o religii staroobrzedowcow, o przekletych wyspach ktore zapadly sie
pod wode czy wielkich dunajskich rybach co nie sposob ich wyciagnac bo
rozrywaja sieci. Czestuje nas tez lokalnym winem- pierwsze wytrawne
wino ktore wedlug mnie nadaje sie do picia , takie kwaskowate- wogole
wyjatkowe! a moze na jego smak wplywa tez szum trzcin przybrzeznych,
zapach wody z wodorostem, pomieszany z zapachem ryby i niskooktanowej
benzyny z lodkowego motoru?
zjadamy potem zupe rybna i umawiamy sie na jutro z wiktorem- na
dluzsza trase- na zerowy kilometr, czyli tam gdzie dunaj wpada do
morza

na przymorskie plaze, kanaly i jak nie bedzie wysokiej fali
to tez na morze!!
wieczorem lazimy po miescie,
po raz kolejny przyczepia sie do nas
miejscowy chlopaczek, lazi za nami opowiadajac m.in. niestworzone
historie o jakis turystach co ich zabili , wypatroszyli (tzn wycieli
watrobe, nerki i cos tam jeszcze, nie wiem na sprzedaz czy jak? ) bo
noca chodzili po miescie albo o dziewczynce co utonela w dunaju i ja
zjadly wegorze. Jak potem sie okazuje historie sa totalnie zmyslone.
poczatkowo planujemy jeszcze wyjscie do kina na mecz kijow-donieck ale
w koncu nie idziemy bo sie robi zbyt pozno.
wieczorem wyciagamy rozmowki i sie doksztalcamy z ryb- nieumiejetnosc
rozroznienia suma, wegorza czy sudaka czy rozmawiania o zaletach
sledzia nad karpiem mocno uniemozliwia pogawedki z miejscowymi dla
ktorych ryby to temat przewodni rozmow, posilkow i wogole calego
zycia.
rano wreszcie mozemy sie troche wyspac. grzes i piotrek odwiedzaja
rano bazar i przynosza pelna rybia siate na sniadanie. Mamy cudowna
wyzerke a wszytsko wali rybą prawie do konca wyjazdu
dzwonimy do wiktora i umiawiamy sie na 11 na splyw az do morza. I znow
plyniemy kanalami wsrod szumiacych trzcin, malych domkow i babuszek na
lodkach, wplywamy na dunaj ktory ma tu 1 km szerokosci,
wypijamy
kolejne wino, mijamy rozne nadbrzezne chatki
odwiedzamy turbaze dla rybakow.
gdzie jest nawet prysznic
Nie ma zbyt duzego
wiatru wiec wyplywamy tez na morze.
W pewnym momencie, dosc sporo od
brzegu lodka osiada na mieliznie i nie mozna dalej plynac na motorze.
Wiktor ciagnie lodke na sznurku a my mozemy pospacerowac po kolana w
wodzie.
Docieramy na dzika plaze na wyspie, pelna ogromnych muszli,
obok zatopiny wrak barki, zatoczki i male mierzeje. Tak przyplynac tu
na male dni z namiotem..te cieple letnie dni, te imprezy na wraku, te
ogniska, te kapiele....
po jakims czasie radosnego biegania w kolko po wyspie pakujemy sie do
lodki i aby przywrocic krazenie w wymoczonych w lodowatej wodzie
nogach- rozpijamy "chlibnyj dar"
wracajac toperz wpada na rewelacyjny pomysl-zeby kupic od wiktora
jedno wioslo na pamiatke. Malo kto ma w domu prawdziwe dunajskie 3m
wioslo

))))
idziemy potem sprawdzic autobusy do bilgorodu. Jest jeden dziennie,
jak slysze o ktorej to robi mi sie slabo... moze zle zrozumialam??
dopytuje jeszcze raz.. pani w okienku potwierdza i nawet pisze mi na
karteczce 6:30... jak ja to powiem toperzowi?!?!? :/
Nocujemy u miejscowej gospodyni, ktora z poczatku wydaje sie przemila
ale ma jakies dziwne humory. Gdy slyszac halas (grzesiowi upada na
ziemie aparat) wpada do pokoju i robi chlopakom karczemna awanture ze
lamia lozka bo po nich skacza, ze za glosna rozmawiaja itp. Potem jej
chyba troche glupio, bo idzie ze mna robic jajecznice i sie tlumaczy..
ze facetow to trzeba pilnowac bo z aduza pija i sa nieobliczalni, wiec
lepiej na zimne dmuchac i zrobic awanture zawczasu. Ze jej trzej
synowie jak kiedys zaprosili kolegow to zdemolowali pokoj, ze powinnam
moich krocej trzymac itp. Coz.. troche nic dziwnego ze maz ja zostawil
a synkowie czmychneli do odessy ledwie osiagneli pelnoletnosc...
zjadamy jajecznice
.
i idziemy spac
ciemna noca opuszczamy domek i suniemy na dworzec. Ciekawe jak
kierowca zareaguje na wioslo

kierowca jak i wspolpasazerowie wogole
sie nie dziwia ze ktos wioslo przewozi, jednak ich zdumiewa
niezmiernie czemu jedno? przeciez kazdy wie ze wiosla sie uzywa
parami!
w bilgorodzie rzucamy plecaki (i wioslo) w przydworcowym hoteliku i
idziemy na miasto, gdzie spotykamy wyjatkowo duzo pamiatek dawnego
systemu.
Potem ruszamy na obrzeza miasta, nad dniestrowski liman do
twierdzy akerman. Kiedys w zamierzchlych czasach gdy czytalam "stepy
akermanskie" ani mi przez mysl nie przeszlo ze tu kiedys przyjade
Twierdza jest imponujaca i za kilka hrywien mozna po niej lazic do woli.
Potem wlazimy jeszcze na zatopiona lodz
i chowamy sie za murkiem
(tylko tu troche mniej czuc lodowaty wiatr) i wypijamy na rozgrzewke
"chlibny dar"
wieczorem zaczynaja do nas docierac smesy z polski od rodzinki i
znajomych o swinskiej grypie, ze ogloszono epidemie na zachodniej
ukrainie, ze kilkadziesiat ludzi zmarlo, ze zamknieto jakies okregi,
nie puszczaja pociagow, ze wszyscy nosza maseczki i ze przypuszczalnie
zamkna granice, nie wpuszcza nas do polski i zawioza nas na
kwarantanne do jakiegos szpitala. Totalny horror!
hmmm...skoro mamy umrzec na grype albo siedziec nie wiedziec ile na
kwarantannie w jakims lazarecie to moze zamiast wracac lepiej od razu
pojechac na krym czy do donbasu, przeczekac zle czasy i zobaczyc jak
sytuacja na zachodzie sie unormuje?

wybitnie nie raz mi przechodzilo
przez glowe takie rozwiazanie

))
mijamy po drodze jakis zaklad i komunistyczne gazetki BHP nabieraja
nowego wyrazu
sprawdzamy pociagi do odessy.. na dworcu mozna jedynie dostac ataku
desperackiego smiechu.. 5:05... chyba dobrze ze to nasz ostatni
nocleg bo tendencja jest zastraszajaca...
w hoteliku spotykam dwie miejscowe babki ktore ciesza sie ze ostatnio
bardzo latwo na wschodniej ukrainie mozna dostac rosyjski paszport i
zachwalaja uroki syberyskiej zimy.
dosc wczesnie kladziemy sie spac. W nocy mam wrazenie ze cos po mnie
lazi, ale po innych nie lazilo wiec moze mi sie zdawalo
w totalnych ciemnosciach wsiadamy do elektriczki ktora zdaje sie byc
idealnie dostosowana do przewozu wiosel
w odessie odwiedzamy smakowity bazar spozywczy (wegetarian prosimy o
zamkniecie oczu

)
w bazarowym kibelku jestem swiadkiem rozmowy dwoch handlarek ze z
racji epidemii zamkneli czesc linii kolejowych i jakas babuszka ktora
jechala do dzieci z torba zarcia zostala zawrocona i wpadla w histerie
ze to ostatnio tak bywalo w czasie wojny. Niestety nie udaje mi sie
wiecej zrozumiec z ich rozmowy, wiec nie znam zadnych szczegolow
a my jakby na to nie patrzec musimy przejechac przez tarnopol...
semesy dostajemy coraz ciekawsze np. ze mowili w telewizji ze nie
puszcza przez granice jak nie bedziemy miec maseczek. Coz prawda to
czy nie, ale maseczka nie ciezka i niedroga wiec miec napewno nie
zaszkodzi. Idziemy wiec pozwiedzac odeskie apteki ale maseczek juz
nigdzie nie ma...
jedynie rzeczowe i optymistyczne sa semesy od ani "granica wciaz
otwarta i nic nie wskazuje na to by mialo sie to zmienic"
wieczorem pakujemy sie do pociagu ktory normalnie jedzie do lwowa
tylko w tarnopolu sie nie zatrzymuje. Prowadnica troche wpada w panike
na widok naszego wiosla, twierdzi ze ono nie wejdzie do pociagu i ze
nie moze lezec w korytarzu. Okna sie nie otwieraja wiec najlatwiejszy
sposob wlozenia go do pociagu odpada.. w koncu za pomoca kombinacji
otwieranych i zamykanych roznych dzrwi udaje sie go wsadzic do srodka
(czemu wiosla nie maja przegubu???) i nawet miesci sie w "kupe" -
znaczy ten przedzial ma przekatna wieksza niz 3m
wspolpasazerowie biora nas za sportsmenow i zadaja dziwne pytania w
ilu plywamy, gdzie lodka, jakie mamy czasy na rozne dystanse
rano jestesmy we lwowie, fakt - wiekszosc obslugi dworca czy sluzb
mundurowych nosi maseczki ale glownie na szyi, bo przeszkadzaja w
mowieniu i oddychaniu (a byl przykaz ze trzeba miec to maja) z braku
aptecznych masek chirurgicznych kroluja domorosle twory z gazy i
sznurka od snopowiazalki

totalnym hitem jest gosciu co ma normalna
maseczke tylko rozcieta na wysokosci ust aby papierosa moc wsadzic.
sprzed dworca bierzemy taksowke do szegini, wioslo sie nie miesci wiec
musi wystawac oknem.
Na granicy jestesmy przed 8, wszedzie pusto,
ukrainscy pogranicznicy nabijaja sie z wiosla, pytaja czy lodka w
plecaku itp. polacy sa jacys tacy powazni jakby kije polkneli,
wskazuja na wioslo i pytaja "co to jest?" no chyba widac ze nie
tresowany hipopotam...
ale ogolnie granice przechodzimy tak sprawnie jak nigdy dotad! niecale
10 min! az tak dziwnie... nieswojo... potem transport idzie nam tez
nadpodziw sprawnie : bus do przemysla i pospiech do olawy..
wychodzi ze w niecale 23 godziny z odessy da rade dotrzec do olawy!
i tak nasze wioslo po podrozy w marszrutce na trasie wiłkowe -
bielgorod, elekriczce bielgorod - odessa, pobycie w przechowalni
bagazu w odessie, podrozy w "kupe" na trasie odessa- lwow, taksowką
lwow-szegini, pieszym przejsciu granicy, busie medyka-przemysl, i
podrozy PKP przemysl- olawa, nasze dunajskie wioslo dotarlo
szczesliwie do domu
