Planowałem, kombinowałem i w końcu zdecydowałem. Tym razem Pieniny Małe i Beskid Sądecki z kropką nad „i” w Chatce pod Niemcową, chatce pamiętającej mnie sprzed kilku lat, gdy wśród śniegu i mrozu płonęło ognisko III Zlotu Beskidolubów....
Wyjazd zapowiada się mało optymistycznie, siedzę spocony w pracy, koszula nieprzyjemnie klei się do ciała, za oknem skwar i duchota, a przy biurku kusząco spoglądający plecak, który zdaje się szeptać: „eco, spiesz się, w życiu nie dojedziesz do Szczawnicy”.
Koniec końców zwalniam się z pracy o godzinkę stosując w ubikacji manewr przeobrażenia z Pana Andrzeja w ecowarriora. Dziś jedynym rozsądnym wyjściem dojazdu do Szczawnicy wydaje się łapanie stopa. Tak też czynię. Po paru niefortunnych próbach, parunastu bluzgach i parudziesięciu kurwowaniach na los i, wybacz Boże, przejeżdżające istoty ludzkie ostatecznie udaje się coś wychwycić na Krapkowice gdzie około 16:30 wskakuję na autostradę zatrzymując przejeżdżającego tirowca. Mam farta, niemiłosiernego farta. Kierowcom okazuje się być Piotrek mknący gdzieś z Czech na Katowice. Wita mnie słowami: „kolego czuj się jak u siebie, tutaj jest jedzenia tam woda mineralna, cola, a w lodówce zimne piwko”
Tak czy owak nowo poznany kolega załatwia mi przez siwi-radio przesiadkę, którą to praktycznie dojeżdżam do samej Szczawnicy. Tam witam się z Grzesiem, przepłukujemy gardła i czym rychlej, przytłoczeni miejskim gwarem, umykamy do schroniska pod Bereśnikiem, gdzie przy tlącym się ognisku siedzą jedyni turyści: Słoniu i Iwona. Kuszeni smażonymi kiełbaskami oraz toaścikiem domowej roboty Metaxy dosiadamy się tworząc czteroosobowy kolektyw
04.06.2011
05:00 – zgodnie z wcześniejszym planem wstaję pospacerować i powitać budzący się dzień.
Uwielbiam zapach poranka, świeżego powietrza tuż po świcie, które nie jest jeszcze zmącone spalinami i zneutralizowane słonecznym skwarem (szkoda tylko, że tak rzadko korzystam z owego dobrodziejstwa). Przede mną wyłaniają się pojedyncze górskie masywy na tle pomarańczowego nieba, gdzieniegdzie wysepki starające się wydostać z uścisków porannych mgieł czy też parujące w oddali łąki. Słowa piosenki Dżemu „chwila, która trwa może być najpiękniejszą z twoich chwil” nabierają realnego kształtu, wydają się być nieśmiałą próbą zdefiniowania kłębiących się w mej głowie myśli.
Po spokojnym śniadanku schodzimy do Szczwnicy gdzie uzupełniamy zapasy i stosując skomplikowane manewry wyprzedzania turystów oczekujących na wyciąg mkniemy na Palenicę. Słońce skwarzy, chmur zbyt wiele nie ma jednak parujące powietrze wczorajszej ulewy skutecznie niweczy widoki na Tatry, które co jakiś czas starają się nieśmiało zaprezentować swe piękno.
Z rozkojarzenia wybija mnie spokojny i optymistyczny głos Grzesia : „Andrzej, zapraszam na piwo”
Skutkiem postoju na Palenicy zapada decyzja zdobycia w tym roku Rysów. Z schłodzonym podniebieniem i nowym planem mkniemy przez Szafranówkę na Wysoki Wierch.
U nas słońce i skwar, w Tartach deszcz i chmury. Pieninska pogoda dopisuje. Zdrowa, obfita zieleń, bogaty asortyment przeróżnych kwiatów, pasące się krówki i owce, gdzieniegdzie przebiegający pies pasterski czy spieczony słońcem baca wypiekający oscypki. Urokliwie. Przy Wysokim Wierchy łapie mnie chwila zadumy, wracam do złocistej jesieni 2008r, gdy przy niknących promieniach słońca przemierzałem ten odcinek szlaku wraz z Elą, Xagą i Kerajem.
Nieopodal schr. pod Durbaszką, przy pasterskiej bacówce, robimy przerwę na potężnego oscypka zapijanego domowym winem. Trochę dyskutujemy o piłce nożnej, porannym i wieczornym bieganiu, pozwalającym utrzymywać kondycję pomiędzy górskim wojażami czy też urodziwych białogłowych, które, daj Boże, sympatycznie byłoby dziś poznać
W schronisku się nie zatrzymujemy. Pieczątka, odznaka, jakiś lament zrezygnowanego turysty, że nie sprzedają piwa (ha, a było trzeba przeprowadzić wywiad środowiskowy i wziąć na zapas
Tam rozpoczynającą się sielankę raptownie przerywają głuche grzmoty, które nieubłaganie mkną w naszą stronę
Na platformę widokową dochodzimy samotnie, turyści już dawno poznikali. Wokół rysują się pejzaże przywołujące na myśl wizje apokalipsy, przejawiające się nagłym zanikiem światła, głuchymi grzmotami i południowo - wschodnim wiatrem, przypominającym wściekle budzących się do życia pradawnych słowiańskich bogów.
Zostajemy oszczędzeni, burza i gradobicie przemyka bokiem a my tymczasem kierujemy się do Wąwozu Homole, gdzie, spod bazy namiotowej skpb dochodzą przyjemnie łechtające wyobraźnię zapachy ogniska. Dziwnym się wydaje przedwczesne otwarcie pola namiotowego. Jak się okazuje SKPB Łódź obchodzi XXX-lecie istnienia, skutkiem czego młodzież, i nie tylko, przyjechała uczcić chwalebną tradycję górskiej przygody swego Koła.
Schodząc „polskimi Hornymi i Dolnymi dierami” wspominamy zeszłoroczną wyprawę przez wąwozy Malej Fatry. Szumiące potoki, śpiew ptaków, zieleń, kwiaty, brak turystów pozwala wyzwolić spokój i zadumę nad otaczającą nas przyrodą oraz ulotnością chwili, która za kilka dni, tygodni, lat będzie jedynie fotograficznym wspomnieniem, podróżą w przeszłość, młodego turysty, ojca czy też dziadka, z łezką w oku wspominającego dawnych przyjaciół, współtowarzyszy dzikiej przygody i wypraw zamierzchłych czasów.
W Jaworkach dokonujemy przyspieszonych zakupów i prowadzeni węchem docieramy do naszego małego nieba - smażalni pstrągów
Znużeni wędrówką do Chatki pod Niemcową docieramy około 23. I tam czeka nas miła niespodzianka. Wokół płomieni wieczornego ogniska, przy dźwiękach gitar, dzielnie wspieranych piosenką turystyczną, trafiamy na wesołą ekipę z Krakowa, która to przywędrowała na Niemcową celem obchodzenia kolejnej „18” Asi
05.06.2011
Około 08, przygaszeni kończącym się wypadem schodzimy do Piwnicznej, a raczej taki mamy zamiar. Przysmażani niemiłosiernym skwarem, nie wiedzieć gdzie i jak odbijamy na Kosarzyska, skąd sprawnie dostajemy się do Nowego Sącza, Krakowa i w końcu domu...
Dziękuję współtowarzyszowi wędrówki, przyjaznym stopowiczom, którzy może kiedyś przeczytają me wspomnienia oraz gronu wspaniałych osób z Bereśnika i spod Niemcowej za umożliwienie dotarcia do celu, pełną wesołych przygód i anegdot trasę, mile spędzone wieczory, wspólne rozmowy, przyśpiewki, wsłuchiwanie się w dźwięki gitar, wpatrywanie w płomienie ogniska, senne oczekiwanie poranka, wyborne ciasto oraz zielonkawe kieliszeczki
Do zobaczenia gdzieś i kiedyś...
https://picasaweb.google.com/1029948676 ... 0305062011