TOPR-owcy przyjęli kobietę. Po 30-letniej przerwie
: 21-11-2011 16:06
Po raz pierwszy od 30 lat kobieta została przyjęta na staż kandydacki do Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Ewelina Zwijacz-Kozica nie ukrywa radości, bo przeprawę miała ciężką. A i TOPR-owcy nasłuchali się od mediów, że są seksistami.
Dostać się do TOPR-u nie jest łatwo. Żeby trafić na staż kandydacki przygotowujący do pracy ratownika, trzeba złożyć podanie z wykazem swoich górskich działań w ostatnich pięciu latach i zdać egzaminy: kondycyjny, narciarski, taternicki, z topografii oraz historii TOPR-u. Potem o przyjęciu aspiranta decyduje zarząd. A to dopiero początek. Na stażu trwającym od półtora roku do trzech lat aspirant musi odpracować w pogotowiu społecznie 240 godzin, wziąć udział w pięciu wyprawach ratunkowych i zdać szereg egzaminów. Dopiero wtedy staje się ratownikiem.
Za swoją pracę wynagrodzenie otrzymują ratownicy etatowi i sezonowi, ale w TOPR-ze nie brakuje też ratowników ochotników, którzy dostają wynagrodzenie tylko za konkretne wyprawy. Pracują głównie społecznie dla idei niesienia pomocy w górach i prestiżu, jaki daje w górskim środowisku niebieski krzyż. O takim właśnie stanowisku myśli Ewelina Zwijacz-Kozica, która od dziś będzie szkolić się na ratownika. Na razie od pięciu lat pracuje w administracji TOPR-u. Jest instruktorem narciarstwa i narciarstwa wysokogórskiego.
- Od kilku lat chodzę po górach, wspinam się i uprawiam narciarstwo wysokogórskie. Góry to moja wielka pasja. Praca ratownika byłaby więc kontynuacją tego, co robiłam do tej pory. Wielokrotnie towarzyszyłam też mojemu mężowi [Bartosz Zwijacz-Kozica jest ratownikiem od 12 lat - przyp. red.] w czasie dyżurów, obserwowałam, jak wygląda praca ratownika. Czuję, że wiele już o tym wiem, i chciałabym profesjonalnie zajmować się pomocą w górach - podkreśla Zwijacz-Kozica.
Łatwo z TOPR-owcami jej jednak nie było. Dwa tygodnie temu po zaliczeniu testów sprawnościowych jej wniosek został odrzucony przez zarząd stowarzyszenia. Media ogłosiły wówczas: "TOPR nie chce kobiet". "Kobieta w TOPR niemile widziana" - komentowano m.in. w stacji TVN. Media donosiły, że Zwijacz-Kozica boi się kolejnych szyderstw ze strony kolegów.
- Dawno nie było żadnej kobiety w pogotowiu, stąd cała ta burza medialna. Ale my na pewno nie szykanujemy kobiet - zaznacza Edward Lichota, wicenaczelnik i szef szkolenia. Nie chce jednak mówić o powodach odrzucenia pierwszego wniosku.
Na piątkowym posiedzeniu zarządu decyzja zapadła szybko. - Nie był to w ogóle temat dominujący. Mamy w pogotowiu ośmiu nowych kandydatów, w tym jedną koleżankę - mówił nam wieczorem Jan Krzysztof, naczelnik TOPR-u.
Większość ratowników nie chciała się wypowiadać, ale nieoficjalnie sugerowała, że sprawa nie miała nic wspólnego z płcią, tylko z dotychczasową pracą pani Eweliny w TOPR-ze. Niektórzy zarzucali jej nieprofesjonalne podejście do obowiązków, inni z kolei - trudny charakter. Były jednak też takie opinie: - Nie uważam, by przyjęcie kobiety do TOPR-u miało coś zmienić. Niektórzy koledzy jednak się tego boją - mówi jeden z ratowników. Część ratowników chwaliła jej umiejętności i kondycję.
- Jak współpracuję w grupie, wkrótce pokaże staż kandydacki. W górach liczy się partnerstwo i współpraca z innymi, a każdy konflikt może przełożyć się nawet na zagrożenie życia - komentuje zarzuty Zwijacz-Kozica. - Na wieść o tym, że zostałam przyjęta, kamień spadł mi z serca. Bałam się, że wniosek znowu zostanie odrzucony - dodaje.
Zamieszanie wywołały też rodzinne powiązania kandydatki. Podanie każdego, kto chce się dostać w szeregi TOPR-u, muszą podpisać dwie tzw. osoby wprowadzające. Poświadczają, że znają kandydata, wiedzą o jego dotychczasowej działalności górskiej i zobowiązują się, że w czasie stażu kandydackiego staną się dla aspiranta patronem - będą dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem, wyjaśniać wątpliwości. Jeden z podpisów pod dokumentami kandydatki złożył jej ojciec i wiceprezes TOPR-u - Czesław Ślimak. - Gdybym wiedziała, że zrobi się z tego taka afera, wybrałabym innego wprowadzającego, a z tym nie byłoby problemu - mówi Zwijacz-Kozica.
Jak taka rodzinna zależność ma się do statutu stowarzyszenia? - W tej kwestii nie ma formalnych przeciwwskazań. TOPR zna już przypadki wprowadzania do stowarzyszenia synów przez ojców - przyznaje Lichota.
Do tej pory w szeregi ratowników TOPR-u od początku działania stowarzyszenia wstąpiło zaledwie dziewięć pań. Pierwszą ratowniczką została w 1947 r. Zofia Paryska. Ostatnia, Monika Rogozińska złożyła ślubowanie w 1982 i pracowała w pogotowiu trzynaście lat. Ale o kandydatki w tym fachu niezwykle trudno.
- To nie jest łatwa praca, tak samo jak strażaka czy pilota. Tam też jest mało kobiet i nic w tym dziwnego. Trzeba jednak pamiętać, że dzisiejsze pogotowie jest dużo łatwiejsze. Ratownicy mają do dyspozycji komórki, samochody, śmigłowiec. Kiedy ja odchodziłam na emeryturę w latach 80., te wszystkie ułatwienia dopiero się pojawiały - zwraca uwagę Krystyna Sałyga-Dąbkowska, która jako etatowy ratownik profilaktyk pracowała 13 lat (od 1965 r.).
- Do TOPR-u trafia mało podań od kobiet. Do tej pracy trzeba być bardzo wszechstronnym w górach: dobrym we wspinaczce, narciarstwie, wytrzymałym kondycyjnie. Mało jest takich dziewczyn - zauważa Zwijacz-Kozica.
Sporo kobiet pracuje za to w grupach GOPR-u. - Nie można tego porównywać, bo tam działa się w dużo niższym terenie. Nie potrzeba aż takich umiejętności jak w wysokich górach - podkreśla Lichota.
Po słowackiej stronie są dwie kobiety działające w paśmie Tatr Niskich.
Przyjęcie Zwijacz-Kozicy na staż kandydacki to dopiero początek jej starania o zostanie ratownikiem. - Kiedy chłopcy nabiorą zaufania do kobiety w ich gronie, to już potem jest dobrze. Eweliny z jakichś powodów na razie nie akceptują - mówi Sałyga-Dąbkowska.
http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosc ... erwie.html
PS W informacji podanej przez PAP (czytałem ją w "Telegazecie" TVP) bardzo silnie zaakcentowano, że pani Zwijacz-Kozica to córka wiceprezesa TOPR Czesława Ślimaka i że za poprzedniego zarządu ta sprawa (przyjęcie kobiety do TOPR) upadła, zaś teraz przeszła gładko (wszyscy członkowie zarządu byli za). Jest to trochę... hmm... dziwne. Kiedyś czytałem reportaż o pracy TOPR w jakiejś gazecie czy też magazynie i tam któryś z ratowników mówił, że kobiety nie są przyjmowane, gdyż nie podołają fizycznie pracy ratownika tatrzańskiego.
Dostać się do TOPR-u nie jest łatwo. Żeby trafić na staż kandydacki przygotowujący do pracy ratownika, trzeba złożyć podanie z wykazem swoich górskich działań w ostatnich pięciu latach i zdać egzaminy: kondycyjny, narciarski, taternicki, z topografii oraz historii TOPR-u. Potem o przyjęciu aspiranta decyduje zarząd. A to dopiero początek. Na stażu trwającym od półtora roku do trzech lat aspirant musi odpracować w pogotowiu społecznie 240 godzin, wziąć udział w pięciu wyprawach ratunkowych i zdać szereg egzaminów. Dopiero wtedy staje się ratownikiem.
Za swoją pracę wynagrodzenie otrzymują ratownicy etatowi i sezonowi, ale w TOPR-ze nie brakuje też ratowników ochotników, którzy dostają wynagrodzenie tylko za konkretne wyprawy. Pracują głównie społecznie dla idei niesienia pomocy w górach i prestiżu, jaki daje w górskim środowisku niebieski krzyż. O takim właśnie stanowisku myśli Ewelina Zwijacz-Kozica, która od dziś będzie szkolić się na ratownika. Na razie od pięciu lat pracuje w administracji TOPR-u. Jest instruktorem narciarstwa i narciarstwa wysokogórskiego.
- Od kilku lat chodzę po górach, wspinam się i uprawiam narciarstwo wysokogórskie. Góry to moja wielka pasja. Praca ratownika byłaby więc kontynuacją tego, co robiłam do tej pory. Wielokrotnie towarzyszyłam też mojemu mężowi [Bartosz Zwijacz-Kozica jest ratownikiem od 12 lat - przyp. red.] w czasie dyżurów, obserwowałam, jak wygląda praca ratownika. Czuję, że wiele już o tym wiem, i chciałabym profesjonalnie zajmować się pomocą w górach - podkreśla Zwijacz-Kozica.
Łatwo z TOPR-owcami jej jednak nie było. Dwa tygodnie temu po zaliczeniu testów sprawnościowych jej wniosek został odrzucony przez zarząd stowarzyszenia. Media ogłosiły wówczas: "TOPR nie chce kobiet". "Kobieta w TOPR niemile widziana" - komentowano m.in. w stacji TVN. Media donosiły, że Zwijacz-Kozica boi się kolejnych szyderstw ze strony kolegów.
- Dawno nie było żadnej kobiety w pogotowiu, stąd cała ta burza medialna. Ale my na pewno nie szykanujemy kobiet - zaznacza Edward Lichota, wicenaczelnik i szef szkolenia. Nie chce jednak mówić o powodach odrzucenia pierwszego wniosku.
Na piątkowym posiedzeniu zarządu decyzja zapadła szybko. - Nie był to w ogóle temat dominujący. Mamy w pogotowiu ośmiu nowych kandydatów, w tym jedną koleżankę - mówił nam wieczorem Jan Krzysztof, naczelnik TOPR-u.
Większość ratowników nie chciała się wypowiadać, ale nieoficjalnie sugerowała, że sprawa nie miała nic wspólnego z płcią, tylko z dotychczasową pracą pani Eweliny w TOPR-ze. Niektórzy zarzucali jej nieprofesjonalne podejście do obowiązków, inni z kolei - trudny charakter. Były jednak też takie opinie: - Nie uważam, by przyjęcie kobiety do TOPR-u miało coś zmienić. Niektórzy koledzy jednak się tego boją - mówi jeden z ratowników. Część ratowników chwaliła jej umiejętności i kondycję.
- Jak współpracuję w grupie, wkrótce pokaże staż kandydacki. W górach liczy się partnerstwo i współpraca z innymi, a każdy konflikt może przełożyć się nawet na zagrożenie życia - komentuje zarzuty Zwijacz-Kozica. - Na wieść o tym, że zostałam przyjęta, kamień spadł mi z serca. Bałam się, że wniosek znowu zostanie odrzucony - dodaje.
Zamieszanie wywołały też rodzinne powiązania kandydatki. Podanie każdego, kto chce się dostać w szeregi TOPR-u, muszą podpisać dwie tzw. osoby wprowadzające. Poświadczają, że znają kandydata, wiedzą o jego dotychczasowej działalności górskiej i zobowiązują się, że w czasie stażu kandydackiego staną się dla aspiranta patronem - będą dzielić się swoją wiedzą, doświadczeniem, wyjaśniać wątpliwości. Jeden z podpisów pod dokumentami kandydatki złożył jej ojciec i wiceprezes TOPR-u - Czesław Ślimak. - Gdybym wiedziała, że zrobi się z tego taka afera, wybrałabym innego wprowadzającego, a z tym nie byłoby problemu - mówi Zwijacz-Kozica.
Jak taka rodzinna zależność ma się do statutu stowarzyszenia? - W tej kwestii nie ma formalnych przeciwwskazań. TOPR zna już przypadki wprowadzania do stowarzyszenia synów przez ojców - przyznaje Lichota.
Do tej pory w szeregi ratowników TOPR-u od początku działania stowarzyszenia wstąpiło zaledwie dziewięć pań. Pierwszą ratowniczką została w 1947 r. Zofia Paryska. Ostatnia, Monika Rogozińska złożyła ślubowanie w 1982 i pracowała w pogotowiu trzynaście lat. Ale o kandydatki w tym fachu niezwykle trudno.
- To nie jest łatwa praca, tak samo jak strażaka czy pilota. Tam też jest mało kobiet i nic w tym dziwnego. Trzeba jednak pamiętać, że dzisiejsze pogotowie jest dużo łatwiejsze. Ratownicy mają do dyspozycji komórki, samochody, śmigłowiec. Kiedy ja odchodziłam na emeryturę w latach 80., te wszystkie ułatwienia dopiero się pojawiały - zwraca uwagę Krystyna Sałyga-Dąbkowska, która jako etatowy ratownik profilaktyk pracowała 13 lat (od 1965 r.).
- Do TOPR-u trafia mało podań od kobiet. Do tej pracy trzeba być bardzo wszechstronnym w górach: dobrym we wspinaczce, narciarstwie, wytrzymałym kondycyjnie. Mało jest takich dziewczyn - zauważa Zwijacz-Kozica.
Sporo kobiet pracuje za to w grupach GOPR-u. - Nie można tego porównywać, bo tam działa się w dużo niższym terenie. Nie potrzeba aż takich umiejętności jak w wysokich górach - podkreśla Lichota.
Po słowackiej stronie są dwie kobiety działające w paśmie Tatr Niskich.
Przyjęcie Zwijacz-Kozicy na staż kandydacki to dopiero początek jej starania o zostanie ratownikiem. - Kiedy chłopcy nabiorą zaufania do kobiety w ich gronie, to już potem jest dobrze. Eweliny z jakichś powodów na razie nie akceptują - mówi Sałyga-Dąbkowska.
http://m.wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosc ... erwie.html
PS W informacji podanej przez PAP (czytałem ją w "Telegazecie" TVP) bardzo silnie zaakcentowano, że pani Zwijacz-Kozica to córka wiceprezesa TOPR Czesława Ślimaka i że za poprzedniego zarządu ta sprawa (przyjęcie kobiety do TOPR) upadła, zaś teraz przeszła gładko (wszyscy członkowie zarządu byli za). Jest to trochę... hmm... dziwne. Kiedyś czytałem reportaż o pracy TOPR w jakiejś gazecie czy też magazynie i tam któryś z ratowników mówił, że kobiety nie są przyjmowane, gdyż nie podołają fizycznie pracy ratownika tatrzańskiego.