żeby się zatrzymać. Krótka wizyta w sanktuarium, spacer po gotyckim moście i ruszam na klikunastominutowy rozruch po Drodze Krzyżowej. Do zamku nie dojdę - nie ma szans. Spadam z powrotem na stację wpadając na peron razem z pociągiem. Uff - kondycja chyba siadła panie gar.
Ruszam czeskim składem w kierunku Bystrzycy Kłodzkiej. Po drodze stajemy w Kłodzku Głównym i patrzę na skład do Kudowy Zdroju - spalinówka + 1 wagon, w środku niezły tłok (aż 1 osoba + kondzior). Przed 10 melduję się w Bystrzycy. Piękne miasteczko (trochę przypominało mi Paczków, a trochę Lwów - ratusz, ale to tylko moje widzimisię, każdy może z niedospania). Wpadam na wieżę - widok niezły choć część gór chowa się za chmurami. Szlajam się po wąskich uliczkach zaglądając tu i tam - wreszcie Muzeum Filumenistyczne (warto, szczególnie dla opakowań zapałek z ZSRR i PRL).
Szybka zmiana planów.
Do Długopola jadę PKS-em. Niewiele mam czasu, ale nie oszukujmy się - rewelacji to tam nie ma (choć woda bardzo dobra). Spacerek w piękny "wiosenny dzionek" na stację kolejową (około 1 km) dobrze mi robi. Czekam przed wylotem z tunelu na mój pociąg do Międzylesia. Jest.
Kwadrans później muszę włożyć płaszcz przeciwdeszczowy - zwiedzam Międzylesie w deszczu. To chyba ta pogoda, ale raczej nie pokocham tej miejscowości. Zaczynam marudzić - Domki Tkaczy przy tych z Chełmska Śląskiego to nawet nie stały, kościół parafialny mógłby być ładniejszy, pałac zniszczony, Nepomucków to się już w życiu naoglądałem, kościół cmentarny zamknięty (tak jakby jakiś był otwarty), rynek taki czeski. Nagle jest wiem o co chodzi. Piwa mi trzeba. W końcu znajduję - Restauracja Sukiennice, Żywiec za 3,7, Warka Strong po 3,5, placek po węgiersku za 12. No to jest podróżowanie. Wszystko się zmienia. Przestaje padać i w ciągu chwili Domki Tkaczy wydają się być ciekawe, ambona w kościele parafialnym zadziwiająca, pałac nie bardziej zniszczony niż ten w Głogówku, na Nepomuka zawsze warto spojrzeć, czeskie rynki przecież nie są takie złe, a na kościele cmentarnym są wspaniałe płyty nagrobne. Od razu świat jest piękniejszy.
16.25 - jestem w Gorzanowie. Zapadają egipskie ciemności, ale od tego jest czołówka. Najpierw kościół - tylko z zewnątrz, ale kaplice robiące za baszty czy też wieże bądź bramy (jak kto woli) robią wrażenie. Teraz czas na pałac, a właściwie jego ruinę. Czuję się dziwnie, z czołówką melduję się w zakamarkach pałacu, gdzie stoją auta tutejszych mieszkańców, jakieś pseudoogródki itp. Przez moment przebiega mi myśl - jak mnie kto zobaczy na pewno uwierzy, że jestem turystą i wcale nie interesuję się jego dobytkiem. Nic to. Podziwiam. Schodzę w dół do Nypheum - to dopiero robi wrażenie, zniszczone strasznie, ale na suficie i ścianach zachowały się wspaniałe stiuki. Wracam w kierunku stacji i na skrzyżowaniu zauważam info turystyczne o dawnej potędze pałacu - teraz to dopiero robi wrażenie.
Jadę do Kłodzka, zawsze jestem tam gdy jest jasno. Teraz zupełnie inaczej. Jest wspaniały ciepły wieczór, Kłodzko pięknie podświetlone - aż miło pospacerować przez te ponad pół godziny które mi zostały. O 18.12 wyjeżdżam z Kłodzka. Jeszcze tylko 3 przesiadki (Kamieniec Ząbkowicki - pomykam pełnym, żeby nie napisać zatłoczonym szynobusem - Opole i Gliwice) oraz 25 minut spaceru i jestem w domu. Otwieram drzwi mieszkania o 23.06.
Dzień Po
Coś około 7 rano - wstawaj, syn chce się z Tobą bawić. Jeju, łeb mnie boli spać się chce. Nie marudź nikt Ci wczoraj nie kazał jechać. Fakt, żona jeszcze nie wie, że za kilka dni znów się urywam. Ale o tym cichosza. Nieświadomi żyją dłużej.
J.P

