Nadszedł czas, że w końcu z Agnieszką postanowiliśmy ruszyć w góry. Pierwszym wyborem był Beskid Morawskośląski. Niepewne marcowe pogody spowodowały jednak, że porzuciliśmy kuszącą perspektywę kofoli i hranolek ze smażonym syrem i udaliśmy się jednak w polskie góry.
W czwartkowy wieczór spotkaliśmy się na dworcu PKS Warszawa Zachodnia oczekując na PKS do Krynicy. W międzyczasie zaczął się podstawiać autobus do Szczawnicy. Zaczął było dobrym słowem - stanął w połowie stanowiska i zaparł się kołami, że nigdzie dziś już nie chce jechać
Po śniadaniu mozolnie nabieramy wysokości. W pewnym momencie czujemy się prawie jak w Alpach (a jak wszak wiadomo prawie robi dużą różnicę
Mijamy Diabelski Kamień
W końcu docieramy na Jaworzynę Krynicką. Tatr prawie nie widać. Lepiej wygląda sytuacja z Beskidem Niskim.
Z Jaworzyny via Runek podążamy na Halę Łabowską, gdzie zaplanowaliśmy pierwszy nocleg. Pora coprawda wczesna, ale za nami ładnych parę km i noc w autobusie.
W schronisku mówiąc delikatnie rześko. Ale pod kominkiem buzuje ogień, jedzonko smaczne i piwo w przyzwoitej cenie 6 zł. Nam szczególnie przypadło do gustu grzane piwko z miodem. W łazience coprawda woda zimna, ale gospodarze sami proponują skorzystanie z prysznica w ich części - za to bardzo duży plus. Oprócz nas nocują jeszcze dwie dziewczyny. My z Agnieszką robimy sobie jeszcze koncet na turystyczne mp3 i idziemy koło 21 spać do naszego pokoju.
To co zobaczyliśmy wychodząc ze schroniska w sobotę rano nie napawało nas entuzjazmem...
Jakiś wredny kocur przeszedł się po górach i rozlał mleko. Ale nic ruszamy w kierunku Hali Pisanej by tam złapać żółty szlak do Piwnicznej.
Tu sytuacja ulega poprawie - przynajmniej coś widać :-]
W końcu docieramy do Piwnicznej. Tu obiad w restauracji Sobieski, zakupy i ruszamy zielonym szlakiem w kierunku Magór. Jak na złość zaczyna padać śnieg, który dość szybko przemienia się w śnieg. A my drepczemy wciąż pod górę.
Po jakiś 2,5 h wędrówki w końcu docieramy do chaty Jędrka, który nas wita w drzwiach (jeszcze z Piwnicznej się upewniałem czy dotrzemy). Zanosimy bajtle na lotnisko i siadamy do kolacji tocząc leniwe rozmowy z gospodarzem (z którym kiedyś okazuje się brałem udział w pewnej dyskusji na forum PTTK) oraz jego znajomymi Rybą i Szymonem. Tradycyjnie już koło 21 idziemy spać. O 23 jeszcze dociera zbłąkany turysta
Rano opuszczamy gościnne progi Jędrkowej chaty i ruszamy na Eliaszówkę i dalej w kierunku Obidzy.
Nocne opady sprawiły, że mamy bajkowy krajobraz.
Na Obidzy jakoś nie możemy zlokalizować bacówki więc marzenia o kawie pryskają. Ruszamy na Rozdziela. Tuż przed nimi ukazuje się nam taki widok.
W końcu wpadamy poleniuchować na Rozdzielach.
Widać nawet białą czapeczkę Babjuszki... W moje świadomości ostatni bus do Szczawnicy rusza koło 17 dlatego via Muzyczna Owczarnia schodzimy do Jaworek. Tu okazuje się, że busów jest znacznie więcej
W Szczawnicy kolacja i pakujemy się w powrotny luksusowy PKS Nowy Sącz do Warszawy.
Reszta fotek tradycyjnie już na P I C A S I E